diabollo
13.09.14, 02:03
Ideę darmowego podręcznika dezawuują politycy i wydawcy. Ale to realna pomoc dla najbiedniejszych. Nie piętnuje beneficjentów i buduje wspólnotę.
Reforma podręcznikowa to zmiana na lepsze. Drugorzędne są jej polityczne motywy, czyli rozładowanie napięcia po reformie sześciolatków. I choć słychać krytykę, że pierwszy bezpłatny elementarz przygotowany jest naprędce, to jednak liczy się istota zmiany.
Trudno sobie wyobrazić, że w panującym dotychczas wolnym rynku wykorzystywane w szkołach podręczniki były wolne od wad, o jakie oskarża się „Nasz elementarz”. Wcześniej nikt jednak nie protestował, a materiały z których korzystali najmłodsi, były pod znacznie słabszą kontrolą opinii publicznej. To wskazuje raczej na słuszność podjętego publicznego działania: gdy państwo bierze na siebie odpowiedzialność za finansowanie i regulowanie świadczeń, znacznie łatwiej pokazać niezadowolenie z ich jakości i naprawić usterki. Kiedy materiały edukacyjne były przedmiotem rynkowej rywalizacji, o taka kontrolę paradoksalnie było trudniej.
Dodajmy, że dotychczasowy tak zwany wolny rynek książek z ideą wolnego rynku miał niewiele wspólnego. Na wybór podręcznika nie mieli wpływu konsumenci – czyli dzieci i ich rodzice – a tylko nauczyciele, podejmujący arbitralne decyzje, często w oparciu o pozamerytoryczne kryteria, jak darmowe pomoce naukowe od wydawców.
Ulga w portfelu
W reformie ważniejsza jest kwestia darmowości, którą bagatelizuje klasa średnia i jej opiniotwórcza reprezentacja, a która jest kluczowa dla niezamożnych – jest ich w Polsce całkiem sporo.
Dla biednych to wybawienie, zwłaszcza że reforma obejmie także uczniów starszych klas. To emancypacyjna zaleta reformy. Przypomnijmy, że w świetle danych CBOS wydatki związane z rozpoczęciem roku szkolnego, których zasadniczą część stanowią podręczniki, w 2013 roku w ponad połowie rodzin przekroczyły tysiąc złotych. Średnia wydatków wyniosła prawie 1,2 tys. zł, mniej więcej tyle, ile najniższe wynagrodzenie netto. Różnice między gospodarstwami uboższymi i zamożniejszymi to realne nierówności w dostępie do edukacji. Wśród rodzin o dochodzie nieprzekraczającym 500 zł na osobę miesięcznie wydatki szkolne wyniosły średnio 700 zł, więcej niż na utrzymanie rodziny!
m.krytykapolityczna.pl/artykuly/edukacja/20140912/bakalarczyk-podrecznik-uczy-rownosci