diabollo
21.01.15, 07:28
Jakub Majmurek
W swojej najnowszej powieści Houellebecq dobitnie pokazuje, że liberalizm sam nie jest w stanie się obronić.
Soumission (Podporządkowanie), nowa powieść Michela Houllebecqua, najbardziej dziś rozpoznawalnego francuskiego pisarza, od początku była skazana na sukces. Od jakiegoś czasu krążyły plotki, że bierze w niej – znów – na warsztat islam. A konkretnie przedstawia Francję w 2022 roku: w drugiej turze wyborów prezydenckich Marine Le Pen przegrywa z kandydatem Bractwa Muzułmańskiego. Bractwo, w koalicji z coraz bardziej słabnącą centrolewicą i centroprawicą, stopniowo zmienia Francję w kraj w zasadzie islamski.
Houellebecq miał już wcześniej na koncie spore kontrowersje związane z islamem. W wydanej nad Sekwaną w 2001 roku Platformie jedna z postaci – zsekularyzowany, zokcydentalizowany mężczyzna z Bliskiego Wschodu – mówi, że „trzeba być kretynem żeby wierzyć w Boga, a już najgłupszą religią jest islam”. Słowa te i w ogóle sposób przedstawiania islamu w książce rozdrażniły część środowisk muzułmańskich. Pisarz, bombardowany groźbami śmierci, ukrył się w Irlandii, a część opinii publicznej przykleiła mu łatkę „islamofoba”. Chwilę później wydarzył się jednak jedenasty września i opinia publiczna radykalnie zmieniła zdanie na temat powieści i tego, jak przedstawia ona muzułmanów. Houellebecq mógł wrócić w aurze proroka.
Premiera Soumission zbiegła się z atakiem na redakcję satyrycznego magazynu „Charlie Hebdo” i atakami przeciw społeczności muzułmańskiej we Francji. Na okładce ostatniego przed zamachami numeru pisma widniała zresztą karykatura Houellebecqa, mówiącego: „W 2022 roku będę przestrzegał ramadanu”. Zaraz po atakach pisarz i jego wydawca dostali policyjną ochronę i zawiesili promocję książki. Co nie zaszkodziło jej sprzedaży – rozeszła się już w około 250 tys. egzemplarzy.
Gdy czyta się w Soumission opisy paniki, jaka ogarnia Francję między pierwszą a drugą turą wygranych przez Bractwo wyborów, ma się wrażenie, jakby czytało się opis obecnej sytuacji – histeria klasy politycznej, bezradność służb, lęk społeczności żydowskiej, bezsensowne akty przemocy.
Czy jednak rzeczywiście ta książka jest kolejną rozprawą pisarza z islamem? Powiedziałbym, że w ogóle nie. Rację ma Adam Gopnik z „New Yorkera”, gdy pisze, że jeśli można jej coś zarzucić, to raczej franko-, a nie islamofobię.
Prawdziwym obiektem krytyki Houellebecqa jest bowiem współczesna Francja: jej zmęczony hedonizm, mierne elity, brak jakiegokolwiek projektu politycznego.
Czy szerzej – cała indywidualistyczna, materialistyczna, postchrześcijańska cywilizacja Zachodu. Cywilizacja niezdolnych do szczęścia, pozbawionych sensu i poczucia celu resentymentalnych „ostatnich ludzi”. Dla narratora powieści (nawet jeśli autor i on sam nie traktują tego, co mówi, do końca serio) islam może wydawać się sensowną alternatywą dla takiej Europy. Przynajmniej dla jej męskiej części.
Śmierć ze zmęczenia
Kim jest ten narrator? Na imię ma François i znamy go w zasadzie z wszystkich powieści Houellebecqa. Mizantropijny mężczyzna w średnim wieku, z klasy też średniej, która – być może jako ostatnie pokolenie – cieszy się względnym dobrobytem społecznej gospodarki rynkowej. Zmęczony życiem bierny hedonista, który chce tylko jakoś kontrolować depresyjne symptomy. Nieszczęśliwy w miłości.
Ze wszystkich Houellebecqowskich bohaterów François cieszy się największym intelektualnym prestiżem - jest profesorem literatury na Sorbonie. Daleko mu co prawda do statusu publicznego intelektualisty, gwiazdy akademii w typie Brunona Latoura czy Petera Sloterdijka, ale napisał powszechnie szanowane doktorat i habilitację. Jego praca ogranicza się do jednego dnia zajęć na uczelni w tygodniu i pisania artykułów naukowych do specjalistycznych pism – artykułów uznawanych w kręgach uniwersyteckich za błyskotliwe, ale znanych wyłącznie wąskiej publiczności.
François bada dorobek Jorisa-Karla Huysmansa, prozaika z czasów III Republiki, który najpierw był dekadentem, tkającym wytworne stylistyczne konstrukcje (François poświęcił swoją habilitację neologizmom u tego pisarza), przepełnione poczuciem schyłku i mające szokować burżuja, pod koniec życia nawrócił się jednak i zamieszkał we wspólnocie zakonnej. Z dekadenta zmienił się w katolickiego apologetę.
François pogodził się z faktem, że zajmuje się czymś bez większego społecznego znaczenia. Że szczyt intelektualnego rozwoju ma za sobą i pewnie nie opublikuje już żadnej wielkiej pracy. Sprawia wrażenie człowieka pomału dogasającego: mieszka sam w dwupokojowym mieszkaniu w chińskiej dzielnicy na południowych obrzeżach miasta. Zasypia co dzień przed telewizorem nad napoczętą butelką wina lub czegoś mocniejszego. Kiedyś przy życiu utrzymywały go romanse ze studentkami. Teraz, gdy ostatnia z jego kochanek, młodsza od niego o ponad dwadzieścia lat studentka Myriam ucieka z rodzicami do Izreala (jak większość francuskich Żydów przestraszonych perspektywą muzułmańskiego rządu), także jego życia erotyczno-romantyczne w zasadzie zamiera (nie licząc kilku nieprzynoszących satysfakcji wizyt u prostytutek).
François patrzy na zmierzch świata, jaki znał, bez żalu, lęku i paniki.
Nie jest islamofobem. Nie jest katolikiem. Nie potrafi powiedzieć, czy jest ateistą. Nie jest w zasadzie przywiązany do żadnej składowej swojej tożsamości; z obojętnością patrzy, jak wszystko wokół niego się zmienia. A dzieje się sporo.
CDN...