Dodaj do ulubionych

Nóżki w galarecie z ludzkiej głowy.

21.12.20, 07:25
Nóżki w galarecie z ludzkiej głowy. Ile Kum Kaplica ma z Taty Tasiemki? Prawdziwa historia "Króla"
Marta Grzywacz

Książkowego Kuma Kaplicę kumple wydobywają z obozu w Berezie Kartuskiej, ale skatowany przez strażników umiera w drodze do domu. Koniec gangstera, który jest jego pierwowzorem był smutniejszy - nie uciekł z obozu, ale w nim umarł. A obóz był koncentracyjny. Prawdziwa historia z serialu "Król".

Szczepan Twardoch w „Królu” (na którego motywach Canal Plus nakręcił serial) sportretował przedwojenną Warszawę. Ale nie salonową, lecz tę z niższych pięter - miasto handlarzy z targowisk, knajpianych rzezimieszków z półświatka i tanich burdeli. Jest też ulica, na której rządzi siła - spluwy, kosy za pazuchą, pięści i kopniaki. To ulica polska, żydowska, ale też polityczna, na której faszystowscy pałkarze z Falangi piorą się z bojówkarzami robotniczymi związanymi z PPS.

Bohaterowie książki i serialu mają historyczne pierwowzory. W pięciu odcinkach przedstawimy najciekawsze postaci. Zaczynamy od słynnego gangstera zwanego Tatą Tasiemką, który posłużył do stworzenia postaci Jana Kuma Kaplicy.

Serial „Król”. Jan Kaplica zwany Kumem
Jan Kaplica (w serialu grany przez Arkadiusza Jakubika), to goj zwany Kumem, bo lubił się spoufalać (niebezinteresownie). W opisie Twardocha to mężczyzna niski, korpulentny, łysy, o nogach krótkich i pulchnych. Ma wielkie, wypomadowane i podkręcone wąsy, nosi drogi, staromodny garnitur i zegarek ze złotą dewizką.

Ojciec trzech córek jest bywalcem domów publicznych, pedofilem i sadystą. Lepiej niż dwunastoletnie prostytutki traktuje żonę – bije ją najwyżej raz w miesiącu i wtedy, gdy jest pijany, ale tylko raz złamał jej rękę pogrzebaczem.

Razem ze swą bandycka ferajną trzęsie żydowskim Śródmieściem oraz północą częścią miasta od Woli i Ochoty po baraki pod Dworcem Gdańskim. Publicznie pojawia się zawsze z obstawą, która ma broń na widoku, nawet gdy mija policjantów. Codziennie o siódmej rano odwiedza paszteciarnię przy ul. Leszno, gdzie czyta gazety, a potem załatwia interesy.

Pierwowzór Kuma, Tata Tasiemka, odpowiada temu opisowi: też był niski, okrągły, łysawy, miał czarny wąsik, ale bardziej niż bandytę przypominał urzędnika. Prasa porównywała go do Ala Capone, a armię jego zbirów - do mafii chicagowskiej.

Zanim opowiemy jego historię, kilka słów o miejscu, z którym najbardziej jest kojarzony, tak jak książkowy Kapica.

Strach na Kercelaku

Na skutek pomyłki w akcie notarialnym w II połowie XIX w. znany warszawski kupiec Józef Kerceli stracił półtorahektarową działkę u zbiegu ulic: Towarowej, Leszna, Okopowej i Wolskiej na rzecz miasta. Mimo procesów nigdy jej nie odzyskał. Magistrat wybrukował teren i założył tam targowisko. Wzdłuż Leszna stały stragany z artykułami spożywczymi, stoły z koszernym mięsem i ogromne kadzie ze śmietaną. Przy Chłodnej handlowano odzieżą i wyrobami żelaznymi, a na Okopową udawali się ci, którzy chcieli kupić gołębia, papugę, kota czy psa. Jeśli handlarz nie miał akurat psa czy ptaka, to zobowiązywał się dostarczyć go w ciągu paru godzin. I zwierzę, zwykle kradzione, pod koniec dnia trafiało do nowego właściciela. Mówiło się, że na Kercelaku można było kupić nawet bengalskiego tygrysa.

Dwa grosze kosztowała porcja kwasu chlebowego, sześć - strzyżenie pod gołym niebem. Atmosferę umilał kataryniarz z małpką na ramieniu, a szulerzy obiecywali wielkie wygrane w ruletkę i bączka, zachęcając: „Jeszcze nie było takiego zdarzenia, aby ktoś wygrał od patrzenia... Daj pan na rączkie i zabaw się bączkiem”. Kusili grą w kości albo w trzy karty.

Tata Tasiemka wraz ze swymi bandziorami na Kercelaku pojawił się około 1928 r. Jego banda wymuszała haracze zależne od zamożności kupca - czasem 50 zł miesięcznie, czasem 200 zł. Opornych karano biciem albo zdemolowaniem stoiska, a przerażone ofiary odwoływały złożone już na policji doniesienie, woląc zapłacić grzywnę za rzekomo fałszywe zeznania, niż stracić życie.

Całość:

wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,26626877,ile-kum-kaplica-ma-z-taty-tasiemki-prawdziwa-historia-krola.html#S.zajawka_magazynowa-K.C-B.3-L.1.duzy
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Nóżki w galarecie z ludzkiej głowy. 23.12.20, 10:08
      wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,26633670,slawoj-skladkowski-uwazal-ze-dla-polakow-najwazniejsza-jest.html#weekend#S.W-K.C-B.3-L.1.maly

      Sławoj Składkowski uważał, że dla Polaków najważniejsza jest ubikacja na powietrzu. Prawdziwa historia "Króla"
      Mirosław Maciorowski

      W książce Szczepana Twardocha premier Felicjan Sławoj Składkowski nieświadomie wysyła Kuma Kaplicę do Berezy Kartuskiej. Trudno uwierzyć, by wysłał do obozu prawdziwego Tatę Tasiemkę, czyli dawnego bojowca PPS, Raczej ochroniłby go, bo po cichu chyba podziwiał tego zabijakę. Prawdziwa historia z serialu "Król".

      Twardoch w „Królu” odmalował Felicjana Sławoja Składkowskiego tak: szczupły, średniego wzrostu, przerzedzone, siwe włosy zaczesane do tyłu, „krzaczasty, sterczący pod nosem wąs i równie krzaczaste brwi, co sprawiało, że przypominał nieco marszałka Piłsudskiego, do którego całe życie pragnął się upodobnić, nie mając jednakże słusznie złudzeń, by mógł mu dorównać. Wyraz twarzy miał tak ponury, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w ludzkiej pamięci jego imię przetrwa dzięki nazwie ustępu na wolnym powietrzu”.

      Dość wierny to portret, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychologicznym. Gdy spojrzymy na historyczne fotografie Składkowskiego, przekonamy się, że także postać z serialu Canal Plus (gra go w nim Adam Ferency) przypomina oryginał.

      Ustęp na świeżym powietrzu
      Ma też rację autor „Króla”, pisząc, że choć w ciągu 13 lat rządów sanacji Sławoj Składkowski pełnił wysokie stanowiska - ministra spraw wewnętrznych i premiera - to w historii zapisał się głównie jako wynalazca ubikacji na powietrzu, nazwanych od jego nazwiska sławojkami.
      Klasyczna sławojka to dół na odchody zabudowany drewnianą, zadaszoną budką z drzwiami zamykanymi na haczyk. W środku siedzisko przykryte deską z okrągłym otworem. Przepisy zalecały, by od czasu do czasu (w idealnej wersji - na koniec dnia) przesypać „urobek” wapnem.

      Obowiązek budowania sławojek premier Sławoj Składkowski wprowadził w 1936 r., ale wymyślił je jeszcze w czasie I wojny, gdy służył w I Brygadzie Legionów Piłsudskiego. Jako niedawny absolwent studiów medycznych na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim, był wtedy prawą ręką głównego lekarza brygady dr. Stanisława Roupperta.

      REKLAMA

      Legionowe szeregi dziesiątkowały wtedy nie tylko urazy odniesione podczas starć na froncie, ale i inne choroby, których źródłem był często brak higieny. Żołnierze myli się rzadko, a podczas długotrwałej walki załatwiali potrzeby w okopach. Składkowski postanowił więc powalczyć o podniesienie poziomu higieny żołnierzy i, jak mawiał, wypowiedzieć wojnę „wykwitom walki pozycyjnej”.

      Pierwszym pomysłem było wyznaczenie żołnierzom specjalnego obszaru za okopami, gdzie szli za potrzebą z saperką, by od razu zakopać „wykwit”. Dopiero później za radą Sławoja Składkowskiego na tyłach okopów stanęły drewniane latryny. Nie nazywano ich jeszcze sławojkami, ta nazwa pojawiła z górą 20 lat później, gdy autor pomysłu, postanowił wcielić go w życie w całej Polsce, niezmiernie przed wojną brudnej i śmierdzącej, szczególnie na prowincji. Gdy przepis wszedł w życie, specjalne komisje sprawdzały w terenie, czy rzeczywiście powstają. Powstawały.

      Sławojki to zresztą niejedyny „higieniczny” pomysł premiera. Kazał także ogradzać prywatne posesje, bielić wiejskie chaty i sprzątać zapyziałe podwórka miejskich kamienic. Z tego powodu o Sławoju Składkowskim żartowano, że jest jedynym politykiem sanacji, który ma poczucie rzeczywistości: każe stawiać ustępy, bo wie, że nic lepszego w Polsce postawić się nie da.

      Felicjan Sławoj Składkowski. Ślepe narzędzie sanacji
      Działalności Sławoja Składkowskiego nie powinno się jednak sprowadzać do stawiania wychodków i płotów. Gdy pełnił ważne funkcje w państwie (szefem MSW był z przerwami od 1926 do 1936 r., a premierem od 1936 r. aż do wybuchu wojny), doszło przecież w Polsce do wydarzeń, które zmieniły politykę i miały wpływ na społeczeństwo. Sławoj Składkowski czynnie w nich uczestniczył, a wiele firmował własnym nazwiskiem.

      Do opisu rządów sanacji często stosuje się sformułowanie „miękka dyktatura”, ale po 1930 r. można mówić już o coraz twardszej.

      Rządzący nagminnie łamali prawo i zasady demokracji. Represjonowani byli przeciwnicy polityczni, bici dziennikarze niesprzyjający władzy, prasę i wydawnictwa obowiązywała cenzura. Liderzy opozycji, m.in. Wincenty Witos i Władysław Kiernik z PSL „Piast” czy Adam Ciołkosz, Adam Pragier oraz Stanisław Dubois z PPS, zostali aresztowani i osadzeni w twierdzy brzeskiej, a po procesie, który był farsą, skazani na więzienie. Działanie legalnych ugrupowań zostało ograniczane, a po 1935 r., gdy uchwalona została konstytucja kwietniowa, w zasadzie sparaliżowane. Dochodziło do brutalnych represji wobec mniejszości etnicznych. W Małopolsce policja i wojsko pacyfikowały ukraińskie wsie, puszczając z dymem wiele cerkwi. A po wystąpieniach radykalnej prawicy minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego w rządzie Sławoja Składkowskiego zezwolił rektorom wyższych uczelni na wprowadzenie getta ławkowego, czyli dyskryminacji studentów pochodzenia żydowskiego.

      Po 1935 r. kompetencje premiera nie były już zbyt rozległe, gdyż konstytucja kwietniowa wprowadziła de facto system prezydencki. Prezydent Ignacy Mościcki mógł w każdej chwili obalić rząd i rozwiązać parlament, a władzę dzielił z marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym, który po śmierci Piłsudskiego został Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych, czyli Wodzem Naczelnym Armii.

      Jednak Sławoj Składkowski jako szef rządu znakomicie odnalazł się w tym układzie, był gorliwym narzędziem polityki sanacji.

      Rekrut i feldfebel
      Zarówno w czasach Piłsudskiego, jak i po jego śmierci, Sławoj Składkowski był bezkrytycznym podwładnym i piewcą zasług Marszałka.

      Płk Marian Romeyko, oficer lotnictwa, wykładowca Wyższej Szkoły Wojennej, a przed wojną attaché wojskowy w ambasadzie w Rzymie, pisał o Sławoju Składkowskim: „Jego stosunek do Piłsudskiego, sądząc z czynów i słów, świadczył niemal o bałwochwalstwie, a wręcz obrzydliwej uniżoności (całowanie po rękach). (…) Powoływanie się na rozmowy z marszałkiem, przytaczanie słów i otrzymywanych od niego zarządzeń nie może być przekonywujące zwłaszcza dla tych, którzy orientowali się w stanie zdrowia marszałka po 1930 r. W moim przekonaniu, a niewątpliwie i innych, nikt z »wiernych« nie zaszkodził Piłsudskiemu bardziej za życia i po śmierci niż ten płaszczący się dygnitarz”.

      Romeyko pogardliwie nazywa Sławoja-Składkowskiego „Wielkim Ginekologiem Armii” i określa jako „człowieka o lokajskim charakterze”.
      Taka opinię potwierdza gen. Leon Berbecki, jeden z „wiernych” Piłsudskiemu, o których pisze Romeyko. Berbecki uważał, że stosunek Sławoja Składkowskiego do marszałka przekraczał granice zdrowego rozsądku: „Niewolniczo uwielbiał Piłsudskiego. Każde polecenie marszałka uważał za świętość (…) i bardzo lubił, jak komendant rozmawiał z nim, jak feldfebel [sierżant niemieckiej armii – red.] z rekrutem. Piłsudski potrafił rozmawiać i postępować z każdym tak, jak rozmówcy to najwięcej dogadzało. Stosunek ten rozczulał i zachwycał Składkowskiego…”.

      Zwichnęli mu umysł
      Ale płaszczącym się serwilistą był jedynie wobec Piłsudskiego i tych, którzy przejęli po nim władzę, m.in. Rydza-Śmigłego. Bo gdy opuszczał gabinety ważniejszych od siebie, zmieniał się nie do poznania.

      CDN...
      • diabollo Re: Nóżki w galarecie z ludzkiej głowy. 23.12.20, 10:12
        Znów Romeyko: „Wulgarny w zachowaniu się i w mowie, wiecznie się spieszył, ruchy jego były szorstkie i nieopanowane, wzrok rozbiegany (…). Widział i słyszał jedynie to, co uprzednio chciał zobaczyć i usłyszeć; zachłystywał się od szybkiego mówienia. Umysł jego nie podlegał woli skupienia, zastanowienia się, przemyślenia. Wyniosły, zarozumiały, arbitralny i arogancki w stosunku do podwładnych i mniej znanych, brat łata w stosunku do braci legionowej, z którą spędził niewiele więcej niż dwa lata”.

        Romeyko był niewątpliwie uprzedzony do Sławoja Składkowskiego. W ocenach posuwa się naprawdę daleko, nazywając go błaznem, głupcem, filutem. Na postawione sobie pytanie, kim był Sławoj, odpowiada, że mogliby to stwierdzić jedynie psychiatrzy.

        Jednak także oceny innych polityków i obserwatorów kariery ostatniego premiera II RP są dla niego miażdżące. Z zażenowaniem została przyjęta wydana rok po śmierci Piłsudskiego książka „Strzępy meldunków”, w której Sławoj Składkowski opisywał swoje kontakty z marszałkiem, m.in. relacjonując ich spotkania. Gdy „Strzępy…” ukazały się ponownie po II wojnie, wielu odebrało tę książkę jako próbę zrehabilitowania się w oczach potomnych: sanacja wprawdzie poniosła klęskę, ale część odpowiedzialności spada na wielkiego człowieka - Józefa Piłsudskiego, a Składkowski wykonywał jedynie jego polecenia.

        W „Dziennikach” krytykowała go Maria Dąbrowska i wielu emigracyjnych działaczy. Dziwnym wyjątkiem był pisarz i publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz, który pisał o nim z pewnym politowaniem: „Był to (…) dobry człowiek, dobry żołnierz, dobry Polak. Zwichnęli mu umysł, pozbawili poczucia uczciwości żołnierskiej ci, co zrobili go premierem, wyrządzając mu tym największą osobistą krzywdę”.

        Takiej oceny nie potrafił zrozumieć Wacław A. Zbyszewski, dziennikarz i dyplomata, który przyjaźnił się z Catem.

        „Gdybym był Mackiewiczem, tobym do końca życia takiemu Sławojowi nie darował, prześladowałbym go zaciekle i zawzięcie do grobowej deski niczym Żydzi hitlerowców”.
        Zbyszewski nie potrafił pojąc wyrozumiałości Mackiewicza, człowieka, którego przecież premier Składkowski pospołu z marszałkiem Śmigłym-Rydzem zesłał w 1939 r. do Berezy Kartuskiej.

        Złamany gangster

        No właśnie, Bereza… Opis tego „miejsca odosobnienia” i tortur, jakich doświadczył tam książkowy Kum Kaplica, jest jednym z najbardziej przejmujących fragmentów „Króla”. Składkowskiemu podsunięto do podpisu skierowanie Kaplicy do Berezy – był to element wielopiętrowej intrygi, w której jedną z głównych ról odgrywał zdradziecki wspólnik, Doktor Radziwiłek, który chciał przejąć interesy Kuma.

        Kaplica nie bał się zwykłego więzienia, ale przed Berezą czuł respekt. Wiedział, co tam robią z ludźmi, i nie pomylił się. Szybko trafił do karceru, gdzie mógł tylko stać w lodowanej wodzie. Co kwadrans do drzwi pukał strażnik, a on musiał odpowiedzieć „Jestem”, co - jak mu wytłumaczono - ma na celu wyłącznie jego osobisty dobrostan. „Mdlał trzy razy, budzili go kopaniem”. Był permanentnie bity i upokarzany, wreszcie wylądował w szpitalu w Kobryniu, gdzie lekarz musiał mu amputować rękę.

        Sławoj Składkowski dowiedział się w końcu o intrydze i kazał Kaplicę zwolnić. Ale było za późno. Kum umarł w drodze do domu.

        Literacki opis Twardocha warunków panujących w Berezie jest bliski prawdy. Nie brak bowiem świadectw okropieństw, do jakich dochodziło w obozie. Jedno z najbardziej przejmujących wyszło właśnie spod pióra Cata-Mackiewicza, dlatego trudno się dziwić, że Zbyszewski krytykował przyjaciela za wyrozumiałość dla Sławoja.

        Cat-Mackiewicz został uwięziony „za systematyczną krytykę rządu, za pomocą sztucznie dobieranych argumentów, i podrywanie zaufania narodowego do Naczelnego Wodza”.

        Bicie, gimnastyka, całowanie pałki

        „Główna tortura w Berezie polegała na odmawianiu człowiekowi prawa odbycia stolca – opisywał Mackiewicz. - Tylko raz jeden w dzień o godzinie 4 minut 15 rano ustawiano więźniów w wychodku i komenderowano: »Raz, dwa, trzy, trzy i pół, cztery«”. W ciągu półtorej sekundy miało być wszystko skończone”.

        Strażnicy zmuszali więźniów do gimnastyki, w głębokim przysiadzie musieli biegać i chodzić po schodach.

        „Bicie dzieliło się na oficjalne i oficjalno-prywatne. Kara chłosty istniała oficjalnie, widziałem delikwenta, który dostał 280 pałek w siedzenie, ośmiu policjantów znęcało się nad nim. Był to mój sąsiad z pryczy, Żyd, właściciel domu publicznego z Łodzi” - wspominał Cat.

        Osadzeni musieli klęczeć na ostrych kamykach wysypanych na nawierzchni budowanej niedaleko szosy. Poruszać się po nich na kolanach, bito ich przy tym pałkami, które co 20 metrów musieli całować.

        Głównym oprawcą był w obozie jego komendant Józef Kamala-Kurhański, choć twórczy wkład w stosowane w nim bandyckie metody miał zapewne znany z sadyzmu administracyjny nadzorca, wojewoda poleski Wacław Kostek-Biernacki.

        W książce Kamala-Kurhański (w serialu gra go Wojciech Urbański) znęca się nad Kumem, ale ostatecznie sam kończy marnie. W czasie wojny gestapo wysyła go do Auschwitz w jednym z pierwszych transportów, ginie tam rozszarpany przez współwięźniów, którzy mszczą się za Berezę. I to nie jest wcale fikcja literacka, prawdziwy Kamala-Kurhański rzeczywiście został w Auschwitz zlinczowany z tego właśnie powodu, choć w akcie zgonu wpisano, że zmarł na żołądek.

        W latach 1934-39 więziono w Berezie Kartuskiej około 3 tys. przeciwników sanacji, przedstawicieli mniejszości narodowych, ale też pospolitych przestępców. W wyniku tortur zmarło kilkanaście osób - źródła podają liczby od 13 do 17. Wielu więźniów opuściło mury „miejsca odosobnienia” ze zrujnowanym zdrowiem i urazami psychicznymi.

        Jednym z głównych odpowiedzialnych za więzienie i torturowanie obywateli RP bez wyroku sądu był Felicjan Sławoj Składkowski.

        Bojowiec bojowcowi oka nie wykole
        Taty Tasiemki, czyli Łukasza Siemiątkowskiego, pierwowzoru postaci Jana Kuna Kaplicy, Składkowski do Berezy nie posłał. I raczej by tego nie zrobił, prędzej ochroniłby go, jak piłsudczyk piłsudczyka, stary pepeesiak starego pepeesiaka.

        Może o tym świadczyć fragment wspomnień Sławoja Składkowskiego, w których opisał swoje spotkanie z Tasiemką. Trudno ich kontakty nazwać zażyłością, bo jeden był bandziorem, a drugi bywalcem salonów. Ale w książce „Kwiatuszki administracyjne” w 1959 r. były minister i premier pisał o Siemiątkowskim wręcz z podziwem:

        „Na placu [Kercelaku] spokój i bezpieczeństwo straganów spoczywa na chłopcach Tasiemki. Choć ma on już około pięćdziesiątki i nos spirytusowy, umie jeszcze jednym uderzeniem na kant w szczękę powalić człowieka na ziemię. Gdy energiczne śledztwo w sprawie mojego ukradzionego portfela nie dało rezultatów, zostałem wezwany do referatu śledczego Rządu. A tam przywitał mnie Tata Tasiemka.

        Powiedział: - Sługa pana komisarza. Słyszałem, takie nieszczęście, kto nie słyszał, cała Warszawa się trzęsie. Polskiego ministra portfela pozbawić, i to przed kościołem. To potośmy do carskich żandarmów strzelali. ażeby teraz jakiś łobuz rabował władzę w stolicy? Upewniam pana komisarza, że to nikt z naszych fachowców. Któż byłby tak głupi, żeby dla marnych pieniędzy się narażać? Dobrze, będę się starał dla dobra naszego i lewicy.

        Następnego dnia listonosz przyniósł do ministerstwa wyjęty z puszki pocztowej portfel z fotografiami i legitymacjami, ale na miejscu pieniędzy była tylko zmięta kartka papieru, na której twardym ołówkiem stało naskrobane koślawymi literami. »Panie miniszcze trza lepij pilnować złodziejów«”.
        Nikt tu pana nie chce
        Dwaj starzy pepeesiacy darzyli się więc szacunkiem. Po wybuchu wojny los obszedł się z nimi jednak w różny sposób. Tata Tasiemka pozostał w kraju, Niemcy w 1942 r. uwięzili go na Pawiaku, a potem wywieźli do obozu koncentracyjnego na Majdanku, gdzie w lutym 1944 r. zmarł na tyfus.

        CDN...
        • diabollo Re: Nóżki w galarecie z ludzkiej głowy. 23.12.20, 10:13
          Sławoj Składkowski ostatnie posiedzenie rządu poprowadził 17 września 1939 r. na plebanii kościoła grekokatolickiego w Kutach, w pobliżu granicy polsko-rumuńskiej. Uczestniczyli w nim też wódz naczelny, prezydent oraz marszałkowie Sejmu i Senatu. Tam dowiedzieli się o ataku Armii Czerwonej na Polskę. Zapadła decyzja o ucieczce do Rumunii, a potem do Francji, żeby stamtąd kontynuować walkę. Jednak w Rumunii wszyscy zostali na dłużej, przymusowo internowani. Zrzekli się wtedy funkcji rządowych i zabiegali, by nowy premier Władysław Sikorski pomógł im opuścić miejsce internowania.

          Emigracyjne władze jednak odmawiały. Na list Sławoja Składkowskiego z prośbą o pomoc Sikorski odpowiedział tak: „Otrzymałem pańskie zgłoszenie do służby czynnej. Żąda pan w swym podaniu rzeczy niemożliwej. Nie rozporządzam tak silną policją ani żandarmerią, by ochronić pana od zniewag i zamachów, które spotkać go muszą w każdym większym skupisku polskim.

          Pan, Prezes Rządu odpowiedzialnego za bezprzykładny pogrom, jakiegośmy doznali, powinien zrozumieć, że jedno mu teraz pozostaje: dać o sobie zapomnieć".
          W czerwcu 1940 r. Sikorski pomógł jednak Składkowskiemu wydostać się z Rumunii. Przez Turcję dotarł on do Palestyny, gdzie stacjonowała Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich. Został przyjęty do wojska, ale zajmował nieistotne stanowiska.

          Od 1947 r. mieszkał w Londynie, gdzie zmarł w 1962 r.

          Współpraca Joanna Banaś

          Korzystałem m.in. z książek: „Przed majem i po maju” Mariana Romeyki, „Ludzie, których znałem”, Wacława A. Zbyszewskiego, „Legiony Polskie 1914-1918” Andrzeja Chwalby, „Piłsudski 1867-1935” Andrzeja Garlickiego, „Kwiatuszki administracyjne” Felicjana Sławoja Składkowskiego, „Historia Polski od 11 liatopada 1918 17 września 1939” Stanisława Cata-Mackiewicza.
    • diabollo Re: Nóżki w galarecie z ludzkiej głowy. 23.12.20, 10:16
      Tak dla porządku:

      wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,26629984,doktor-radziwilek-przed-smiercia-zobaczyl-swe-odciete-przyrodzenie.html

      Doktor Radziwiłek przed śmiercią zobaczył swe odcięte przyrodzenie? Prawdziwa historia "Króla"
      Marta Grzywacz

      Wśród cech wspólnych bohatera książki i serialu Doktora Radziwiłka i prawdziwego Józefa Łokietka jedna wybija się na plan pierwszy: obaj bili wszystkich - endeków, komunistów, przeciwników Piłsudskiego, chrześcijan i Żydów. Prawdziwa historia "Króla"
      Szczepan Twardoch w „Królu” (na motywach którego Canal Plus nakręcił serial) sportretował przedwojenną Warszawę, miasto nie tylko salonów, ale też przestępców, burdeli i spelunek. Bohaterowie Twardocha mają historyczne pierwowzory – w naszym cyklu przedstawiamy najciekawsze postaci. Dziś Józef Łokietek, z którego pisarz „ulepił” Doktora Radziwiłka, granego w serialu przez Borysa Szyca.

      Bojowcy i mały Żyd
      Janusz Radziwiłek w „Królu” to najbliższy wspólnik i zastępca Jana Kuma Kaplicy. Nazwisko Radziwiłł wymyślił na poczekaniu, bo to jedyne polskie, jakie przyszło do głowy żydowskiemu chłopcu. Potem ktoś o nim powie pogardliwie, że może być najwyżej Radziwiłkiem, i tak już zostało.

      Wysoki, szczupły, wygląda jak czysty aryjczyk, ma arystokratyczne rysy, czoło wysokie, pańskie, włosy ciemne, gładko do tyłu zaczesane, wysokie oficerki, sygnet, nosi oficerski mundur Związku Strzeleckiego. Uwielbia słodycze i katować prostytutki. Aktywny działacz PPS i organizator jej bojówki.

      Poznajemy go, gdy ma 44 lata i jest brutalnym zabijaką. Ale gdy poznał Kaplicę w 1905 r. jako bojowca PPS, któremu pomógł wydostać się z obławy, był porządnym żydowskim chłopcem.

      To wydarzenie jest prawdziwe, choć datowane na 1901 r. Józef Łokietek rzeczywiście jako chłopiec pomógł bojowcom z PPS. Według jednej wersji była to żydowska chata, według innej – cheder, gdzie kilku nastolatków w chałatach i jarmułkach siedziało nad Torą. Z pewnością zdarzyło się to w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie do jednego z budynków wpadło dwóch gojów z pistoletami. Zażądali, żeby wskazać im tylne wyjście.

      – Ja poprowadzę – poderwał się wysoki, szczupły chłopak. Gdy zgubili pościg, chciał się pożegnać, ale nieznajomi, którzy brali udział w zamachu na rewirowego, nie pozwolili mu odejść. Uznali, że lepiej świadka ucieczki nie zostawiać na żer carskiej policji. Zabrali go ze sobą do Łodzi, a ojcu kazali rozgłaszać, że został przez nich zabity. Czy wśród bojowców rzeczywiście był Łukasz Siemiątkowski zwany Tatą Tasiemką, pierwowzór Kuma Kaplicy? Nie wiadomo.

      Chłopak miał 11 lat, nazywał się Judel Dan Łokieć, był synem sukiennika i chętnie włączył się w prace PPS, już jako Józek Łokietek. Przenosił listy, bibułę, broń i pieniądze. Zrzucił też chałat, jarmułkę, obciął pejsy i wrócił do szkoły, tym razem powszechnej. Toczył w niej walki na pięści z katolickimi rówieśnikami, którzy śmiali się, że kiepsko mówi po polsku.

      Chemik, działacz, emisariusz
      Książkowy Doktor Radziwiłek na koszt organizacji wyjeżdża w 1910 r. na studia do Szwajcarii, skąd wraca w 1918 r. z doktoratem z chemii, wykwintnymi manierami i pieniędzmi, zna pięć języków, ale żadnego dobrze.

      I to też jest prawda. Łokietek rzeczywiście został wysłany do Szwajcarii po tym, jak ktoś ze znajomych rozpoznał go na ulicy. Pewnego razu zapytał jednego z opiekunów: „Jak się robi proch?”. Odpowiedzi nie dostał, więc zapisał się na Wydział Chemii Uniwersytetu Genewskiego. Okazał się na tyle zdolny, że jeden z profesorów, August Berthier, zaczął go wyróżniać, a nawet zapraszać do domu.

      W rezultacie Łokietek zrobił doktorat, ożenił się z córką Berthiera i przyjął obywatelstwo Szwajcarii.

      Władał francuskim, angielskim, niemieckim i włoskim. I rzeczywiście żadnym dobrze, nawet jidysz podobno nie był jego mocną stroną. Może dlatego całe życie uchodził za milczka i rzadko się odzywał.
      Jeszcze będąc w Genewie, jako członek pepeesowskiego Związku Strzeleckiego werbował żołnierzy do Legionów Piłsudskiego. Podróżował też do USA, Francji, Belgii, Niemiec, Austrii jako przewodnik dla działaczy PPS jeżdżących tam z odczytami i po pieniądze na cele partyjne. Nic wówczas nie zapowiadało, że zostanie jednym z najgroźniejszych gangsterów międzywojennej Warszawy.

      Kastet i pałka
      Po I wojnie 38-letni doktor chemii i PPS-owiec wrócił do kraju. Żona wkrótce go opuściła, bo nie zaaklimatyzowała się nad Wisłą, a on aktywnie włączył się w działania partii.

      Podczas wojny polsko-bolszewickiej pracował dla Robotniczego Komitetu Obrony Warszawy, gdzie dał się poznać jako sprawny organizator, więc po wojnie został komendantem warszawskiej milicji porządkowej PPS. Swoje bojówki miały wówczas wszystkie partie.

      Ich członkowie do cherlaków nie należeli, a oprócz tego wyposażeni byli w pałki, kastety i broń. Bijatyki na ulicach stolicy należały do stałego krajobrazu miasta. Tomasz Arciszewski, komendant główny milicji PPS (w latach 1944-47 premier rządu RP na uchodźstwie), tłumaczył, że partia musiała stworzyć taką formację, by bronić się przed atakami komunistów.

      całość:

      wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,26629984,doktor-radziwilek-przed-smiercia-zobaczyl-swe-odciete-przyrodzenie.html

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka