Dodaj do ulubionych

Nowa Lewica

09.02.22, 08:28
Nowa Lewica nie współpracuje z PiS i nie jest "partią pana Czarzastego"
Agata Diduszko-Zyglewska

Być może opozycja, tak jak sobie życzycie, pójdzie do wyborów jednym wielkim blokiem. To pewnie możliwe, jeśli tylko będzie szansa na partnerskie rozmowy w tej sprawie. Ale w tej chwili jej nie ma i to nie z powodu Lewicy.

W ostatnich dniach wiceprzewodnicząca Nowej Lewicy Joanna Scheuring-Wielgus zaapelowała do Donalda Tuska o to, żeby porzucił destrukcyjną dla polskiej demokracji strategię atakowania i obrzucania fałszywymi oskarżeniami Lewicy. Jestem raczej pesymistką w kwestii odzewu. Co prawda, uderzając w inne opozycyjne partie i próbując unicestwić Lewicę, Tusk nie zwiększa szans opozycji na wygraną w najbliższych wyborach, tylko pracuje na trzecią kadencję PiS. Ale niewątpliwie podnosi morale, a także wyniki sondażowe swojej bardzo w ostatnich latach pozbawionej energii formacji. A w końcu celem przewodniczącego jest wzrost popularności partii i nie ma co się temu dziwić.

Fakty, których Tusk i Platforma nie akceptują
Trudno nie mieć wrażenia, że Donaldowi Tuskowi marzy się pożarcie całej opozycji i powrót do sytuacji, w której wyborcy znów zmuszeni są do wybierania pomiędzy dwiema prawicami - liberalną PO (KO) i populistyczną PiS. A my przecież byliśmy już w tej sytuacji, i to dokładnie ten brak wyboru i ten szantaż ("musicie głosować na PO, inaczej zmarnujecie głos") doprowadził nas stopniowo do sytuacji obecnej. Wymuszona zgoda na niszczący pojedynek dwóch prawic, zniechęcająca część wyborców do brania udziału w procesie wyborczym, doprowadziła ostatecznie do zapanowania katonacjonalistycznego chaosu.

A od 2015 roku tylko przybyło ludzi, którzy chcą mieć realny, czyli wychodzący poza różne odcienie prawicy wybór. Jak informował CBOS, w 2020 roku wśród Polaków w wieku 18-24 lat aż 40 proc. kobiet i 22 proc. mężczyzn deklarowało poglądy lewicowe. Jak wynika z wielkich międzynarodowych badań Pew Research Centre, Polska jest najszybciej laicyzującym się krajem, a religia jest istotna tylko dla 16 proc. ludzi w grupie do 25. roku życia. Jak wiemy ze statystyk samego Kościoła, mniej niż 30 proc. ludzi w Polsce chodzi na msze, czyli w ogóle ma dobrowolny kontakt z tą instytucją. Ludzie w Polsce żyją w nieformalnych związkach i rodzą w nich dzieci, mają patchworkowe rodziny lub pozostają samodzielni.

Autorytetami dla nich - poza niszową grupką dwóch procent - są nie niemoralni biskupi, tylko bardzo różne osoby, które mogą śledzić w swoich internetowych bańkach. Chcą bezpieczeństwa, ekonomicznej stabilności, poprawy działania ochrony zdrowia, liberalizacji prawa antyaborcyjnego i ogólnie tego, żeby politycy nie wtrącali się do ich prywatnego życia. Donald Tusk i jego formacja tak jakby nie akceptują tych faktów i wciąż powtarzają coraz bardziej naciąganą narrację o tym, że konserwatywne społeczeństwo „nie jest gotowe" na żadne zmiany. A jedyne, o czym wolno rozmawiać, to odsunięcie PiS od władzy (i oczywiście jeden blok pod wodzą PO, do którego PO wpuści wybrane przez siebie formacje na swoich warunkach).

Niedawny sondaż IBRiS z którego wynika, że dla 49,6 proc. respondentów samo odsunięcie PiS od władzy jednak nie wystarczy i że oczekują także odpowiedzi na to, jak ma wyglądać Polska po PiS, to tylko jeden z wielu dowodów na to, że konserwatywni liberałowie zatopieni we wspominkach ze swojego złotego wieku przegapili istotną zmianę w rzeczywistości. W tej sytuacji Lewica przeszkadza szefowi PO po prostu dlatego, że jest. A im aktywniej działa i im spójniej realizuje swój (napisany i opublikowany!) socjaldemokratyczny program, tym bardziej przeszkadza, bo uniemożliwia przedstawianie wiecznego niezdecydowania i turboliberalnych ciągot KO jako jedynej możliwej pozytywnej przyszłości Polski.

Lewica drażni przewodniczącego PO, bo jemu samemu raczej bliżej do konserwatywnej posłanki Fabisiak niż do przynajmniej deklaratywnie progresywnego Trzaskowskiego, a w jego repertuarze politycznych gestów mieści się publiczne pieczętowanie przymierza z upolitycznionym Kościołem przez krzyżowanie chleba, a nie bezwarunkowa deklaracja przyznania Polkom takich samych praw reprodukcyjnych, jakie mają wszystkie inne Europejki. Podmiotowość kobiet i wynikające z niej prawo do pełnego decydowania o swoim życiu wydaje się dla szefa PO terminem równie egzotycznym co świeckie państwo czy przeciwdziałanie katastrofie klimatycznej. Nie bez powodu te dwa ostatnie tematy reprezentują w KO formacje niszowe i pozbawione sprawczości w ramach całej koalicji.

W Lewicy nie ma byłych członków PiS
Żeby pozbyć się Lewicy i zrealizować marzenie o powrocie do przeszłości, KO i jej szef lansują dwie absurdalne tezy. Pierwsza z nich to rzekomy brak jasności co do tego, czy Lewica nie zacznie nagle współpracować z PiS. Taką tezę formułuje partia, która w przeszłości w najbardziej oficjalny sposób współpracowała z PiS, tworząc słynny PO-PiS, i której obecnie ważne postaci były ministrami (!) PiS (jak np. Radosław Sikorski, Joanna Kluzik-Rostkowska czy blisko współpracujący z PO Roman Giertych, autor reaktywacji nacjonalistycznej Młodzieży Wszechpolskiej).

Sam zarzut wypowiadany jest wobec formacji, która przyjęła do siebie dokładnie zero członków PiS i której program jest stuprocentowym przeciwieństwem pisowskiego katonacjonalistycznego autorytaryzmu. I ten zarzut jest w racjonalnym świecie nie do obronienia. Ale w polskim narastającym kryzysie skutecznie powiększa chaos i podziały.

Druga równie kuriozalna teza redukuje Nową Lewicę do zarządzanej jendnoosobowo „partii Czarzastego". Tymczasem Lewica nie jest partią Czarzastego, tak samo jak nie jest partią Biedronia (choć Biedroń w spinie KO nie istnieje, bo nawet w najbardziej zaawansowanym politycznym fantasy nie da się go wtłoczyć w społecznej wyobraźni w jeden obrazek z PiS). Lewica nie jest partią jednego polityka w tym sensie, że nie jest to partia wodzowska utworzona przez jednego człowieka i realizująca jednostkową wizję.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Nowa Lewica 09.02.22, 08:29
      Nowa Lewica jest klasyczną lewicą, z tradycyjnie progresywnym socjaldemokratycznym programem, z wybieralnymi zmiennymi władzami, z dwiema frakcjami, owszem, z wybranymi dwoma współprzewodniczącymi Robertem Biedroniem i Włodzimierzem Czarzastym, lecz także z czternaściorgiem wiceprzewodniczących. Co nieprzypadkowo umyka piewcom mitycznego autorytaryzmu, ta czternastka to parytetowo siedem kobiet (Joanna Scheuring-Wielgus, Anita Kucharska-Dziedzic, Anna Zofia Mackiewicz, Beata Maciejewska, Małgorzata Moskwa-Wodnicka, Wanda Nowicka, Paulina Piechna-Więckiewicz) i siedmiu mężczyzn (Andrzej Szejna, Krzysztof Śmiszek, Dariusz Wieczorek, Marek Dyduch, Krzysztof Gawkowski, Arkadiusz Iwaniak, Łukasz Komoniewski).

      Wymieniam wszystkie te osoby z nazwiska, bo znacie je i na pewno słyszeliście o ich działaniach (które możecie różnie oceniać, ale są to działania podmiotowe). Nowa Lewica ma zarząd krajowy - jestem jego członkinią - radę krajową, władze regionalne. Redukcja tej demokratycznej i obejmującej trzydzieści tysięcy osób struktury do partii jednego polityka to paskudny spin, który ma przykryć podmiotowość i sprawczość bardzo aktywnych posłanek i posłów, samorządowców i działaczy/działaczek – także w kontekście wybierania własnych władz, współtworzenia programu i kierunków działania. To klasyczny ruch ze świata anachronicznej polityki, w którym liczą się, a właściwie istnieją tylko męskie pojedynki liderów na ego.

      Oczywiście polityka to nie imieniny u cioci – każda partia, również PO, ma prawo realizować nawet najbardziej oderwaną od realiów i muzealną strategię; ma prawo grymasić, żądać od innych partii, żeby zniknęły, bo przeszkadzają, wytrwale ignorować istnienie sprawczych polityczek. Problemem jest to, że ta strategia skutecznie osłabia opozycję. A jeszcze większym to, że kiedy tubę takiej narracji podstawiają mainstreamowe opozycyjne media i liderzy opinii, prawicowcom pozostaje tylko kupić chipsy i rozsiąść się w fotelach.

      Hipnoza Tuska
      Dla mnie, jako aktywistki od lat działającej na rzecz praw kobiet, szczególnie przygnębiające jest oglądanie w roli aktywnych stronniczek mizoginicznej strategii przewodniczącego Tuska liderek opinii, które od lat podnosiły temat upodmiotowienia kobiet w polityce i w debacie publicznej. Przytoczę tylko dwie wypowiedzi z ostatnich dni. Profesor Magdalena Środa namawia do bojkotu wyborów (!), jeśli partie opozycyjne nie podejmą natychmiast propozycji nie do odrzucenia (jeden blok, teraz, bez stawiania warunków, czyli pod wodzą sami wiecie kogo). Profesor Środa sprowadza cały problem do „roszczeń do tożsamości panów Tuska, Hołowni czy Czarzastego". A co z roszczeniami do tożsamości i prawa do istnienia wiceprzewodniczącej Joanny Scheuring-Wielgus i innych kobiet? W tej optyce ich racje i opinie, wypowiadane przecież publicznie, w ogóle nie istnieją.

      Eliza Michalik zżyma się, że Lewica ma czelność być oburzona słowami Tuska, choć - jak pisze - nawet nie sprawdziła, o jakie słowa chodzi, ale wie, że "najmądrzejsi politycy muszą i będą zawsze mówić rzeczy, które nie podobają się innym". Przypomnę, bo chodzi o dość paskudne słowa: „Każdego dnia widać wyraźnie gotowość Lewicy do politycznej współpracy z PiS-em i wspólnych akcji przeciwko innym partiom opozycyjnym". Według Elizy Michalik, kiedy Tusk wypowiada powyższe szkodliwe kłamstwa, po prostu wykonuje swoją pracę polityka, natomiast kiedy Lewica mu odpowiada, to działa niczym „pożyteczni idioci" i jest winna "współsprawstwa" w niszczeniu demokracji. Wymieniam te dwie publicystki, bo od lat je śledzę, lubię i uważam ich głosy za istotne. Ale przede wszystkim dlatego, że oddają atmosferę wypowiedzi większej grupy osób, które stojąc po stronie demokracji i publicznej podmiotowości kobiet, od powrotu lidera PO do Polski (który jednak nie spełnił marzeń o tym, że na sam jego widok PiS podda się i uda do więzienia) ulegają pewnej hipnozie.

      Ta hipnoza nakazuje im odmawiać praw do korzystania z demokracji i podmiotowości Lewicy. Nie będę apelować do przewodniczącego PO o większą odpowiedzialność w kontekście wybierania strategii politycznych, bo mój głos do niego nie dotrze – w końcu jestem tylko kobietą z zarządu krajowego partii, której nie lubi. Ale namawiam do refleksji liderki opinii, nie tylko te dwie powyżej, których wypowiedzi przywołałam, lecz także wiele (i wielu) innych biorących teraz udział w absurdalnej nagonce na Lewicę. Dlaczego powielacie anachroniczne polityczne narracje, unicestwiając w swoich tekstach kobiety u władzy: wiceprzewodniczące partii, członkinie zarządu, najaktywniejsze posłanki obecnego Sejmu, które mają na swoim koncie realne osiągnięcia w tej kadencji, współautorki programu Lewicy?

      Dlaczego dajecie się złapać na starą patriarchalną sztuczkę i zgadzacie się na role piewczyń strategii, która, powtórzę to jeszcze raz, odbiera podmiotowość i sprawczość polityczkom i która redukuje istotną polityczną debatę wielotysięcznych formacji na temat możliwego kształtu i warunków komunikacji między partiami opozycyjnymi do pojedynku kilku panów, z których jeden proponuje pozostałym, żeby zniknęli, bo wtedy będzie mu wygodniej? Jeszcze wszystko może się zdarzyć. Być może opozycja, tak jak sobie życzycie, pójdzie do wyborów jednym wielkim blokiem. To pewnie możliwe, jeśli tylko będzie szansa na partnerskie rozmowy w tej sprawie. Jednak w tej chwili jej nie ma, i to nie z powodu Lewicy. Demokratyczna opozycja może też iść do wyborów w dwóch blokach (centroprawicowym i centrolewicowym).

      W obydwu wypadkach możliwe jest wspólne pokonanie autorytarnej prawicy i zbudowanie koalicyjnego rządu całej opozycji. Pod warunkiem że jedne opozycyjne partie nie będą musiały bez przerwy bronić się przed atakami innych. I pod warunkiem, że zwolennicy opozycyjnych partii nie będą skupiać się na niszczeniu zwolenników innych odcieni opozycji, nazywając ich „pożytecznymi idiotami", „zdrajcami", „bolszewikami". Tylko zaakceptowanie pluralizmu i pokojowego współistnienia różnych partii na opozycji, a nie powrót do morderczego pojedynku dwóch prawic, jest pozytywnym scenariuszem dla Polski. "Jesteśmy dziś w miejscu, z którego widać koniec świata" - jak celnie napisała reżyserka Monika Strzępka (w swoim programie, który dał jej zwycięstwo w konkursie na dyrekcję Teatru Dramatycznego w Warszawie). Anachroniczne i mizoginistyczne strategie politycznych liderów z XX wieku nie uratują nas przed jego nadejściem. Pozwólcie działać Lewicy, a zwłaszcza nie podcinajcie skrzydeł kobietom Lewicy. Dla własnego dobra.

      Agata Diduszko-Zyglewska - członkini Zarządu Krajowego Nowej Lewicy, radna m.st. Warszawy

      wyborcza.pl/7,75968,28084709,nowa-lewica-nie-wspolpracuje-z-pis-i-nie-jest-partia-pana-czarzastego.html#S.main_topic_2-K.C-B.3-L.2.glowka
      • oby.watel Re: Nowa Lewica 09.02.22, 10:07
        Wystarczy stwierdzić, że czarne nie jest czarne, żeby we własnym mniemaniu czarne nie było czarne. Niestety, miażdżąca większość wyborców uważa, że jednak jest. Dlatego Polacy wolą Konfederację niż Lewicę (Konfederacja uzyskała 8,5% poparcia, Lewicę wskazało 5,8% respondentów). Jeśli to nie jest klęska kierownictwa partii, to co to jest? Wbrew teoriom spiskowym to nie Tusk wepchnie Hołownię i lewicę pod próg. Dokonają tego własnymi rękami Czarzasty z Hołownią (na ugrupowanie Szymona Hołowni zagłosowałoby 11,7% ankietowanych). Niedługo Hołownia będzie musiał się do kogoś przykleić jak Razem i Wiosna, bo inaczej przepadnie z kretesem. Dobrymi kandydatami są Kosiniak-Kamysz i Gowin. Takich dwóch jak ich trzech nie ma ani jednego. Murowany sukces.
      • oby.watel Re: Nowa Lewica 09.02.22, 10:35
        Profesor Jarosław Flis z Uniwersytetu Jagiellońskiego podjął się szacunkowego przeliczenia wyników badania na mandaty - zgodnie z obowiązującą ordynacją wyborczą. Wynika z tego, że najwięcej mandatów przypadłoby PiS – 195 (o 10 więcej niż w poprzednim badaniu). Koalicja Obywatelska mogłaby liczyć na 143 miejsca, zaś Polska 2050 na 56. Kolejna w zestawieniu Konfederacja zajęłaby w Sejmie 35 miejsc. Lewica miałaby 17 posłów, a PSL – 13. Jeden mandat został w tych wyliczeniach zachowany dla przedstawiciela mniejszości niemieckiej.

        Jakim trzeba być... Hołownią, by upierać się przy samodzielnym starcie, jeśli po wyborach i tak musiałby ze znienawidzonym Tuskiem współpracować? Poza tym nawet dziecko w przedszkolu jest w stanie zrozumieć, że jeśli Hołownię i PO popiera 36,8%, a PiS 33,1, to jeśli na koalicję PO-Polska2050 zagłosuje ledwie 35%, to i tak zdobędzie większość dzięki d'Hondtowi. Ale nawet wtedy PiS rządzi z Konfederacją. (PiS 191 mandatów, KO+Ho 215, K 41, L 9, PSL 4)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka