diabollo
09.01.24, 07:03
Do byłych znajomych: w czasach PiS staliście tam, gdzie ZOMO, więc nie piszcie dziś do mnie
Eugeniusz Smolar
Akceptowali i milczeli. Zaprzedali umysły i sumienia nienawiści. A dziś niepokoją się o siebie w powyborczej rzeczywistości, więc nieśmiało próbują przywrócić niegdysiejsze kontakty
Eugeniusz Smolar jest analitykiem Centrum Stosunków Międzynarodowych, b. więźniem politycznym w PRL, współtwórcą kwartalnika „Aneks" oraz wieloletnim dziennikarzem i dyrektorem Sekcji Polskiej BBC.
Ostatnio skontaktowało się ze mną kilkoro zwolenników „dobrej zmiany", którzy po 2015 roku zerwali ze mną kontakty. Może to potwierdzenie maksymy, jaką przed laty usłyszałem od 19-letniego wówczas Adama Michnika, który komentując czyjeś postępowanie, powiedział: „Mądrej głowie wystarczy raz pałką w łeb".
Nie wiem, czy zmądrzeli, ale wobec dwojga zachowałem milczenie. Byli entuzjastami Kaczyńskiego oraz PiS i już dawno zdałem sobie sprawę, że dyskusja z nimi nie prowadzi do niczego.
Mogę zrozumieć niechęć i niezgodę na jakiś typ prowadzonej wcześniej polityki. Mogę zrozumieć chęć zmiany kursu. Mogę wreszcie zrozumieć poczucie niedocenienia i pragnienie zrobienia kariery, także zawiść wobec tych, którzy takie kariery porobili.
Nie rozumiem jednak, jak to możliwe, że ci inteligentni, wykształceni, wcześniej racjonalni ludzie (bo wielu z nich uczestniczyło z przekonaniem w polskiej transformacji po 1989 r.) przez ostatnie lata:
Niezachwianie popierali wszystkie działania wymierzone w podstawy demokracji, o którą walczyli w solidarnościowym podziemiu. To gorzka dla walczących z PRL-em konstatacja: „czerwoni" okazali się lepszymi demokratami niż niektórzy opozycjoniści z lat 80.
Wspierali łamanie konstytucji i prawa dla monopolizacji władzy na wszystkich szczeblach.
Milczeli lub znajdowali pokrętne wyjaśnienia dla wszelkich nieprawości – dla przestępstw, kłamstw, niekompetencji, korupcji i nepotyzmu. Korupcja istniała wcześniej, ale miała charakter jednostkowy, kryminalny i była ścigana. Dopiero „dobra zmiana" wprowadziła korupcję instytucjonalną jako metodę rządzenia i zarządzania, chronioną przez prokuraturę Ziobry.
Nie przeszkadzały im nienawistne kłamstwa i napaści na ludzi należących do opozycji z użyciem podporządkowanych mediów czy Pegasusa, na nieugiętych sędziów czy prokuratorów, także na osoby prywatne. Peerelowska SB mogłaby się tych metod od nich uczyć.
A komunistyczna propaganda mogłaby się uczyć od PiS-owskich speców. Dostrzeżmy jednak różnice. Zmasowane akcje propagandowe (Poznań 1956, pisarze 1964, Marzec 1968, Grudzień 1970, Czerwiec 1976, także po wprowadzeniu stanu wojennego) trwały kilka tygodni lub miesięcy i były wyciszane. Władcom PRL po 1956 r. zależało głównie na zachowaniu status quo, stabilizacji i ukrywaniu krytyki oraz wyciszaniu konfliktów, także na ukrywaniu wszelkich przejawów alternatywy wobec systemu w jakiejkolwiek dziedzinie. Inaczej w wypadku PiS, który nieprzerwanie przez osiem lat przypuszczał agresywne ataki, dążąc do polaryzacji społeczeństwa i pogłębienia wrogości, co uczynił metodą sprawowania władzy.
Byli gotowi usunąć poza pole swojej wrażliwości kilkaset napastliwych materiałów w „publicznych" telewizji i radiu prowadzących do zamordowania Pawła Adamowicza uznanego za niebezpiecznego konkurenta politycznego. Odmawiali powiązania świadomych działań nienawistnej propagandy z jego śmiercią lub z samobójczą śmiercią 16-letniego Mikołaja, syna posłanki Magdaleny Filiks, na której władza chciała się zemścić za jej wypowiedzi.
Nie dostrzegali brutalności policji, ponad stu wypadków śmierci na komisariatach czy bicia protestujących kobiet.
Nie przeszkadzał im agresywny szowinizm, tolerancja dla antysemityzmu skrajnej prawicy, także dehumanizacja migrantów i śmierć ponad 50 osób na granicy z Białorusią („przecież musimy mieć bezpieczne granice").
Nie spędzała im przez lata snu z powiek troska o kulturę demokratyczną i o stan ducha obywateli i obywatelek w rodzinach rozdzieranych konfliktami.
Lista jest bardzo długa. Ona istnieje, sporządzana przez liczne organizacje pozarządowe.
Dopiero pod sam koniec, gdy rządy PiS zaczęły się chylić ku upadkowi, zaczęli utyskiwać z niepokojem, że propaganda TVP jest nazbyt toporna, jak Marcin Wolski, który przyznał: „Stworzyliśmy propagandę gorszą niż w PRL". Ich niepokój był jednak płytki, zapewne wierzyli z zapewnienia Kaczyńskiego, przekonującego o nieuchronnym zwycięstwie wyborczym. A po wyborach, podobnie jak Kaczyński, okazali się bezradni wobec decyzji wyborców.
Nie kieruję tych słów do ponad siedmiu milionów wyborców PiS, dla których partie Kaczyńskiego i Ziobry mogły jawić się jako bliskie, bardziej tradycjonalistyczne, katolickie czy polskie. Którzy odczuwali nie tylko satysfakcję z „redystrybucji godności", ale i doceniali zwiększone dopłaty socjalne. Myślę o tych niegdysiejszych moich znajomych, którzy musieli mieć wątpliwości, ale zachowywali milczenie, niekiedy zbywając je obronnie słowami: „Ale oni wcześniej robili podobnie".
Akceptowali i milczeli. Zaprzedali nienawiści swoje umysły i sumienia. A dziś niepokoją się o siebie, o możliwość odnalezienia się w nowej, powyborczej rzeczywistości. Więc nieśmiało próbują przywrócić niegdysiejsze kontakty, nagle pragną podjąć dyskusję, choć nie mam wpływu na nic poza tym, co publikuję.
Biorąc pod uwagę skalę zniszczeń i ogrom złej woli, a też interes własny, zdecydowanie odrzucam ich tę nagłą łże-otwartość.
Bo to oni – zwolennicy pałkarzy – przez lata stali tam gdzie stało ZOMO.
wyborcza.pl/7,75968,30574667,do-bylych-znajomych-w-czasach-pis-staliscie-tam-gdzie-zomo.html