Dodaj do ulubionych

Trup w lux-hotelu

09.04.25, 08:24
ekskursje.pl/2025/04/trup-w-longines-lounge/
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Trup w lux-hotelu 09.04.25, 08:29
      wyborcza.pl/7,101707,31837815,bogacze-przestali-byc-smieszni-widzielismy-final-bialego-lotosu.html#S.TD-K.C-B.14-L.2.duzy
    • diabollo Re: Trup w lux-hotelu 09.04.25, 08:33
      www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/2294911,1,czy-klasa-srednia-w-polsce-istnieje-wiekszosc-z-nas-sie-za-nia-uwaza-mit-jest-silny.read
      • diabollo Re: Trup w lux-hotelu 11.04.25, 07:14
        Czy klasa średnia w Polsce istnieje? Większość z nas się za nią uważa. Mit jest silny
        Ewa Wilk

        Rozmowa z dr Paulą Kukołowicz, socjolożką z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, o mitycznej polskiej klasie średniej.

        EWA WILK: – Czy klasa średnia w Polsce istnieje?
        Paula Kukołowicz: – To zależy, jak zdefiniujemy to pojęcie. Patrząc na dochody, wykształcenie, na wyznawane wartości, możemy wyróżnić pewne segmenty społeczeństwa. Jeżeli chcielibyśmy przyjąć tradycyjną koncepcję klas, to klasa średnia we współczesnej Polsce nie istnieje.

        W potocznym rozumieniu jej powstanie wiąże się z kapitalizmem, którego była ostoją i filarem.
        Była jak najbardziej. Już w XVI-wiecznej Anglii monarchia, próbując nie dopuścić do wzrostu wpływów arystokracji, starała się wzmacniać pozycję kupców, rzemieślników i warstw, które dziś określilibyśmy mianem drobnych przedsiębiorców. Monarchia wspierała tworzenie się kapitalizmu i mieszczaństwa.

        Ojciec socjologii Max Weber na przełomie XIX i XX w. opisywał już wyraźnie wyodrębnioną klasę średnią, w której skład wchodzili przedstawiciele m.in. wolnych zawodów, biurokracja. Te trzy elementy – państwo narodowe, kapitalizm i klasa średnia – wyraźnie wspierały się nawzajem. Nie byłoby nowoczesnego państwa bez sprawnej, merytorycznej, dobrze opłacanej administracji, a bez sprawnego państwa – odpowiedzialnego za stworzenie np. systemu powszechnej edukacji i systemu zabezpieczeń – znacznie trudniej byłoby kapitalistycznym gospodarkom osiągnąć sukces.

        Współczesna Polska jest odległa o prawie półtora wieku od tamtych czasów. Czy wyodrębnianie tej grupy – lokowanej pomiędzy bogatymi i biednymi – ma sens?
        Zadajmy sobie najpierw pytanie, kto nie był w czasach badanych przez Webera klasą średnią. Na pewno nie było nią ani chłopstwo, ani proletariat, ani – z drugiej strony skali – właściciele dużych majątków ziemskich. Nie da się zastosować tej koncepcji do dzisiejszej Polski, ponieważ większość naszego społeczeństwa to są osoby, które Weber wówczas zaliczyłby do klasy średniej. Ta warstwa się znacznie rozrosła. Spójrzmy na przykład na przedsiębiorców.

        Dla Webera osoby parające się własną działalnością gospodarczą były istotną kategorią tworzącą klasę średnią. W Polsce, nie licząc rolników, mamy ok. 2 mln osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, a większość z nich (1,6 mln) nie zatrudnia pracowników. Dodatkowo część z nich świadczy usługi tylko dla jednego podmiotu gospodarczego. Czy to są przedsiębiorcy?

        Ponadto z danych podatkowych wynika, że jest to grupa najbardziej zróżnicowana dochodowo. Niektórzy pracują dorywczo albo zakładają działalność gospodarczą, by zoptymalizować podatki lub zapewnić sobie prawo do jakiegoś rodzaju zasiłku.

        Podobne zróżnicowanie dotyczy innych zawodów, również tych nawykowo zaliczanych do klasy średniej, w tej liczbie – i pani, i mojego. A czy takie kryteria jak pozycja społeczna, prestiż zawodowy jeszcze trzymają się rzeczywistości?
        Nie tak bardzo jak kiedyś. W badaniach naukowych raczej odchodzi się od definiowania klasy społecznej poprzez zawód. Mówi się wciąż o klasie średniej, ale raczej jako o grupie o średnich dochodach, ponieważ dochody najłatwiej zmierzyć.

        Konkretnie to osoby zarabiające pomiędzy 67 a 200 proc. dochodów rozporządzalnych na osobę w danym kraju. W Polsce to by było coś między 1,8 tys. a 5,4 tys. zł na osobę w gospodarstwie domowym. Albo, przeliczając na płace, między 4 a 10 tys. zł na rękę. Czy tak?
        Instytucje międzynarodowe przyjmują takie mniej więcej procentowe progi. Chodzi o to, by ukazać, że w każdym państwie istnieje jakaś klasa średnia. W Polsce jest ona oczywiście biedniejsza niż w Niemczech czy Szwajcarii. Czyli nie istnieje jeden uniwersalny dla Europy poziom dochodów, w odniesieniu do którego moglibyśmy określać przynależność do klas. Ekonomiści definiują klasę średnią przede wszystkim w oparciu o dochody, bo to mówi o możliwościach konsumpcyjnych społeczeństwa.

        Myślę, że definiowanie klasy średniej poprzez zawody i ich prestiż byłoby bardzo przydatne, tyle że trzeba by to dopasować do naszych warunków. Trudność z tworzeniem nowej typologii klasowej polega na tym, że świat zmienia się szybciej, niż nadąża za tym nasza refleksja. Przykład: wśród zawodów najbardziej narażonych na wpływ sztucznej inteligencji są finansiści, prawnicy, tłumacze, niektórzy urzędnicy państwowi czy nawet programiści. Rozwój technologii uderza w zawody średniego szczebla.

        Polska klasa średnia – jak prorokowano za czasów transformacji ustrojowej – miała wyrosnąć z peerelowskiej inteligencji, specyficznej grupy, która raczej biedowała, ale w sensie prestiżowym stała bardzo wysoko na drabinie społecznej, przypisywano jej swoisty etos. Czy współczesnych średniaków wiąże coś poza średnimi dochodami?
        Gdy badaliśmy to przed kilkoma laty, okazało się, że owa klasa średnia zdefiniowana przez dochody to były osoby, które częściej niż ogół akceptowały status quo. Czyli niekoniecznie chciały np. zmian w opodatkowaniu, czy w wydatkach państwa. Odpowiadało im to, co jest. Osoby zaliczane do klasy niższej częściej chciały wyższych podatków, zaś osoby o wyższych dochodach częściej chciały niższych podatków.

        Z państwa raportu wynikało wiele wniosków przeczących stereotypom o klasie średniej. W sondażach aż 75–78 proc. ogółu naszego społeczeństwa zaliczyłoby się właśnie do niej. Tymczasem we wspomnianych widełkach dochodowych mieści się tylko połowa spośród nas. I tak niemało. Dlaczego biedni uważają się za bogatszych, niż są naprawdę, a klasa wyższa skarży się na niedostatek mimo wysokich zarobków?
        Większość ludzi uważa się za klasę średnią. Przykładowo pytamy Kowalskiego o dochody i porównujemy je do dochodów reszty Polaków. Okazuje się, że obiektywnie na tle całej populacji kraju zarabia on bardzo mało, jednak najczęściej będzie odpowiadał, że jego zarobki są średnie. Oznacza to, że Kowalski myśli, że zarabia więcej lub znacznie więcej w porównaniu z innymi niż w rzeczywistości. Podobnie jest w przypadku klasy o najwyższych zarobkach – gdy poprosimy najbogatszych o podobne porównanie, to odpowiedzą, że zarabiają porównywalnie do innych. Dlaczego? Bo osoby o bardzo różnej sytuacji dochodowej rzadko spotykają się w społeczeństwie. I porównują dochody wyłącznie z dochodami swoich znajomych, którzy najczęściej są do nich podobni. Kowalski zazwyczaj spotyka w codziennych interakcjach takich jak on rodziców w przedszkolu, w szkole, kolegów w pracy. Rozmawia z osobami z grupy porównawczej, wśród której żyje. I dlatego – na ich tle – uważa się za członka klasy średniej.

        CDN...
        • diabollo Re: Trup w lux-hotelu 11.04.25, 07:17
          W Polsce średniaków jest stosunkowo dużo; zaskakujące, że relatywnie więcej niż w Hiszpanii, Portugalii czy we Włoszech.
          Muszę przyznać, że pod tym względem nasze badania – jak wiele innych – nie do końca odzwierciedlają rzeczywistość, bo opierają się na danych sondażowych. W sondażach rzadko biorą udział osoby bardzo bogate – po prostu ankieter do nich nie dociera. Podobnie z uboższymi. Nie mamy pewności, czy ludzie mówią rzetelnie o swoich dochodach. Przecież wiemy o takim zjawisku w Polsce, jak płacenie części wynagrodzeń pod stołem.

          Wróćmy zatem do początku rozmowy: czy klasa średnia nie jest – by przywołać słynną sztukę Tadeusza Kantora – umarłą klasą? Przywołując jeszcze bardziej zabytkowego od Webera Karola Marksa, klasa to byt społeczny połączony wspólnym interesem. Czy przy dzisiejszym zróżnicowaniu średniaków, również światopoglądowym i politycznym, da się zidentyfikować jakieś klasowe spoiwa?
          Pojęcie klasy mówi o pewnej stabilności tych interesów.

          I dziedziczności pozycji społecznej?
          Owszem.

          I o podzielanym etosie?
          Tak. Jednak przy bardzo szybkich zmianach na rynku pracy takie myślenie jest zwodnicze. Zdefiniujemy jakieś klasy dzisiaj, a za kilka lat okaże się to nieaktualne. Nie warto więc mówić o klasie, a raczej o segmentacji, podziale rynku pracy np. ze względu na dostęp do ubezpieczeń społecznych. A to wpływa na wiele innych rzeczy. Wydaje się, że nawet może mieć wpływ na decyzje prokreacyjne. Badam m.in. sprawę dzietności i osoby, z którymi rozmawiam, mówią, że przy umowie-zleceniu i przy ich grafiku pracy nie mogą myśleć o potomstwie. Jakiś czas temu przyglądałam się dostępowi do zasiłków macierzyńskich. Kobieta pracująca na umowę-zlecenie mogła w przypadku urodzenia dziecka dostać prawo do zasiłku macierzyńskiego pod warunkiem, że w momencie urodzenia dziecka miałaby status osoby podlegającej ubezpieczeniu chorobowemu. Czyli w dniu narodzin dziecka mieć obowiązującą umowę. Trudno sobie wyobrazić, by na koniec trzeciego trymestru ciąży dostała od kogokolwiek zlecenie.

          To by wróżyło nową stratyfikację społeczną: do uprzywilejowanej warstwy należą ci, których stać na dzieci. Kiedyś już tak było – wielodzietnością charakteryzowała się arystokracja.
          Nie wiem, czy osoby mające dzieci są uprzywilejowane. Pewnie by tego nie potwierdziły, patrząc na ilość swoich obowiązków i na to, że będą miały emerytury równie niskie jak inni, pomimo że ich wkład w system emerytalny i przyszły wzrost gospodarczy będzie de facto większy.

          Możemy się domyślać, że pewność zatrudnienia, forma umowy i dostęp do zasiłków mają wpływ na dzietność. Łatwiej będzie kobiecie podjąć decyzję o dziecku, jeżeli będzie miała gdzie pracować po powrocie z macierzyńskiego i jeżeli nie będzie musiała się bać, że nie dostanie kolejnego zlecenia, a przez okres urlopu macierzyńskiego będzie miała zapewniony zasiłek.

          Może to właśnie będzie przyszłe kryterium przynależności do klasy średniej? Dziś w publicystyce mamy tu pełną dowolność. Poważne tytuły krzyczą, że „klasa średnia ma kłopot z wyborem roweru” albo że przymiera głodem i tonie w długach, albo dokąd wyjeżdża na wakacje. Autorzy tych publikacji mają chyba na myśli jakiś segment wielkomiejskich 30–40-latków. Z państwa obserwacji nie wynika, by była ona szczególnie zadłużona.
          Tak, to błędny stereotyp o tym zadłużeniu, bo spójrzmy choćby na bankową politykę przyznawania kredytów: żeby dostać kredyt, trzeba mieć zabezpieczenie finansowe na jego spłatę. Przy kredycie mieszkaniowym obowiązuje bufor ostrożnościowy – sprawdza się, czy bylibyśmy w stanie spłacić kredyt, np. przy stopach o 2 pkt proc. wyższych niż obecnie. Co z definicji zmniejsza liczbę osób posiadających zdolność kredytową. Więc z jednej strony słyszymy, że klasa średnia tonie w kredytach, a z drugiej – że duża jej część nie ma zdolności kredytowej. Jeden pogląd zadaje kłam drugiemu. Bliższy prawdy jest ten o braku zdolności kredytowej. W Polsce dyskusja o klasie średniej opiera się na stereotypach.

          Czy należy zatem rozstać się bezpowrotnie z marzeniem i projektem sprzed blisko 30 lat, z czasów transformacji, że opoką dla nowego państwa będzie silna klasa średnia, wywodząca się z inteligencji i biurokracji; że będzie ona ostoją demokracji, będzie nas trzymać w Unii, na zachodzie Europy? A małe i średnie firmy będą kołem napędowym gospodarki?
          Nie wiem, dlaczego ten mit tak silnie zakorzenił się w naszym społeczeństwie. To duże przedsiębiorstwa są siłą rozwojową polskiej gospodarki, więcej inwestują, mają większą skalę działania, wchodzą na rynki europejskie, więcej eksportują i za ich pośrednictwem dokonuje się transfer technologii. Mają one dużo większy wpływ na wzrost polskiego PKB niż przedsiębiorstwa średnie i małe.

          W sumie dla spokoju społecznego to chyba dobrze, że trzech na czterech Polaków uważa się za średniaków; są oni zadowoleni ze status quo, aspiracji nie mają przesadnych, widzą tylko sobie podobnych.
          Z pewnej perspektywy to dobrze, bo gwarantuje jakąś stabilność. Aczkolwiek tylko na tu i teraz. Ale brakuje nam takiej grupy osób, która wspierałaby reformy wzmacniające państwo i podstawy rozwoju gospodarczego. Takiej, która powiedziałaby: ze względu na nasz dobrobyt w przyszłości powinniśmy jakieś obszary naszego życia zreformować. Społeczna niechęć do reform jest w Polsce widoczna. Dosyć powszechne jest oczekiwanie, że państwo ma nam wszystko dawać, a my mamy płacić coraz niższe podatki. Konieczność wzrostu wydatków na obronność, starzenie się społeczeństwa skutkujące skurczeniem się rynku pracy, słaba pozycja Europy w konfrontacji z USA i Chinami to są realne wyzwania, z których większość społeczeństwa nie zdaje sobie sprawy.

          Tak jak kiedyś nie powstałaby klasa średnia bez silnego państwa, które stworzyło system powszechnej edukacji, system ochrony zdrowia i zabezpieczeń społecznych, tak i dzisiaj potrzebujemy takiego państwa. Tyle że państwo, które nie ma zasobów, nie zagwarantuje nam w przyszłości dobrobytu. Będzie za słabe. Tymczasem dziś w Polsce nie ma takiej grupy społecznej, która otwarcie mówiłaby o tych wyzwaniach, definiowała je, nazywała po imieniu. Nie mamy takiej klasy średniej.

          ROZMAWIAŁA EWA WILK

          ***

          Paula Kukołowicz – dr nauk społecznych, absolwentka socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Z Polskim Instytutem Ekonomicznym jest związana od 2019 r., gdzie obecnie kieruje Zespołem Zrównoważonego Rozwoju. Autorka i współautorka raportów dotyczących m.in. klasy średniej w Polsce.

          Polityka 14.2025 (3509) z dnia 01.04.2025; Społeczeństwo; s. 34
          Oryginalny tytuł tekstu: "Gry w klasę"
    • diabollo Re: Trup w lux-hotelu 13.04.25, 09:12
      krytykapolityczna.pl/kultura/film/patriarchat-pozera-swoich-wlasnych-synow-o-trzecim-sezonie-bialego-lotosu/

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka