negatywista
27.03.04, 13:13
Wczoraj byłem na imprezie, czułem się fatalnie wśród bardzo sympatycznych i
roześmianych ludzi. Czułem się jakbym był odcięty od nich - fizycznie obecny
wśród nich, ale nienależący do ich gatunku. Śmiałem się na siłę razem z nimi,
ale od środka zamarzałem.
Obserwowałem z zazdrością te zdrowe zwierzęta, które potrafią należycie
funkcjonować, stawiać sobie i zdobywać cele, dobierać się w pary, wprawiać
się w specyficzny stan oszołomienia zwany dobrym nastrojem - kiedy umysł
zablokowane ma funkcje realistycznej oceny własnej kondycji w świecie.
Ciekaw jestem czy wyczuli, że jestem o lata świetlne od nich oddalony. I
stale się oddalam.
W połowie imprezy zaczęła mnie podrywać jakaś nieznana mi dziewczyna, ale
nie byłem w stanie tego pociągnąć i włączyć się do gry - gdy tylko zbliżyła
się na odległość słyszalności szeptu, zalał mnie chłód i czułem, że cały się
jeżę. O pożądaniu nie było mowy, mimo, że dziewczyna była całkiem niezła.
Ale ja już chyba zdrowo nie reaguję na pewne bodźce. I po raz kolejny
załamała się moja wiara, że cokolwiek się zmieni - wydaje mi się to tak
nierealne...