ebunia
07.04.04, 22:12
Witam,jestem tu po raz pierwszy i z wielkimi obawami postanowiłam się
odezwać. po prostu się w emnie przelało. Od jakiegoś czasu żyje w
przekonaniu, że nie mam nic do zaoferowania światu. Z dziewczyny, która
zawsze z optymizmem patrzyła w przyszłość,stałam się kimś, kto z trudnością
próbuje dostrzec jakąkowlwiek nadzieje na lepsze. Wszystko sie tak jakoś
pogmatawło. Najpierw praca. Po powrocie z urlopu macierzyńskiego
stwierdziłam, że nie nadaję się do tego czym sie obecnie zajmuję, że nie
sprawia mi to żadnej satysfakcji i że nigdy nie będę w tym dobra. i to
ostatnie dołuje mnie chyba najbardziej, bo uraża moją ambicję. A głównym z
powodów jest to, że podczas mojej nieobecności zastępowała mnie koleżanka,
która po prostu okazała się lepsza. na początku nie chciałam się do tego
przyznać, bo to przecież ja zawsze byłam najlepszą uczennicą, studentką, itp.
A tu nagle taki zawód.
Do tego doszły jeszcze problemy małżeńskie, kótre są chyba o wiele
poważniejsze. Żeby o tym opowiedzieć musiałabym chyba pisać pół nocy.
Generalnie nic się nie klei. Mój mąż po prostu stwierdził ostatnio, że jestem
mało interesująca, nie mam znajomych (praca dom, dom praca), że on jest inny,
musi przebywać wśród ludzi itp, itd. A przecież, to właśnie ze względu na
niego zrezygnowałam ze swoich znajomych ( co uważam za życiowy błąd), bo on
uważał, że nie ma z nimi o czym rozmawiać. No ale teraz twierdzi co innego.
W łużku klęska, to też według niego tylko i wyłącznie moja wina. przyzanłam
się już właściwie sama przed soba, że moje małżeństwo to niewypał, nie mam
tylko odwagi przyznać się przed innymi (rodziną na przykład). jedyny
promyczek to synek, ale już nawet nie jestem pewna, czy sprawdzam się
przynajmniej jako matka.
Najchętniej rzuciałbym to wszystko i wyjechała w siną dal. Nie wiem jak to
się skończy.