tinu
17.05.04, 17:03
wlazło na scenę kilka problemów
i u mnie i jak śledzę na forum u wielu z Was
uuu bo nikt nie kocha
tylko, że mimo tego ja nie czułam się samotna - doraźnie produkowani
przyjaciele na niby - całe zapasowe życie, bujanie w obłokach na jawie,
przykre powroty do rzeczywistości
wielkie uniesienia, smutki, radości - a wszystko w głowie tylko, w tle z
nienawiścią do tego czym byłam - żalem o to kim nigdy nie będę
polubiłam ten cały kram tak mocno, że teraz mimo dobrej całkiem woli ciężko
rezygnować z tego wszystkiego. już sama obecność innych ludzi, każda
interakcja ciągnie za kostki do ziemi
no i paradoksalnie rozbuchana miłość własna i mitomania - tego nie usunie
chyba żadna terapia :) i oby nie próbowała
tak się huśtam - bo już nie tak kolorowo i intensywnie pod sufitem jak to za
dobrych (niedobrych) czasów bywało
jedno jest pewne - jeśli kiedykolwiek się jeszcze z kimś zwiążę - to będzie
to: a) zaskakujące, b) chyba... smutne... bo co potem? happy ever after?
trele morele