martusia19802
04.06.07, 13:53
Mam kochającego mnie i wspaniałego chłopaka. Planowaliśmy ślub.. było
cudownie, przede mną jawiła się perspektywa przygotowań, przeprowadzki. To
najlepszy człowiek jakiego w życiu udało mi się spotkać, nigdy mnie nie
zawiódł, nigdy nie sprawił przykrosci.. wiem, ze kogos takiego nigdy juz nie
poznam. I tu zaczyna sie cala historia. Caly czas bylam najszczesliwsza
kobieta na swiecie, az pewnego dnia obudzilam sie z mysla, czy ja Go kocham w
ogole... Bylo to miesiac temu... Potworny stres, brak apetytu, bezsennosc,
scisk w zoladku i chec drapania scian.. Liczne rozmowy z psychologiem co sie
moglo stac, co we mnie peklo, ze przesztalam Go chciec. Przeciez nic, ale to
kompletnie nic nie spowodowalo, ze moglam zwatpic... Trwalo to trzy tygodnie,
poszlam do psychiatry.. Moj Narzeczony razem ze mna. Psychiatra przepisal
leki, powiedzial, ze moze przygniotla mnie perspektywa zmian i wpadlam w
dol.. a moze to tez uwarunkowanie genetyczne, bowiem moja mama chorowala
dlugo na depresje. Moj Narzeczony przytulil mnie i powiedzial, ze nigdy nie
zostawi, kocha i zawsze bedzie przy mnie trwal. A ja nie potrafie sie
przelamac. On cierpi, ja jeszcze bardziej. Wiem, ze nie spotkam nigdy niekogo
lepszego, jesli odejde to nigdy nie chce sie juz z nikim wiazac..Ale nie chce
Go unieszczesliwiac... Bo jesli nie zlamie tego chlodu.. tego skurczu w sercu
na mysl o slubie z Nim?? Byc moze to depresja, rodzice zalamani mowia, ze mam
nie podejmowac teraz zadnej pochopnej decyzji... Narzeczony smutny i
przybity, a ja cierpiaca jeszcze bardziej. Nie moge patrzec jak cierpi bo
zasluzyl sobie na szczescie jak nikt inny, a ja cierpie bo tak bardzo chce Go
pokochac znowu... Co robic?? Nie chce mi sie juz zyc z tym bolem i
bezsilnoscia................