moja historia

15.08.07, 21:49
Wszystko zaczęło się 13 maja 2006 roku. W ten dzień razem ze swoją dziewczyną poszliśmy na spacer po Gdyni. Zaszliśmy na tzw. Kamienną Górę, gdzie B. w pewnych nazwijmy to okolicznościach, dostała urazu w pachwinie (). Ból, jak mówiła, był silny, z trudem stawiała kroki. W ciągu tygodnia ból narastał – wykonanie kilku kroków sprawiało poważne trudności - pojechaliśmy więc na pogotowie, skąd przepędzono nas z powodu: „pogotowie jest od nagłych wypadków a nie urazów sprzed tygodnia”. Udało nam się w końcu uprosić innego lekarza w szpitalu, aby obejrzał i zbadał nogę. Powiedział, że to nic strasznego – wystarczy ją smarować odpowiednią maścią i unieruchomić. Koniec i kropka. W ciągu tygodnia ból wcale nie ustępował. B. poszła więc do specjalisty ortopedy, który właściwie nic nie zdiagnozował: podobnie jak poprzednio: smarować maścią, koniecznie unieruchomić nogę i czekać, czekać na poprawę. W ciągu najbliższych kilku tygodni ból w pachwinie może i ustępował, jednak zaczął pojawiać się obrzęk i siność w łydce; noga zimna... Była już druga połowa czerwca, nasze plany wyjazdu do Londynu przestawały być realne. B. łamała się strasznie – płacz, izolowanie się, płacz… – B. początkowo to bagatelizowała, jednak z chwilą, gdy ból w łydce zaczął być nie do zniesienia – wykonała wreszcie badanie Dopplerowskie. Okazało się, że światłość żył w nodze jest w 80% zatkana. Powód? Błędne zalecenia lekarza, który bezwzględnie kazał unieruchomić nogę i nie przepisał leków na rozrzedzenie krwi. Diagnoza: zakrzepica. Zalecenia: codziennie zastrzyki w brzuch z heparyny drobnocząsteczkowej.
Mijały tygodnie….depresja postępowała., ból nogi nie ustawał. Bardzo energetyczna, żywa, pełna witalności dziewczyna zaczęła przemieniać się w płaczka. Myśli samobójcze, bezsenność, nieustanny szloch, brak apetytu. Waga B spadła o ok. 10 kg.
I tak, w strasznych męczarniach, stresach, depresjach, które zaczęła i mi się udzielać, doszliśmy do drugiej połowy września, kiedy to wszystko zaczęło się niejako klarować. Ponowne badanie dopplerowskie świadczyło o bardzo dobrym postępie leczenia heparyną – skrzepiki się rozpuściły niemal całkowicie. Sukces wielki. Lecz noga wciąż boli bardzo. Czy to osłabienie mięśni? A może bóle „w głowie”, jakby bóle fantomowe?
B. poszła więc do psychiatry – ten z miejsca wydał jej skierowanie do szpitala psychiatrycznego. Szok! Czy jest aż tak źle? Po dwóch tygodniach, po ponownej wizycie, psychiatra podtrzymuje zdanie – szpital. Pojechaliśmy więc do Akademii Medycznej w Gdańsku Po rozmowach z miejscowymi lekarzami stwierdzono, że B. nie kwalifikuje się do przebywania na tzw. „lekkim oddziale”, oddziale nerwic z powodu niemożności prowadzenia odpowiedniej terapii. (w skład terapii wchodzą spacery i gimnastyka, której B. nie jest w stanie podołać ze względu na bolącą nogę.) Bzdura wielka... Odesłano ją z kwitkiem: proszę przyjść za około półtora miesiąca, noga się podleczy i wtedy będzie można wszystko normalnie zacząć.
Przez ten czas B. całkowicie izolowała się od otoczenia. W ogóle nie wychodząc z domu. Miała obsesję, że wszyscy się na nią patrzą jak chodzi kuśtykając. Obsesję, że zbrzydła, że schudła, że okropnie wygląda. Fobia społeczna.
I poza tym wszystko niby szło ok. Moi rodzice wyjechali na ponad tydzień – miałem więc wolną chatę, B. przyjechała do mnie i była „gospodynią”.  Po powrocie z pracy czekał na mnie obiad.. potem może jakiś mały spacer, kino itp. W miarę regularnie chodziliśmy na basen. Było bardzo ok. Był seks. B. bardzo chciała ze mną zamieszkać na stałe. Była pełna wiary, że koszmar kończy się. Niestety, warunki finansowe mnie przerosły. Nie było mnie stać na wynajęcie mieszkania. Zaproponowałem jej zamieszkanie u mnie, z rodzicami piętro niżej. Po tygodniu wszystko szlag trafił. B. musiała wracać do siebie do Gdyni. Dom w Gdyni to zupełnie inna historia – matka odeszła po rozwodzie, odcinając praktycznie całkowicie kontakt, ojciec, szanowany niegdyś dziennikarz i krytyk kulturalny, załamał się zaczął pić. Dom zmienił się w melinę. Noclegownia dla okolicznych pijaczków. Jakoś w międzyczasie załatwiłem B. kule do chodzenia. Aby było jej łatwiej chodzić, np. do sklepu, na spacer itp. Okazało się to moim największym błędem. Nie tyle, że nigdzie nie wychodziła z kulam, z obawy, że na nią wszyscy się patrzą i kpią, ale przywłaszczyła sobie te kule, używając ich do każdego przemieszczenia się. Z pokoju do łazienki. Jako, że B. była u siebie w Gdyni, nie miałem nad nią większej kontroli… Doprowadziło to później do praktycznie całkowitej atrofii mięśni nóg. Od końca grudnia 2006 do połowy marca 2007 B. ani razu nie wyszła ze swojego pokoju w Gdyni. Przyjeżdżałem do niej regularnie, dowożąc coś do jedzenia i lekarstwa Pojawiły się w tym czasie strasznie silne natręctwa i fobie. Gdy B. chciała przewrócić się z boku na bok, czy choćby poruszyć nogą – musiałem wyjść z pokoju. . Setki razy prosiłem ją o przyjazd do mnie – zawsze znajdował się jakiś pretekst. Z powodu, że zadzwoniłem do niej ok. 2 godziny później niż się umawialiśmy – zerwała ze mną… Nie miałem żadnego sposobu, żeby ją stamtąd wyciągnąć. Chodziłem do psychiatry z prośbą o poradę co mam z tym wszystkim robić. Nie dostawałem raczej żadnych konkretnych porad. Bezsenność, nieprzespane noce. Depresja coraz większa, nerwice nieprawdopodobne. Przez kilka tygodni B nie przespała ani jednej nocy. Myślałem o rozwiązaniu siłowym….

W końcu, 17 marca, udało mi się wyciągnąć B. do siebie. Mieszkam z rodzicami w domku szeregowym na poddaszu – mam tu w pewnym sensie własne mieszkanie, z tym, że aby wejść – trzeba przejść przez cały dom. Przy pomocy kolegi znieśliśmy ją z 4 piętra do samochodu i wnieśliśmy do mnie na strych. (B. nie była w stanie zrobić żadnego kroku po schodach). Byłem taki szczęśliwy. Wreszcie udało się! Spełniło się moje marzenie. Wreszcie przekonam B. do wizyt u lekarzy, zacznie się rehabilitacja, zacznie się leczenie, zacznie się psychoterapia. Spaliśmy obok siebie (za ściana), zaczęliśmy oglądać filmy, słuchać muzyki… Od października B miała wrócić na studia do Krakowa.
Nigdy bym nie przypuszczał, że to dopiero początek prawdziwego koszmaru.
Na początku kwietnia poszliśmy do lekarza. W tym celu, znów przy pomocy kolegi T., zniosłem B. do pokoju w piwnicy. Stamtąd wyjście na zewnątrz jest bez żadnego progu…I poszliśmy do lekarza. Było OK. Dostała skierowanie na rehabilitację, lekarstwa. W drodze powrotnej przytrzasnęły ją drzwi. Szloch nieziemski. Pojawił się uraz „zdrowej” nogi. Uraz, zdaniem B., bo późniejsze badania tego nie wykazały. W mgnieniu oka zniknęły wizje wakacji…. Pamiętam ten stan doskonale.
Po kilku tygodniach B. rozpoczęła rehabilitację. Chodziła w kratkę. Po czym przestała. Znów zawisła na kilka tygodni. Umawiałem ją do różnych specjalistów, dzwoniłem indywidualnie do lekarzy, aby jednego dna (by oszczędzić B lęków przed wyjściem) odbyły się wszystkie badania i konsultacje – nie wychodziła z domu. W końcu zadzwoniłem do Ciotki, lekarki. Załatwiła miejsce w szpitalu psychiatrycznym na Srebrzysku. B. nie chciała tam iść. Rozpoczęła ponownie rehabilitację. Przez 8 tygodni chodziła regularnie dzień w dzień. Pierwsze 2 tygodnie było fantastycznie – widziałem jej determinację, jej pracę, wysiłek, szalenie to doceniałem. Ale po tych dwóch tygodniach pojawił się kryzys, z którego B już do końca nie wyszła.
Tymczasem problemy w domu rozrastały się strasznie. Starzy robili potworne awantury, że trzymam chorą dziewczynę. Dziewczynę, która nienawidzi mojej matki i mówi jej to w twarz….

Kilka dni temu przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Miało być tak fantastycznie. Wreszcie całkowita swoboda, całkowity luz. Nikt już nie wejdzie, nikt nie będzie truł i prawił morałów. B jednak znalazła kolejny pretekst aktywujący jej autodes
    • sneeper_1 Re: moja historia 15.08.07, 22:47
      piorun kulisty - monitorować trzeba,
      dziewczyna musi sie wziąć za siebie i sama rozbić te barierę,...byłoby sie z
      czego pośmiać
      • sneeper_1 Re: moja historia 15.08.07, 22:52
        ja na ten przykład poza dupiastym wyglądem uważam że wcale taką dupą nie jestem,

        no zrób to dla mnie chociaż raz kochany
        zrobie kochana
        -ku chwale ojczyzny bumm!

        ale dla mnie chociaż raz
        -jak babcie kocham !

        ale dla mnie..
        - jak boga kocham bumm!!
        • luka76 Re: moja historia 16.08.07, 00:47
          Po przeczytaniu tego postu jestem straszie wzruszona. Jak ty musisz kochac ta
          kobiete - to niesamowite, nie bede dlugo pisala bo lzy same cisna mi sie do oczu
          - powiem jedno - zycze ci eszystkiego co najlepsze w zyciu - jestes cudownym
          facetem-szkoda ze ja takiego nie spotkalam w zswoim zyciu. Pozdrawiam
          • syfek17 Re: moja historia 16.08.07, 10:01
            matke ktora jako pierwsZa wsadzila mnie do psychiatryka tez kocham
            --
            raz ku.. zawsze ku..
            • syfek17 Re: moja historia 16.08.07, 10:14
              ktos jeszcze wierzy ze ten blaszany tekst powyzej nie jest celowa prowokacja dla
              odwrocenia uwagi od jakiegos niewygodnego tematu ?
    • lucyna_n Re: moja historia 17.08.07, 10:15
      sądząc po wstępie historia niczym z kolorowego pisemka przepisana.
      Ale jeżeli chcesz chłopie konkretów to streść to może jakoś , bo żaden
      szanujący się depresyjny nie przebrnie przez taki tasiemiec.
      • anatemka Re: moja historia 17.08.07, 10:39
        no to straciłam resztke szacunku do siebie...
        przeczytałam...
Pełna wersja