an_a1
27.08.03, 08:04
Wiadomo,że z depresją wiążą się różne omamy, często dość wyraziście
usystematyzowane. Złudzenia odbiera wzrok, słuch, nawet smak, włściwie każdy
ze zmysłów. Można sobie z nimi radzić, sprawdzając, czy coś jest naprawdę,
czy tylko się zdaje. Najgorsze ze wszystkich jest wrażenie dotyku. Jak sobie
z tym poradzić, jak się uwplnić, nie wiem. A to konieczne, bo objawy
chorobowe dezorganizują życie: plączą myśli, nie pozwalają się niczym zająć,
udaremniają pracę. Człowiek się męczy.
Można sięgnąć po leki takie, jakie podaje się w schizo, ale to niezbyt
rozsądne, dochodzą objawy pozapiramidowe. Zamiast jednego problemu są dwa.
Kiedyś rodzina przerażona moim wyglądem w takim stanie, wezwała pogotowie. Na
szczęście zdążyłam dojść do siebie i odwołałać pomoc, to przecież ustępuje
samo po jakimś czasie. Mam pecha do lekarzy. Znów któryś zapisał mi końską
dawkę, a potem się dziwił; przecież takie reakcje zdarzają się bardzo rzadko.
Dla mnie rzadko, nie znaczy, że nigdy. Trudno, na mnie padło. Mam powody, by
kochać lekarzy, szczególnie na "p". Jednego się nauczyłam: próbujesz nowego
specyfiku, musisz być sama. A przeważnie w domu jestem z synem.
Nie wiem, co począć: może modlitwa, może egzorcyzmy? Ostatnio się modliłam,
gdy byłam nastolatką, w egzorcyzmy nie wierzę. Zresztą podobno to nie takie
proste. Na jednym i na drugim trza się znać. W każdym razie wychodziłoby na
to, że potrzebny jest ksiądz.
Czy ksiądz pomoże niewierzącej osobie? Pewnie nie, bo niby jak. Chyba że
byłby to ksiądz-cudotwórca. A skąd go wziąć?