Dodaj do ulubionych

Pierwszy dzień overseas.

30.05.04, 20:31
Mój pierwszy dzień overseas.
Rok 1986. Dzień i miesiąc nieważne. Lądowanie na Heliopolis Airport w środku
nocy. Było nas ledwo 4, z czego tylko 2 miało wczesniej jakieś doświadczenia
poza Europą. Ja nigdy na Bliskim Wschodzie nie byłem. Dwie walizki, których
pilnowałem "jak oka w głowie". Śniadzi boye w galabijach pomagający je
załadować na pick-upa nie wzbudzali mojego zaufania, a to, co miałem ze sobą
miało mi wystarczyć na rok życia na pustyni...
Koledzy, którzy nas "odbierali" pomogli nam wykorzystać limit zakupów
alkoholu z strefie bezcłowej. Potem zawiźli nas rzeczonym pick-upem i
busikiem do willi na Maadi. Kair nocą "żyje" jeszcze intensywniejszym życiem,
niż w dzień, co po smutnej Warszawie, która jeszcze nie otrząsnęła się po
stanie wojennym było ogromnym szokiem. Położyli nas spać w ogromnym hallu
willi, gdyż mieliśmy rano jechać na budowy do Asjut i Ras Shokir, więc nike
przydzielono nam żadnych pokoi. Rano pobudka, meczet był blisko, więc
załatwił ją muezzin z minaretu. Schodzimy na dół, a tu stół długi na 4 metry,
starzy expaci "Costaina" już siedzą i jedzą. Siadam, i nim sobie posmarowałem
pierwszy raz w życiu widziany "aisz balladi", słyszę nad uchem "how do ye'
like to have your eggs, sir". Pierwszy raz w życiu ktoś mnie tak tutułował...
Wydukałem "scrambled egggs, please". Po śniadaniu wsadzili mnie i jeszcze
dwóch kolegów do taksówki pod opieką jednego lokalnego pracownika Costaina i
pojechaliśmy na dworzec. Kair w dzień to zupełnie inny widok. Wsiedliśmy do
pociągu i przez 4 chyba godziny jechaliśmy do Asjut. To było trzecie
spotkanie z Egiptem, tym razem Egiptem balladi - chałupy nad kanałem
Ibrahimija, pola uprawne, dzieciaki i bydło taplające się w wodzie itp. A na
horyzoncie piramidy. Gdy dojechaliśmy, okazało się, że nikt na nas nie czeka
i trzeba znowu wziąć taksówkę. Przedstawiciel Costaina załatwił to bez trudu
i po następnej godzinie byliśmy już na pustyni, 50 km za miastem, na campie.
Budowy jeszcze na dobrą sprawę nie było, więc camp to było kilkanaście
kontenerów, dwa generatory i ogrodzenie z siatki dookoła. Zero łączności ze
światem. Na campie żyli już Site Manager (Anglik, jak się później okazało Żyd
Kurlandzki), campowy (Francuz) i kilku Egipcjan obsługi.
Site Manger powitał nas "czesc, chlopaki", bo wcześniej pracował w Polsce na
jakimś kontrakcie. Udzielił nam krótkiej lekcji BHP na pustyni, która
wyglądała mniej-więcej tak:
- pokażcie mi swoje buty. OK. Macie tu po dwa pręty zbrojeniowe i po jednej
piłeczce tenisowej. Wbijcie je sobie w podłogę przy łóżku i nasadzcie na nie
po połowie piłeczki. Do tych połówek nalejcie żelu (dał nam flaszkę) i na nie
nakładajcie swoje buty.
- pokażcie mi swoje kapcie. Wszystcy mieliśmy "wsówki", bo tylko takie można
było kupić w PRL-u 1986 roku. Wyciągnął nóż i obciął we wszystkich noski. Na
nasze protesty wyjaśnił, że wszelkie robactwo musi mieć drogę ucieczki...
- wziął płaski talerz, nalał nań coca-coli i postawił na wieczornym juć
słońcu. Po godzinie cieczy nie było, za to gruba warstwa gęstej mazi. Pokazał
nam to i kategorycznie zakazał pić coli lub innych słodzonych napoi przed
zachodem słońca.
- podszedł do pierwszego kamienia za bramą campu i solidnie go kopnął, spod
kamienia wystrzelił skorpion. Patrzcie, powiada, nie wolno nigdy kopać
kamieni, bo pod jednym może siedzieć tylko skorpion, a pod innym jakiś wąż.

Największy szok był jednak wieczorem po kolacji. Kazali nam się po umyciu
stawić w kontenerze określanym jako "recreation room". Na ścianie wisiał
portere Eli 2. Site Manager otworzył szafeczkę, wyjął flaszkę whisky
Glenlyvet Malt, nalał każdemu malutki kieliszeczek trunku, ustawiliśmy się
frontem do portretu i "Gentlemen, The Queen". Toast należało spełniać dość
szczególnie, bo alkohol służył do przepłukania dziąseł, a uroczystość miała
równie higieniczny, jak patriotyczny cel.

------------------------------------------
Obserwuj wątek
    • jolek Re: Pierwszy dzień overseas. 31.05.04, 15:25
      • chaladia Re: Pierwszy dzień overseas. 31.05.04, 20:01
        OK. Dzięki za wyrazy uznania, moze teraz ktoś inny coś napisze...
        • egiptolog Re: Pierwszy dzień overseas. 03.06.04, 20:42
          Jak mozna to napisze jakto z ta LE jest na prawde jezeli pozwolisz Chaladia oczywiście. A tak wogole witam wszystkich ponownie wlasnie wrocilem z Pirenejow, pi.......ga konkretnie ale to juz ostatni poligon na szczescie.
          • chaladia Re: Pierwszy dzień overseas. 03.06.04, 21:58
            Zapraszam. LE to też expaci, tyle że lepiej uzbrojeni od innych...
    • chaladia Re: Pierwszy dzień overseas. 07.01.05, 15:05
      I coś Egiptolog się nie dopisał.
    • chaladia Sudan, 1989. 07.01.05, 16:27
      Do Sudanu wybrałem się w 1989 roku. Budimex wygrał przetarg na roboty budowlane
      na Elektrowni Khartoum. Pierwszy lot do Chartumu (wylot jeszcze z PRL-u)
      wyglądał następująco. Wyczarterowany samolot IL-18 (śmigłowy). Ciasno, głośno i
      rozpaczliwie powoli (mniej niż połowa prędkości odrzutowca). Międzylądowanie z
      noclegiem w Sofii. Sofia jeszcze biedniejsza od Warszawy. Złoty Sobór
      zamknięty. Na noc umieszczono nas w (podobno) najlepszym hotelu w mieście, ale
      i tak była nędza z biedą, kafelki odpadały od ścian w łazience, żarcie jak w
      podrzędnym domu wczasowym FWP. Byliśmy szczęśliwi, gdy znowu załadowaliśmy się
      do wąskiego jak puszka na śledzie kadłuba IL-18 i polecieliśmy do Kairu. Po
      drodze wspaniałe widoki na wyspy na Morzu Śródziemnym. W Kairze niestety nie
      było noclegu. Był za to nocny lot do Chartumu. Ciemność za oknem samolotu i
      tylko co godzinę lub dwie jakieś maleńkie światełko na dole – to jakaś oaza, a
      może nawet obozowisko nomadów... lądowanie w Khartoum International Airport i
      potworne uderzenie gorącego i suchego powietrza, jakby ktoś otworzył piec
      hutniczy. Nawet o północy było na pewno dobrze ponad 35°C... Dłuuuuga odprawa
      paszportowa i celna, poszukiwanie alkoholu i pornografii (skonfiskowali nasze
      polskie tygodniki z dziewczynami w bikini). Na koniec wychodzimy przed barak
      dworca lotniczego. Czekają na nas autobusik i samochody Budowy wraz z gromadką
      taksówek. Czarny Erytrejczyk prawie płynną polszczyzną ponagla: „wsiadać,
      kolega, wsiadać, zaraz jedziemy!” Nazywa się Makanen (jak co drugi Etiopczyk) i
      wcześniej był kierowcą u polskich lotników w el-Hassaheisa, gdzie bazują
      samoloty zwalczające szarańczę. Pakujemy bagaże na ciężarówkę, a sami ładujemy
      się jak popadnie do autobusu i kabin pick-upów, a bardziej doświadczeni
      wybierają jazdę „na pace” pick-up trucka. Pęd powietrza przyjemnie chłodzi i co
      najważniejsze można się rozejrzeć po okolicy. Chartum piękny nie jest, ale
      mogłem przynajmniej podziwiać poangielski most na Nilu Błękitnym. Większość
      trasy to jazda wzdłuż koszar. W oddali można było zobaczyć oświetlony pałac
      prezydencki (kiedyś Gordona). Na drugim brzegu Nilu smród (wywaliło ścieki z
      instalacji – nie naprawiono ich do chwili mojego wyjazdu 2,5 roku później),
      potem smród osłabł i wyjechaliśmy w pustynię, a na pustyni był nasz camp. Na
      campie połowa ludzi nie spała, bo czekali na listy z domu. Gorączka nie była
      jeszcze taka wielka, jako że „najstarsi” mieszkańcy campu przebywali tam ledwo
      parę tygodni... Więc rozdawanie listów (correspondence first), potem napić się
      czegoś (pierwszy raz próbowałem carcadeh – sudańskiego specjału) i do kabin
      spać.
    • pam_pa_ram_pam Re: Pierwszy dzień overseas. 18.08.05, 13:41
      Miałem lat 13 gdy pierwszy raz poleciałem z mamą do Libii. Mam miała pracować
      razem z tatą na kontrakcie, a ja miałem trochę stracha przed nieznanym. Niby za
      granicą już bywałem, także w Iraku i w Syrii, ale zawsze ledwo parę tygodni.
      Tym razem zaś miałem spędzić na pustyni cały rok, a może więcej.
      Sama odprawa paszportowa w PRL-u zaraz po zakończeniu stanu wojennego była
      operacją długotrwałą i stresogenną. Żołdactwo patrzyło na wyjeżdżających "na
      zachód" młodych ludzi z nieukrywaną zazdrością, bo taki oficerek Ludowego
      Wojska Polskiego nie miał szans pojechać dalej niż do Zgorzelca. Niewątpliwie
      wiedzili też, że znaczna część tych ludzi nie wróci do Ojczyzny, żeby w pocie
      czoła pracować na swoich obrońców w zielonych lub niebieskich mundurach.
      Gdy samolot wystartował, od razu zrobiło się lżej na sercu, choć pojawiła się
      obawa, jak to będzie "tam".
      Przylecieliśmy nocą do Kairu, tam czekał na nas autobusik. Załadowaliśmy bagaże
      i w drogę przez el-Alamein. W nocy niewiele widziałem z cmentarzy żołnierzy
      wszystkich nacji uczestniczacych w tej bitwie. Na granicy Libijczycy
      potraktowali nas ulgowo (zapewne dostali odpowiedni bakszysz), a Egipcjanie
      zuełnie nas zignorowali. Zajmowali się za to dokładnie swoimi rodakami
      wracającycmi z "saksów" w Benghazi.
      Na camp dojechaliśmy już za dnia. Ludzie już czekali na pocztę, otoczyli nast
      tak, że trudno było przejść. Część z nich przesiedziała w Libii cały stan
      wojenny, bo bała się wrócić do kraju, a nie potrafiła się zdecydować na
      emigrację czy to z powodów rodzinnych, czy z obawy, czy sobie poradzą (mało
      ktry z robotników władał angielskim lub niemieckim). Polimexowi ten stan bardzo
      odpowiadał, bo nie musieli kupować tym ludziom biletów lotniczych.
      Tato oczywiście na nas czekał i udało się mu wyciągnąć nas z tłumu. Pierwsze
      arabskie jedzenie to był "aisz baladi" czyli chlebek pita i kozi ser. LOT
      wówczas jeszcze jako-tako karmił na liniach międzynarodowych, więc wcale nie
      byłem taki głodny, ale jadłem z ciekawości. Opowiadaliśmy o tym co się
      wydarzyło w kraji, a potem spać, bo rodzice następnego dnia mieli już pracować.

      Zostałem sam na campie. Powałesałem się trochę i stwierdziłem, że niewiele się
      różnił od campów w Iraku, które znałem. Camp w dzień roboczy robi ponure
      wrażenie, bo jest prawie pusty. Zostaje ledwo parę osób obsługi i kilku
      chorych. Na campie poznałem też parę psów, kotów, kozę z młodymi i osła.
      • pam_pa_ram_pam Re: Pierwszy dzień overseas. 25.08.05, 14:45
        Pierwszy dzień na prawdziwym "moim" kontrakcie. Brazylia. Przyleciałem z
        Londynu BA do Rio. Widok z góry taki, jak na pocztówkach - niby się człowiek
        tego spodziewa, ale zobaczyć to na własne oczy... Na lotnisku czekał na mnie
        przedstawiciel inwestora. Zawiózł mnie do biura budowy, gdzie przekazano mi
        dokumentację projektu, którego realizację miałem nadzorować. Niewiele było tego
        przekazywania, bo w Londynie pracowałem przy tych samych rysunkach od paru
        miesięcy i wiedziałem o nich chyba prawie wszystko.
        Potem pojechałem na kwaterę, którą ktoś mi załatwił jeszcze z Londynu. Jej
        poprzedni użytkownik, jakiś Skandynaw ze Scanii wydał bardzo dobrą opinię. W
        miarę, jak oddalaliśmy się od centrum i zbliżaliśmy się do jakichś faweli
        zastanawiałem się, czy to aby napewno była prawda. Ale dom okazał się stary,
        porządny i otoczony solidnym murem. Z myślą że "da się przeżyć te parę
        miesięcy" położyłem się spać.
    • chaladia Re: Pierwszy dzień overseas. 15.04.06, 20:06
      Survey, a Ty nie napiszesz nic w tej materii?
      • survey06 Re: Pierwszy dzień overseas. 16.04.06, 19:27
        chaladia napisał:

        > Survey, a Ty nie napiszesz nic w tej materii?
        >

        Zamiast spokojnie świętować i korzystać z obfitości świątecznego stołu,
        mobilizujesz Chaladia porządnych ludzi do stukania w klawiaturę. Ale, niech już
        będzie. Sięgnąłem pamięcią w odległą przeszłość. Poniżej jest resumé, będące
        odpowiedzią na postawione pytanie.

        Na szlak expate’a wyruszyłem w roku 1977. Zostałem wyposażony w bilet lotniczy
        na trasę Warszawa - Zurych – Kuwait – Abu Dhabi – Zurich - Warszawa oraz w
        voucher na 15 kg nadbagaż w celu przewiezienia na budowę w Emiratach walizki z
        partią 20 kg zatwierdzonej dokumentacji i tuby z transparentami. (to nie jest
        pomyłka. Voucher był na 15 kg a dokumentacja ważyła 20kg plus tuba 4-5 kg)
        Pobrałem też 450 Dolarów USA jako równoważność 30 diet delegacyjnych na ZEA
        oraz dalsze 250 US$ na taxi i przejazdy w Zurychu oraz niezbędny 3 dniowy pobyt
        w Kuwejcie w celu uzyskania wizy wjazdowej do UAE w tamtejszej ambasadzie.
        Noclegi w Abu Dhabi zapewniała budowa.

        Wieczorem przed dniem wylotu, niespodziewanie pojawiła się u mnie w domu
        teściowa jednego z dyrektorów budowy eksportowej. Kobieta przytargała walizę z
        wiktuałami i przysmakami dla „swojego ukochanego zięcia” oraz zestaw płatków,
        kaszek, papek, mleka w proszku i przeróżnych odżywek dla kochanych wnusiów. Nie
        wypadało - ba, nie można było - kobiecie odmówić. Moja delikatna uwaga o
        pokryciu ewentualnych kosztów nadbagażu została zignorowana.

        Odprawa na Okęciu trwała dosyć długo, bo Swissair zażądał dopłaty na 15 kg z
        blisko 30 kg bagażu ponad pokryte biletem i voucherem. W zaistniałej sytuacji,
        walizka od teściowej dyrektora została brutalnie odchudzona o część toreb z
        kaszkami, płatkami i mlekiem w proszku. Ostatecznie Swissair zadowolił się
        opłatą 52 USD za 5 kg nadbagaż na trasie do Kuwejtu przymykając jednocześnie
        oko na dalsze 12-15 kg overload. Moja eskapada zaczęła się więc od ewidentnych
        strat finansowych.

        Kuwejt był pierwszym bliskowschodnim miastem na moim szlaku expate’a i zrobił
        na mnie pozytywne wrażenie. Miasto roku 1977 było czyste, schludne i zadbane.
        Przede wszystkim, szokowały szerokie arterie komunikacyjne w niczym
        nieustępujące amerykańskim highway’om znane z filmów. (czy pamiętamy
        Buillit’a?). Bardzo sprawny i zsynchronizowany system świateł na skrzyżowaniach
        całkowicie eliminujący zatory komunikacyjne. Kilka ogólnie dostępnych ogrodów
        nieźle utrzymanych. A już największe wrażenie zrobiły na człowieku jeszcze nie
        obytym z Bliskim Wschodem wspaniale, eleganckie i bogato wykończone wille,
        pałace i apartamentowce przy 3rd Ring; w dzielnicy ambasad i licznych
        rezydencji akredytowanych dyplomatów. Oczywiście, nie można było nie zauważyć
        częstego przerostu formy nad treścią w postaci – przykładowo – anten
        telewizyjnych w kształcie wieży Eifela na wielu dachach. A z kolei kopia Statuy
        Wolności jako antena TV to już byl straszny kicz. Można było dostać wytrzeszcza
        oczu od blasku złota kapiącego z witryn na gulden suk, a już totalnego
        oszołomienia i ogłupienia doznawał człowiek w sklepach z elektroniką i sprzętem
        radiowo-telewizyjnym. Wszystkie japońskie „cacuszka” i „zabawki” produkcji
        Toshiba, JVC, Aiwa, Akai, Pioneer, Casio i wielu innych renomowanych firm
        światowych były na wyciągnięcie ręki. Za całe 7,5 kuwejckiego dinara (28 USD)
        kupiłem sobie kalkulator fx120 firmy Casio. Od tamtych dni, używam wyłącznie
        ten typ kalkulatora.

        Niestety, przy odprawie na lot do Abu Dhabi zażądano ode mnie opłacenia 15 kg
        nadwagi bagażu nieobjętej biletem i posiadanym voucherem. Podjęte negocjacje
        zakończyły się połowicznym sukcesem. Ostatecznie zapłaciłem tylko 37 USD za 10
        kg nadbagażu.

        Nasz Bering 727 linii Kuwait Airways lądował w Abu Dhabi przed świtem. Mimo
        tak wczesnej pory, na płycie lotniska było niesamowicie gorąco, a wszechobecny
        zapach lotniczej benzyny sprawiał wrażenie, że dopiero co ugaszono groźny pożar.

        Na widok mojego licznego bagażu (3 duże walizki, torba podróżna, teczka i tuba)
        celnik od razu poprosił o oddanie w depozyt wszystkich butelek z alkoholem.
        Powiedziałem zgodnie z prawdą, że nie przewożę alkoholu (byłem uprzedzony o
        wysokich karach za szmugiel alkoholu), ale mi nie uwierzył. Przywołał do pomocy
        2ch kolegów i zdecydował o przejrzeniu całego bagażu. Żadnego alkoholu
        oczywiście nie znaleźli. Kłopoty pojawiły się po otwarciu „walizki teściowej”.
        Papki, płatki, mleko w proszku i wszystkie odżywki zostały poddane drobiazgowej
        inspekcji wizualnej, węchowej i smakowej. Zbyto moje wyjaśnienia o
        przeznaczeniu bagażu. Walizkę zabrano do dalszej inspekcji. Ostatecznie, po
        blisko godzinnej inwigilacji, podpisałem deklarację, że znam miejsce (kraj i
        miasto) zakupu kwestionowanych towarów, że przewożone towary nie są narkotykami
        ani też lekarstwami specjalnego przeznaczenia/lub przepisane przez lekarza itp.
        i, jeżeli złamałem prawo UAE to mam świadomość poniesienia konsekwencji
        prawnych. Odebrałem walizkę, w której już nie było ani jednego całego,
        plastykowego czy papierowego, opakowania. Wszystkie torebki czy kartony były
        porozrywane lub podziurawione a ich zawartość dokładnie wymieszana spoczywała
        na dnie tej nieszczęsnej i pechowej walizki.

        W stanie w jakim walizkę otrzymałem od celników, przekazałem ją adresatowi. Za
        trud i wysiłek podziękował mi bardzo serdecznie, a jego słów skierowanych
        bezpośrednio pod adresem osobistej teściowej.... nie będę powtarzał.
        • chaladia Re: Pierwszy dzień overseas. 16.04.06, 20:38
          Jak on był dyrektorem budowy eksportowej, to mógł Ci wynagrodzić trudy z tą
          walizką w inny sposób...
          Ale faktem jest, iż różni VIPowie (i ich rodziny) często nadużywali uprzejmości
          osób jadących na roczne z reguły kontrakty. Listy - tak, to była oczywistość,
          choć korespondencja na 180-osobowy kontrakt w Sudanie to było ponad 1 kG z tych
          20 kg limitu... Lekarstwa też można było zrozumieć, ale wciskanie "na siłe"
          kiełbasy krakowskiej, lub (o zgrozo) Kaszanki - o której wiadomo było, że się
          po drodze popsuje to było przegięcie. A największym chamstwem było wkładanie
          do "paczek" alkoholu, co gorsza zamaskowanego. Osobiście bezpośrednio przed
          wylotem robiłem przegląd tego, co mi włożono i alkohol wyrzucałem jeszcze na
          Okęciu. Potem adresatowi wyjaśniałem, że odebrano mi prezent na cle i że
          jeszcze miałem z tego powodu kłopoty. I, na kilkanaście takich przypadków, nikt
          nie zaoferował się, by te "kłopoty" (w krajach arabskich jest oczywistym,
          że "załatwienie" takije "muszkili" oznacza spory bakszysz) mi jakoś
          skompensować.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka