millefiori
29.11.03, 16:33
Tekst ogloszenia znany. Zdarza sie, ze bywa czesto powtarzany przez te same
wydawnictwa.
Czy to wydawnictwo ma pecha, ze trafia na zlych tlumaczy i musi szukac co
kwartal, czy moze to pecha maja tlumacze, ktorzy sie do wydawnictwa zglosili?
Przyklady z tego roku podala Mary-Ann.
Przyklad nieco starszy, +/- z polowy lat 90.
Znajoma (tlumaczka z dorobkiem) postanowila poszukac dodatkowego zlecenia.
Znalazla ogloszenie wydawcy poszukujacego tlumaczy. Uumowila sie na
konkretny dzien w wydawnictwie, podobnie jak i kilkadziesiat innych osob
zainteresowanych ogloszeniem. Wypelnila ankiete, dolaczyla CV i w zamian
dostala kserokopie kilkunastu stron oryginalu rozdzialu ksiazki (skads ze
srodka tekstu). Znajoma zdziwila sie, ze po pierwsze probka taka duza, a po
drugie, ze nikt nie chce od niej przekladu na miejscu, ale wyjasniono jej,
ze to praca domowa na za tydzien. Przetlumaczyla wiec i oddala, dostajac
obietnice "skontaktujemy sie ". Znajoma odczekala, nikt do niej nie
zadzwonil, wiec zatelefonowala sama. I dowiedziala sie, ze "pani to my
dziekujemy".
Znajoma byla troche zaskoczona, ale pomyslala, ze moze cos pomieszala nie
znajac kontekstu wydarzen opisanych w wyrwanym ze srodka rozdziale, ktos to
zrobil lepiej, i machnela reka.
Kilka miesiecy pozniej natrafila na ogloszenie tego samego wydawnictwa - o
identycznej tresci. Tknieta podejrzeniem poszla do ksiegarni, poszukala i
znalazla:
w ksiazce tegoz wydawnictwa, w ktorej jako tlumacz figurowal: Zespol-
"swoj" rozdzial.
Znajoma przysiegala, ze poznala swoj tekst. Nie miala pojecia, jakiego
autora tlumaczyla, jaki byl tytul ksiazki. Doszla do tego, kartkujac nowosci
wydawcy w poszukiwaniu konkretnego rozdzialu. Przyznala, ze wydawca zdobyl
sie na uczciwosc piszac o Zespole.
Nie mogla sie odwolywac do wymiaru sprawiedliwosci, gdyz nie miala dowodu na
to, ze w tym wydawnictwie w ogole byla (poza wizytowka pani redaktor),ze
cokolwiek dla niego przetlumaczyla. Podobnie jak i kilkadziesiat innych,
nieznanych jej osob, ktore, jak przypuszcza, tego samego dnia wyszly z
wydawnictwa z tekstami pelnych rozdzialow do zrobienia na "za tydzien".
Zreszta wszyscy by ja wysmiali, ze sie chce klocic o kilkanascie stron
tekstu - znikoma szkodliwosc spoleczna czynu. Podejrzewala, ze takie
wabienie tlumaczy odbylo sie nie po raz pierwszy i nie ostatni, i wiele
ksiazek ujrzalo swiatlo dzienne jako przeklady zlozone z tlumaczen probnych,
czasem pod nazwiskiem figuranta, czasem anonimowo, jako "zespol". Ale
niczego nie mozna udowodnic.
Swoja droga - genialny business plan:
Zalozenie:
Tlumaczenie ksiazki mamy dostac w ciagu tygodnia. Bedzie dosc porzadne, bo
probne, wiec sie kazdy postara, a na dodatek ma az tydzien na p[rzeklad
kilkunastu stron druku. W sprawie ogloszenia zglosi sie co najmniej
kilkadziesiat osob, jesli nie wiecej. Prawdopodobienstwo, ze te osoby sie
znaja, jest znikome. W wiekszosci beda to kobiety +/- 30.letnie, z wyzszym
wyksztalceniem, siedzace w domu przy dzieciach i nauczyciele.
Koszty wlasne:
Oplacenia praw do przekladu
ogloszenie,
Koszt xero ksiazki, a prawdopodobnie wiecej
standard: pensja redaktora "ujednolicajacego" tekst, korekty i sklad,
grafika; koszty druku i dystrybucji.
Zysk/oszczednosc na tlumaczeniu ksiazki uzyskanym dzieki probnym przekladom
kazdy moze obliczyc sam.
Millefiori