Dodaj do ulubionych

Chcieliście to macie:)

22.02.06, 12:30
Ogłuszona formami "lekkiej" perswazji i nacisku ze strony Wołoducha i Grochy
prezentuję poniżej niedokończone i wyciągnięte z mroków przeszłości dziełosmile
Jednocześnie pragnę zwrócić uwagę na kilka ważnych informacji:
1) dzieło to jak to często bywa nigdy nie zostało ukończone i nigdy zapewne
nie zostanie
2) wszelkie podobieństwo do świata rzeczywistego jest częsciowo- ale tylko
częściowo- zamierzonesmile
3) brak ostatecznej korekty (spowodowany zatrzymaniem procesu twórczego)
zapewne wpływa na kształt tych wypocin, proszę więc o łagodny wymiar kary
4) no i najważniejsze - mam nadzieję, że moja koleżanka, a jednocześnie
współautorka nie zabije mnie za umieszczenie tego tutaj. Pocieszam się, że
chwilowo ma chyba problemy z dostępem do siecismile)
5) jest to trochę długie więc zapewne będę musiała to publkować w odcinkach.

A więc, zaczynajmy! Niech ja już tę głowę pod topór podłożę!
Obserwuj wątek
    • mariurzka Re: Chcieliście to macie:) 22.02.06, 12:31
      Zadzwonił telefon.
      Dzwonił dłuższą chwilę, zanim Marcin uświadomił sobie, że jest sam w domu, w
      związku z czym musi go odebrać. Niechętnie oderwał się od biurka i powlókł do
      przedpokoju.
      – Marcin? – zaszemrało w słuchawce. Głos był niewyraźny i jakby oddalony.
      – Tak, słucham?
      – Marcin... właśnie zażyłam dwie fiolki pastylek nasennych... i zanim...
      zasnę... chcę ci powiedzieć... że zawsze cię... kocha...
      Ostatnie słowo rozpłynęło się w jakiś niezrozumiały dźwięk. Po czym nastała
      cisza.
      – Ty, nie wygłupiaj się – powiedział zaniepokojony Marcin.
      Milczenie.
      – Ty, jesteś tam?
      Cisza.
      – Ty! O Jezu! O rany boskie! Ty, nie umieraj! Gdzie jesteś?!
      W mieszkaniu zapanowało istne pandemonium. Zdenerwowany do granic możliwości
      Marcin miotał się od drzwi do telefonu, nie wiedząc zbytnio, co robić. Wreszcie
      powziął decyzję – schwycił z wieszaka kurtkę i wybiegł z mieszkania. Zatrzymał
      się bezradny pod blokiem. – No i gdzie mam iść? – pomyślał z goryczą.
      W tym właśnie momencie pojawiła się pod blokiem Marcina Ryśka, zwana przez
      przyjaciół i znajomych Meduzą, zdążąjąca właśnie do swojej koleżanki.
      Zaintrygowana przytupującą z zimna i lekko zdezorientowaną postacią podeszła
      bliżej i rozpoznała kolegę.
      – Marcin! – pomyślała – a cóż on się tam miota tak bez sensu??
      – Hej! – powiedziała zbliżając się.
      Marcin spojrzał na nią błędnym wzrokiem. Włosy miał zmierzwione, kurtkę
      rozpiętą i ogólnie wyglądał jak siedem nieszczęść.
      – Meduza ratuj! – wycharczał – jakaś idiotka zadzwoniła do mnie, że się właśnie
      otruła!
      – Że jak? – nie zrozumiała Meduza. – Najpierw się struła, a potem zadzwoniła?
      – Środki nasenne – wyjaśnił, poirytowany jej tępotą. – Jeszcze nie zdążyła
      zasnąć, zadzwoniła i chyba się wykończyła w trakcie rozmowy! O Jezu, a ja nie
      wiem, kto i gdzie! – zawrzasł, wyglądając, jakby za chwilę sam miał zemdleć.
      – Spokój! Odłożyłeś słuchawkę?
      – Chyba nie! – jęknął Marcin – Nie wiem!
      – No to won na górę i słuchaj! Może jeszcze co powie!
      Marcin ruszył z kopyta na czwarte piętro, a Meduza za nim. Drzwi mieszkania
      stały otworem, słuchawka od telefonu kiwała się lekko na sznurze. Przycisnął ją
      do ucha.
      – Nic. – stwierdził rozczarowany – Cisza. Choć nie... jakby jakaś muzyka... w
      tle. Ale bardzo słabo.
      – Dawaj! – zażądała Meduza. Wytężywszy słuch rozpoznała dobiegające z oddali
      przyciszone dźwięki piosenki “A love so beautiful” Michaela Boltona.
      – Ta kretynka! – zawyła ze zgrozą.
      – Ty ją znasz?? – Marcin rzucił się na nią z obłędem w oczach – Kto to? –
      wrzasnął, po czym nagle oklapł (pewnie z wrażenia) i usiadł na podłodze.
      – O Boże – westchnął – a tak było fajnie... Co ja zrobię? Moja praca, moje
      życie, wszystko moje... – zajęczał bez sensu.
      – Wszystko było tak ładnie i tak się wszystko popsuło – ironicznie stwierdziła
      Ryśka. – No chodź, spróbujemy odratować tę idiotkę – i wybiegła sprintem z
      mieszkania. Marcin leciał za nią dysząc ciężko. Nie ustawał jednak w próbie
      ustalenia tożsamości nieszczęsnej ofiary własnych uczuć:
      – Ty! – szarpał Ryśkę niecierpliwie za rękaw – No powiedz, kto to?
      – Oj, znasz ja przecież! Razem byliśmy na półmetku – zirytowała się Ryśka.
      – Ona??? – Marcina przystopowało. – Ona?
      – Ona, ona! Pośpiesz się, bo zaraz to będziesz musiał pogrzeb załatwiać –
      zezłościła się Meduza.
      – O nie! Tylko nie to! – Marcin dostał szału. – Żadnych pogrzebów! – I wypruł
      do przodu tak, że teraz biedna Meduza nie mogła za nim nadążyć.
      – Stop! – wrzasnęła – Gdzie lecisz? To tu!
    • mariurzka Re: Chcieliście to macie:) 22.02.06, 12:32
      Wlecieli pędem na kolejne czwarte piętro, nie tracąc czasu na łapanie windy.
      Drzwi były zamknięte, na dzwonek nikt nie odpowiadał.
      – Z kopa! – zawrzasła Meduza. Marcin wziął rozbieg i rąbnąwszy z impetem,
      wyłamał drzwi.
      – Jak ta kretynka nie żyje to ją uduszę – oświadczyła Meduza wkraczając do
      pokoju. Widok postaci w czarnej sukni, z kunsztowną fryzurą i makijażem
      rozciągniętej na podłodze potwierdził jej najgorsze przypuszczenia. W pokoju
      płonęły świece, magnetofon sączył głos Boltona, a bezwładna dłoń nieszczęsnej
      samobójczyni wciąż spoczywała na słuchawce aparatu, założonego – trzeba trafu! –
      trzy dni wcześniej. Marcin oparł się o framugę i rozpaczliwie gryzł pięść.
      – Dzwoń po pogotowie, ja się nią zajmę – stwierdziła Meduza. – Żyje, póki co –
      odetchnęła z ulgą, wyczuwając słaby puls, po czym, przypomniawszy sobie odnośne
      fragmenty z “Idy sierpniowej” powlokła bezwładne ciało do łazienki. Z pokoju
      dobiegł okrzyk Marcina:
      – Jaki tu jest adres do licha?!
      – Sosnowa 20/8 – odwrzasnęła. Po czym uznawszy, że lepiej byłoby, gdyby Marcin
      nie był świadkiem szczegółów pierwszej pomocy, wysłała go na dół , żeby czekał
      na karetkę i skierował ją gdzie trzeba.
      Po niezbędnych zabiegach uchetana Meduza taszczyła omdlałe ciało do pokoju. W
      malowniczo wykopanych z zawiasów drzwiach pojawił się Marcin.
      – No i jak? – rzuciła Ryśka.
      – Na razie nic. Daj, pomogę – powiedział Marcin i złapał za jedną nogę ofiary.
      Stękając, przenieśli ją na tapczan. Nagle na korytarzu dał się słyszeć tupot
      nóg. Do pokoju wpadł zacietrzewiony facet – szczupły i z wąsem:
      – Co się tu dzieje? Policja!
      Ryśka i Marcin struchleli...
      – Nie ruszać się! – ryknął facet – Pod ścianę!
      – Jezu, wariat! – wymamrotał Marcin, z przerażeniem spoglądając na pistolet w
      dłoni napastnika. Ten zdążył tymczasem obszukać ich oboje na okoliczność
      posiadania broni i wciąż celując to w jedno to w drugie cofał się w stronę
      telefonu, żeby wezwać posiłki.
      – Nie wariat, tylko jej sąsiad policjant – syknęła Meduza, przypominając sobie
      wzmianki niedoszłej denatki o takowym. – Ja zaraz wszystko wyjaśnię. Ona się
      struła – powiedziała, wskazując na elegancki zewłok na tapczanie. Ale tak nie
      do końca, bo zadzwoniła do niego, powiedziała co i gdzie, i przylecieliśmy
      ratować. I schowaj pan, kurde, ten pistolet, bo dreszcze człowieka przechodzą! –
      rozdarła się.
      Marcin zauważył niejakie rozminięcie się z prawdą w tej opowieści, lecz nie
      zaprotestował, uznając, że ta wersja brzmi bardziej logicznie. Ostatecznie
      nieraz spotykało się panienki trujące się tak, aby je prędko odratować i sąsiad
      policjant powinien był o tym wiedzieć.
      – Myśmy już wezwali pogotowie – dodał. – I... eee... udzieliliśmy pierwszej
      pomocy.
      Sąsiad spojrzał podejrzliwie spode łba i opuścił pistolet. W tej samej chwili
      pod blokiem rozległo się wycie karetki.
      W mieszkaniu pojawili się sanitariusze wraz z lekarzem, wszyscy sprawiający
      wrażenie pozostawania pod stałym wpływem środków mocno wyskokowych. Sąsiad
      jednym spojrzeniem ocenił niebezpieczeństwo tej sytuacji i wziął sprawy w swoje
      ręce. Pogonił sanitariuszy gapiących się głupkowato po ścianach i
      zakomenderował:
      – Do szpitala, ale galopem! Ty – zwrócił się do Ryśki – pojedziesz z nimi. Ja
      zresztą też. – I już miał zamiar zbiec po schodach, lecz nagle uprzytomnił
      sobie jeszcze jedną kwestię – właścicielki mieszkania. Popatrzył przez chwilę
      badawczo na spłoszonego Marcina, po czym zdecydował:
      – Ty tutaj siedź i pilnuj wszystkiego. Nie można przecież zostawić tego
      otworem. A jak ktoś przyjdzie, to informuj, ale subtelnie, jasne? – zarządził.
      – O Jezu, no tak! – zafrasowała się Ryśka – Jej ciotka! Jeszcze dostanie zawału!
      – A potrafisz subtelnie? – gruboskórnie zainteresował się sąsiad.
      – No! – Marcin wyraźnie się obruszył. – Chyba... – dodał niepewnie.
      – To siedź i pilnuj – uciął dyskusję sąsiad i pogonił Ryśkę do wyjścia. Cinek
      wychylił się przez drzwi i usłyszał jeszcze jak facet zastanawia się głośno: –
      Ciekawe, co jej odbiło? Zakochała się czy co?
      I w tym momencie Marcin się załamał.
    • mariurzka Re: Chcieliście to macie:) 22.02.06, 12:33
      Starsza pani wracając od swej synowej, ujrzała karetkę pędzącą z wyciem i
      miganiem światłami. Przez jej mózg przejęty rozpamiętywaniem losów Marii
      Celeste przemknęło pytanie “Kogo to też zabrali?”, przemknęło i znikło. Nie
      podejrzewając niczego weszła do swojego bloku i przywołała windę.
      Drzwi na parterze uchyliły się i wyjrzała głowa w lokówkach.
      – Pani Jasiu! – wyszeptała tajemniczo – Tę pani studentkę zabrali!
      Starsza pani zaniemówiła.
      – Tuż przed chwilą karetka pojechała! Tu ją znosili na noszach, o! –
      emocjonowała się sąsiadka – A tam przedtem na górę jakichś dwoje poleciało,
      pewnie bandyci jakieś...
      Starsza pani schwyciła się za serce. W tejże chwili podjechała winda, zatem nie
      tracąc czasu na dodatkowe wyjaśnienia, wskoczyła do niej i nerwowo przycisnęła
      guzik.
      Widok, jaki ujrzała na swoim piętrze, wstrząsnął nią do głębi. Wyłamane drzwi
      kiwały się smętnie, a w przedpokoju siedział na dywanie obcy facet i płakał
      rzewnymi łzami.
      W ten sposób wszelki dyplomatyczne wyjaśnienia stały się niepotrzebne. Starsza
      pani zemdlała.
      Po pewnym czasie Marcin otrząsnął się z chwilowego załamania i zauważył
      bezwładne ciało spoczywające na podłodze. “Umówiły się, czy co?” – pomyślał z
      pewną dozą rezygnacji. Jednocześnie doszedł do wniosku, iż należy przywrócić
      starszą panią ponownie do świata jawy. Niewiele myśląc, udał się więc do
      kuchni, nabrał obficie wody w pierwszy lepszy sagan i chlusnął kobiecie w
      twarz. Skutek był natychmiastowy, jednakże odwrotny od zamierzonego – starsza
      pani zaczęła przeraźliwie krzyczeć! Marcin próbował uspokoić śmiertelni
      przerażoną kobietę, nie dawał sobie jednak rady. Na klatce zaczął formować się
      tłum...
      Do przodu przepchnęła się głowa w lokówkach, uchodząca w tym bloku za skarbnicę
      wszelkich informacji. Obrzuciła wzrokiem malowniczą grupę złożoną z ciężko
      przerażonej kobiety, z lekka zgłupiałego chłopaka, kałuży wody i garnka. Po
      czym dźgnęła w powietrzu palcem i rzekła dobitnie:
      – A tego tu to ja wcześniej widziałam! Leciał po schodach jak z pieprzem,
      tupotu narobił, hałasu, a potem to zaraz karetka przyjechała!
      Tłum groźnie zafalował. Ktoś krzyknął: “Złodziej!”. Starszy, łysawy pan w
      sweterku poprawił:
      – E tam, morderca pewnie. Teraz panie dzieju takie czasy... Młądzież
      niedouczona, bez wychowania żadnego...
      – A cóż pan gadasz! – zacietrzewiła się paniusia z piętra wyżej – Musi jaki
      zboczeniec! Widział kto biedną kobietę tak wodą zlać!
      Marcin, osłupiały, obserwował reakcję tłuszczy, która stopniowo pchała się do
      wnętrza. Zarazem dochodził do wniosku, że zaraz ci wszyscy ludzie rzucą się do
      ataku. Nie potrafił jednak wykonać żadnego ruchu i stał tak pod ścianą ze
      strasznie głupim wyrazem twarzy, co jeszcze bardziej utwierdzało wszystkich w
      przekonaniu, że jeśli nie zboczeniec, to z całą pewnością nienormalny...
      Z tłumu wysupłał się facet młody, bykowaty i wyraźnie pałający żądzą czynu.
      – Ty sukinsynu, coś ty za jeden? – zwrócił się uprzejmie do Marcina, po czym,
      nie czekając na odpowiedź, ciągnął: - Ty bandziorze niemyty, wszędzie kopany,
      myślisz, ze ci pozwolimy rozrabiać, co?! Ty, taka twoja mać, starsze panie
      będziesz napadał? Asz ty skórkowańcu jeden, ja ci pokażę!!!
      Przy wtórze zachęcających okrzyków widowni wkroczył do mieszkania, ominął
      zbierającą się właśnie z podłogi ciotkę i schwycił Marcina za koszulę, usiłując
      go wywlec na zewnątrz, gdzie tymczasem zebrało się jeszcze paru jego kumpli.
      Diabli wiedzą, czym mogłoby się to skończyć, gdyby w tejże chwili gdzieś z
      niższego pietra nie rozległ się okrzyk:
      – Policja!
      – Nareszcie! – zaszemrał z ulgą tłum.
      Sąsiad – policjant przedarł się przez zgromadzenie, nawołując gromko do
      rozejścia się. Widząc, że sprawa dostała się w fachowe ręce, tłumek powolutku
      zaczął się zmniejszać, zwłaszcza, że w telewizji akurat rozpoczął się kolejny
      odcinek popularnego serialu wenezuelskiego. Nikt nie zauważył małej, chudej,
      piegowatej postaćki, która z roziskrzonym wzrokiem obserwowała całe
      pandemonium, a teraz, widząc, że się kończy, zawróciła, pognała z kopyta do
      domu i dorwała się do telefonu. Po dłuższej chwili zmagania się z aparatem
      czującym wyraźny opór przed siedmiocyfrowym numerem, udało się wreszcie uzyskać
      połączenie.
      – Maciek, Maciek! – wysyczała postaćka – Maciek, o rany, nie masz pojęcia co tu
      się dzieje, jakaś baba się zabiła, a Cinka policja aresztowała!!!
      – Idź ty, Grzesiek, spać i nie rób sobie głupich jaj – Maciek wykazywał
      zdecydowany sceptycyzm.
      – Ale kiedy naprawdę – gorączkował się Grześ. – sam widziałem! Wynosili laskę
      na noszach, taka odstrzelona, no mówię ci, no! A Cinek tam siedział z jakąś
      inną laską, a tam mieszka policjant i go aresztował, a ten Tomek z trzeciego
      piętra to właśnie chciał mu przylać po mordzie i właśnie on wtedy przyszedł ,
      ten policjant i ...
      – Odbija ci! Za dużo filmów oglądasz – uciął Maciek.
      – Nie wierzysz, to nie – obraził się Grzesiek. – Sam zobaczysz! – i odłożył
      słuchawkę. Po czym postanowi zadzwonić do swojego przyjaciela Krzyśka., o
      którym dobrze wiedział, że żadnej sensacyjnej wieści nie zlekceważy.
    • mariurzka Re: Chcieliście to macie:) 22.02.06, 12:34
      Tymczasem w mieszkaniu ciotki jedna przytomna osoba usiłowała coś zrobić z
      dwiema niezbyt przytomnymi. Wykazując dobrą znajomość psychologii sąsiad –
      policjant zaprowadził ciotkę do pokoju i posadził przed telewizorem, po czym
      przyjrzał się krytycznie Marcinowi.
      – Pan to potrzebuje czegoś mocniejszego! – stwierdził i rozejrzał się za
      barkiem.
      Niestety z trunków ciotka posiadała li i jedynie spirytus służący jej do
      smarowania pleców. Sąsiad pociągnął więc Marcina za sobą prosto do swojego
      mieszkania. Usadził go w fotelu, wsadził w rękę kieliszek i polał zdrowo. Po
      czym rozkazał:
      – Pan chlapnie, ale już!
      Marcin zawahał się, ale spełnił polecenie. Facet polał znowu, tym razem już i
      dla siebie:
      – No to repeta! – uśmiechnął się.
      Marcin ponownie wypił. Facet przyjrzał mu się badawczo i stwierdził:
      – No teraz to już pan jesteś podobny do siebie. Ja się nie dziwię... – i
      rozpoczął monolog, poświęcony problemom z babami jako takimi. Marcin wysłuchał
      tego w milczeniu, po czym w przerwie, kiedy to policjant nabierał tchu, wtrącił:
      – No , a jak ta... no... wie pan... Żyje? – zawahał się.
      – Póki co, tak, ale nie wiadomo, co będzie – sąsiad uznał, że nie należy
      niczego ukrywać przed chłopakiem, który bądź co bądź był przyczyną całego
      nieszczęścia. Marcin zadrobił nogami, jakby chciał gdzieś iść.
      – Spokojnie – powstrzymał go sąsiad – jeszcze za wcześnie na odwiedziny.
      – E... tego... – Marcin speszył się wyraźnie – ja tylko chciałem...
      Facet zaśmiał się rubasznie:
      – Dobra, dobra, nie wypieraj się pan. Ale swoja drogą, coś pan jej zrobił, że
      ona aż tak??
      Marcin wytrzeszczył oczy. Skonsumowany niedawno alkohol wyraźnie przeszkadzał
      mu w opanowaniu gonitwy myśli. Facet ponaglił go:
      – No przyznaj się pan! Tak prywatnie, no!
      Marcin popatrzył na niego długo i wytrwale, chwilę pomyślał, po czym rzekł
      spokojnie i z widoczną rezygnacją:
      – Wie pan, tak naprawdę to ja jej wcześniej nie znałem...
      – Ach, tak – sąsiad pokiwał głową ze zrozumieniem. – Czasem tak jest, jak się
      za dużo wypije. Człowiek nic nie pamięta, a potem się okazuje... I kiedy to
      było, ta zabawa?
      – Zabawa? – Marcin zmarszczył czoło, usiłując sobie coś przypomnieć, co było
      nieco utrudnione, z powodu dziwnego szumu w głowie. – Zabawa, tak... eee...
      półmetek? W lutym...
      – W lutym?! – zdumiał się policjant. – Toż by już urodzić zdążyła! Przerwała
      czy co?
      Marcin otrząsnął się.
      – Zwariował pan?! Jakie przerwała, co przerwała, przecież mówię panu, że między
      nami nic nie było! Wcale jej nie znam! To wariatka jakaś!
      – Tak?! To skąd się pan tam wziął?! – w sąsiedzie odezwała się zawodowa
      podejrzliwość. – Mówiłeś pan, że dzwoniła, no to jak w końcu, znacie się, czy
      nie?!
      Marcin wykonywał intensywną pracę myślową, utrudnioną ze względu na wspomniane
      wyżej okoliczności.
      – Musiała mieć telefon od Meduzy – wykombinował w końcu. – To jej przyjaciółka,
      ta co to do szpitala pojechała. Ja nie wiem – rozkleił się nagle – co te
      dziewczyny do mnie mają! Dzwonią! Przychodzą! A ta się truje! Boże drogi, za
      co?!
      Sąsiad z niejaką zazdrością pomyślał, że świat jest niesprawiedliwie urządzony.
      Za tym tutaj najwyraźniej baby latają jak opętane, a on ma za złe. Coś takiego!
      Marcin podniósł się z fotela.
      – Ja chyba już pójdę... Tam się rodzice w domu niepokoją – powiedział.
      – A dobrze, dobrze – facet pokiwał głową – tylko wie pan co? Pasowałoby, żeby
      pan tam pojechał. Do niej. Coś tam majaczyła, że chce pana zobaczyć, jak ją
      trochę docucili. Ta pana koleżanka też mówiła, żeby pan przyjechał. Ale to już
      faktycznie chyba jutro – popatrzył na zegarek.
      Marcin stał pod ścianą, a w głowie miał przestrach. Nie w smak były mu
      jakiekolwiek odwiedziny, a zwłaszcza w szpitalu, z drugiej strony zaś czuł, że
      próba wywinięcia się od tego spowoduje wzrost podejrzliwości ze strony
      ugłaskanego już policjanta. Sąsiad zauważył jego wahanie:
      – No co pan, szpitala się pan boisz? Nie ma czego!
      Cinek machinalnie przytaknął, założył kurtkę i poszedł do domu, gdzie jego
      matka rwała włosy z głowy, a tatuś bliski apopleksji wykrzykiwał coś o
      szczeniaku, co to leci przed siebie, a domu zamknąć nie potrafi. Marcin trafił
      w sam środek dubeltowej kłótni, popatrzył na wszystkich bez słowa i zamknął się
      w swoim pokoju, zostawiając za drzwiami osłupiałą rodzinę.
      Tymczasem w mieście wrzało. Słuchawki grzały się do czerwoności, w powietrzu
      ganiały okrzyki zdumienia i niedowierzania. Wszystko przez to, że Krzysiek.,
      oderwany od komputerowej gry przez Grześka, szybko skojarzył sobie wszystko, co
      wiedział o swojej dalekiej kuzynce – niedoszłej samobójczyni i puścił
      wiadomości w obieg. Żeby było lepiej, jego mamusia poleciała w te pędy ratować
      swoją własną teściową, po drodze informując wszystko, co żywe i pomstując na
      głupotę młodych dziewczyn, oraz na facetów jako takich.
    • mariurzka Re: Chcieliście to macie:) 22.02.06, 12:35
      Tymczasem w szpitalu na Kraśnickiej młody, przystojny lekarz wyszedł z sali
      zabiegowej, kierując się w stronę przytupującej pod ścianą Meduzy.
      – Może pani do niej zajrzeć – stwierdził. – Nic jej nie będzie, żołądek
      przepłukany, a i pierwsza pomoc fachowo, widzę, udzielona. Rodzinę jakąś trzeba
      zawiadomić?
      – Już ja się tym zajmę – odparła Meduza, z wahaniem zaglądając do sali. Blada
      jak ściana Maria leżała na łóżku, makijaż rozmazał jej się po całej twarzy i
      wyglądała nieco upiornie.
      – Maaarcin... – wyjęczała.
      – Nie Marcin tylko ja – powiedziała bezlitośnie Meduza. – Ty kretynko głupia!
      Co ci odbiło?! Jak mogłaś?!
      – Maaarcin... Ja chcę żeby on tu przyszedł... – wymamrotała Maria nie zważając
      na zagniewaną minę Meduzy.
      – A jakże, przyjdzie. Zobaczy jak wyglądasz i ucieknie z wrzaskiem.
      – Lustro! – zaniepokoiła się Maria.
      Meduza niechętnie podała jej kieszonkowe lusterko. Obejrzawszy własną twarz
      Maria wydała z siebie głuchy jęk i zamknąwszy oczy przestała wykazywać oznaki
      życia.
      – Co pani zrobiła, do jasnej cholery! – wydarł się od drzwi młody lekarz. – Won
      stąd, ale już!
      Wydawszy ten okrzyk rzucił się ku łożu niedoszłej samobójczyni i z rozpaczą w
      oczach próbował ją docucić.
      Co też w końcu mu się udało. Maria westchnęła lekko, uniosła powieki i ujrzała
      nad sobą szczupłą twarz o regularnych rysach, orzechowe oczy pełne troski i
      niepokoju, a nad tym wszystkim ciemną, zwichrzoną czuprynę z pierwszymi
      srebrnymi nitkami.
      – Marcin? – spytała z nadzieją.
      – Nie, Krzysztof! – przedstawił się lekarz.
      – Ja chcę Marcina! – oświadczyła Maria z mocą i przewróciwszy się na bok usnęła.
      Parę dni później w szpitalu pojawiła się dość liczna grupa. Zaciekawiony
      sąsiad – policjant prowadził ciężko zdenerwowaną ciotkę. Zaraz za nim podążała
      jej synowa, z uwieszonymi u spódnicy dwoma diablątkami, drącymi się jedno przez
      drugie i tłukącymi się po głowach. Na samym zaś końcu szedł wyraźnie speszony i
      zdenerwowany Marcin. Idąca obok niego Ryśka robiła wszystko, zęby zniweczyć
      jego opór przed pobytem w szpitalu.
      Cały pochód zatrzymał się przed drzwiami sali. Napotkał bowiem przeszkodę nie
      do przebycia w postaci tegoż samego co ostatnio lekarza. Doktor Krzysztof ze
      stanowczością wypisaną na twarzy tkwił w wejściu i widać było, iż ma zamiar nie
      dopuścić nikogo do chorej. Był to pierwszy poważny przypadek w jego lekarskiej
      karierze i wiele by dał za to, żeby nikt mu nie zawracał głowy odwiedzinami.
      Tym bardziej, że ten „przypadek” obudził jego stłamszone latami studiów i
      zajęciami w prosektorium uczucia. Biedna niedotruta studentka, blada i
      załamana, czekająca na „przyczynę” swoich nieszczęść tak go zafascynowała, że
      cały czas spędzał w jej pokoju. Pilnował jej z ogniem w oczach, tak, iż
      pielęgniarki zaczęły szeptać po kątach na jego temat.
      Teraz determinacja młodego lekarza miała zmierzyć się z determinacją rodziny.
      Na czoło pochodu wysforowała się ciotka.
      – Pan nas wpuści do Marysi! – zażądała.
      – Nie można! – nie ugiął się Krzysztof. – Ona jest bardzo wyczerpana,
      potrzebuje spokoju!
      – Konowały! – zasyczała z tyłu jadowicie synowa, a dzieciaczki podniosły wrzask.
      – Hy, hy – zachichotała po lambertowsku Meduza i trąciła Cinka w bok. – Ty
      patrz dobrze, bo drugiego takiego ubawu to prędko nie spotkasz!
      Zagadnięty skrzywił się z niesmakiem. Doprawdy, ten szpitalny korytarz był
      dokładnie ostatnim miejscem, w którym chciałby przebywać, zwłaszcza, że cała
      rodzina od czasu do czasu solidarnie obdarzała go spojrzeniami pełnymi
      skondensowanej niechęci. Przeczuwał niejasno, że został już przez nich
      zakwalifikowany jako podły uwodziciel niewinnych dziewic, a ta opinia zatacza
      po mieście coraz szersze kręgi...
      Bitwa pod drzwiami tymczasem rozkręcała się. Synowa, porzuciwszy na moment
      zjadliwość, usiłowała zadziałać dyplomatycznie, za pomocą zwitka banknotów
      wpychanego Krzysztofowi do kieszeni fartucha. Ten odpędzał ją jedną ręką, drugą
      odganiając się od rozszalałych dzieciaczków. Przystojną twarz wykrzywił mu
      grymas pomieszanych razem rozpaczy i zaciętości. Starsza ciotka natomiast
      wygłaszała tyradę nt. lekarzy jako takich oraz ilu to już członków jej rodziny
      zdołali wykończyć. Upiorne dzieciątka zagłuszały ją radosnym kwikiem.
      Nieszczęsny Krzysztof usiłował wyrwać się i uciec, ale nawet i to było
      niemożliwe, jak gdyby rodzinie przestało zależeć na widzeniu z chorą, a chcieli
      jedynie stłamsić lekarza...
      Krzysztof powziął wreszcie decyzję:
      – Cisza! Do stu piorunów!!! – ryknął potężnie.
      Na korytarzu zapanowała idealna cisza. Dorośli spojrzeli po sobie niepewnie,
      upiorne dzieci zaś lekko oniemiały. Z pokoju zabiegowego wyjrzały przerażone
      pielęgniarki, dla których taka brutalność cichego i kulturalnego do tej pory
      doktora była wprost nie do pojęcia.
      – Co to ma być?! To jest szpital, a nie cyrk!! – kontynuował swoją perorę
      Krzysztof. – Jeszcze chwila, a nie wpuszczę nikogo!!! Zobaczycie ją pod
      warunkiem... – zawahał się lekko. Rodzinka wykonała gwałtowne poruszenie w swym
      łonie i ponownie naparła na lekarza. Ten widząc, jak dzieci z radosnym kwikiem
      usiłują przeleźć mu pomiędzy nogami zawrzasł ponownie:
      – Nie wszyscy na raz!!! Po kolei!!! – Popatrzył przy tym ciężko na stojącego na
      uboczu i mocno zdegustowanego sytuacją Marcina. W środku rosła mu furia.
    • mariurzka Re: Chcieliście to macie:) 22.02.06, 12:37
      Rodzinka sukcesywnie poczęła wpychać się do małej izolatki, gdzie wśród metrów
      rurek, czujników i kroplówek leżała zrezygnowana i blada Maria. Marcin
      zatrzymał się w progu, jakby coś skutecznie powstrzymywało go przed wejściem.
      Obserwował, jak wszyscy obskakiwali łóżko Marii, lecz w duchu miał ochotę
      skorzystać z zamieszania i uciec z oddziału.
      Upiorne dzieci oczywiście zaczęły wizytę od sprawdzenia wszystkich rurek i
      próby wytarmoszenia biednej Marii za wszelkie dostępne im jej części ciała –
      wszystko zaś przy wtórze przenikliwego kwiku. Widząc to wszystko Krzysztof
      zadziałał w tempie ekspresowym i nie zważając na protesty wystawił mamusię wraz
      z nieprzeciętnymi dziećmi za drzwi.
      Meduza i Marcin nieśmiało podeszli do łoża boleści. Niedotrupek otworzył oczy.
      – Maaarcin! – wyjęczał radośnie.
      Marcin od dłuższej chwili wyczyniał dziwne grymasy, usiłując przywołać na twarz
      uśmiech pełen otuchy. Nieszczególnie mu się to udawało, lecz Marii wystarczał
      już sam widok ukochanego, aby nabrać werwy i animuszu. Poprawiła się na łóżku,
      niebezpiecznie przy tym szarpiąc splątanymi nićmi kroplówek.
      – Uważaj! – wyrwało się Marcinowi.
      Rozpromieniona Maria spojrzała nań wzrokiem wyrażającym całe otchłanie miłości.
      – Tęskniłam za tobą! – wyznała.
      Marcin rozpaczliwie rozejrzał się na boki. Stojąca za nim Meduza najwyraźniej
      dawała mu jakieś znaki.
      – Ja... hm, hm... ja też – wykrztusił.
      Maria rozpromieniła się wręcz do granic możliwości. W jej oczach pojawiły się
      specyficzne błyski.
      – Pocałuj mnie! – zażądała.
      Wyraz popłochu na twarzy Marcina był aż nadto czytelny. Maria zmarszczyła brwi.
      – Pocałuj mnie, bo zerwę kroplówki!!!
      W obliczu tak perfidnego szantażu Marcin zbladł, po czym powoli pochylił się
      nad niedoszłą samobójczynią...
      Dyskretnie odwrócona tyłem Meduza z niejakim zaciekawieniem obserwowała doktora
      Krzysztofa nieświadomie zaciskającego pięści.
      Późnym popołudniem tegoż samego dnia Ryśka pojawiła się ponownie w szpitalu.
      Ciekawość ssała ją bowiem, gniotła i pchała. Szczególnie zaś intrygował ją
      młody lekarz i jego zainteresowanie Marią. Zajrzała do sali. Maria leżała z
      miną rozanieloną, błyszczącymi oczyma i całkowicie nieobecna duchem. Nie
      reagowała zupełnie na nic, widać było, iż z lubością rozpamiętuje wydarzenia
      dzisiejszego poranka. Z tą samą obojętnością przyjęła obecność na sali doktora
      Krzysztofa. Ten zatrzymał się na chwilę w drzwiach, popatrzył na nią czule,
      westchnął i poszedł dalej. Ryśka obserwowała go zachłannie, a w głowie lęgły
      się jej różne, i to bardzo dziwne wnioski.
      Maria postanowiła wrócić na chwilę do normalności. Uśmiechnęła się
      porozumiewawczo do Ryśki, otworzyła usta, po chwili jednak zrezygnowała z
      wyartykułowania czegokolwiek. W tym momencie do sali ponownie zajrzał doktor
      Krzysztof. Takie zachowanie lekarza obudziło uśpioną dotychczas czujność Ryśki.
      Z niemałym zaciekawieniem obserwowała więc poczynania lekarza. Krzysztof
      podszedł do łóżka Marii, obejrzał wszystkie możliwe urządzenia i kroplówki,
      zmierzył jej puls, a wszystko to z widoczną czułością i czymś w rodzaju
      pieszczotliwości. Ta zaś nadal konsekwentnie nie zwracała uwagi na jego
      poczynania. Doktor westchnął jeszcze raz, przygarbił się nieco i wyszedł z
      sali. Ryśka pomyślała chwilę, po czym wyprysła za nim. Czuła, że w tym lekarzu
      coś się gotuje i koniecznie chciała się czegoś na ten temat dowiedzieć.
      – Doktorze! Czy ona z tego wyjdzie?
      Krzysztof zatrzymał się. Możliwość porozmawiania o swoim „najciekawszym
      przypadku” ucieszyła go niezmiernie, gdyż wszyscy znajomi zdążyli już się
      znudzić codziennymi opowieściami o niedoszłej samobójczyni i spławiali go
      bezlitośnie.
      – Niewątpliwie! – odparł, robiąc uczoną minę. – Wie pani, to jest bardzo
      ciekawa sprawa...
      Tu nastąpiły dłuższe wyjaśnienia nt. zeżartych przez Marię proszków, ich
      kombinacji i działania na organizm, tudzież metod leczenia.
      – Wyciągnie pan ją z tego, prawda? – drążyła dalej Meduza.
      Krzysztof nagle jakby zmierzchł i skrzywił się sceptycznie.
      – Za wyciąganie to już się chyba ten pani kolega zabrał... – wymamrotał.
      – Dobra, dobra. Ona nie Śpiąca Królewna i pocałunki jej nie uzdrowią. Niech się
      pan lepiej nią zajmie, żeby jej znowu co nie odbiło!
      To, co ukazało się na twarzy Krzysztofa można by określić jako mieszaninę
      czułości, współczucia i stanowczości. Meduza, patrząc nań zmrużonymi oczami,
      wręcz mogła odczytać tę myśl: „Och, jak ja bym się nią zajął...”
      Młody lekarz odchrząknął i zamrugał, powracając z krainy marzeń.
      – To... hm... to u niej częste?
      – A skąd! – zaprotestowała z ogniem Meduza. – Ja w ogóle nie wiem, co tej
      idiotce odbiło! Zawsze była normalna!
      – Ona... eee – Krzysztof zaczerwienił się i spuścił głowę – musi go bardzo
      kochać, prawda?
      Meduza starannie ukryła uśmiech pełen satysfakcji.
      – Takie tam bardzo... Ja wiem? Ona nie ma szczęścia, wie pan, podobają się jej
      ciągle nieodpowiedni faceci. Co miłość, to nieszczęśliwa. Gdyby tak znalazła
      kogoś poważnego, odpowiedzialnego, potrafiącego ją zrozumieć... – ciągnęła,
      zerkając spod oka. Krzysztof rósł w oczach.
      Ryśka z niekłamaną satysfakcją obserwowała ten festiwal uczuć malujący się na
      obliczu młodego lekarza. W pewnym stopniu jej działanie było bowiem świadomie
      zamierzone – zdawała sobie dobrze sprawę z beznadziejności uczuciowej sytuacji,
      w jaką wplątała się jej najlepsza przyjaciółka. A ponieważ uwielbiała pomagać
      osobom w opresji – i tym razem postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. A
      przynajmniej na tyle, na ile to było możliwe. Widząc zaś zainteresowanie
      przystojnego lekarza, postanowiła po prostu kuć żelazo póki gorące. „Ona mi
      jeszcze za to podziękuje” – myślała sobie teraz, w pośpiechu opracowując
      strategię, mającą na celu jeszcze mocniejsze zainteresowanie się Krzysztofa
      swoją podopieczną.
      • mariurzka up:) 24.02.06, 12:31
        A co tam, chyba mogę sobie trochę własne (w połowie) dzieło popodbijać? smile
        • edeka5 Re: up:) 25.02.06, 09:57
          A żeby się nam nie zagubiło smile
          • groha Re: up:) 25.02.06, 13:31
            I żeby Szanowną Autorkę kłuło w oczy, może w końcu nie wytrzyma i pociągnie
            dalej. Niechby chociaż ten zachwycająco rysujący się wątek szpitalno-
            romansowy smile)
            • mariurzka Re: up:) 27.02.06, 10:31
              To sobie znów podrzucęsmile
              Choć jeśli brać pod uwagę ośmioletni czas "uleżenia się" ww powieści, to muszę
              szanowne grono zmartwić - na ciąg dalszy chyba będziecie musieli poczekać
              drugie tylesmile I to jest wersja optymistycznasmile pesymiestyczna zakłada lat z 16smile
              • tangotendresse33 Re: up:) 27.02.06, 11:42
                Jeszcze jeszcze jeszcze! Fajne to!!! W pełni godne Chmielu !!! wink
                • asia.sthm Re: up:) 27.02.06, 12:41
                  Mariurzko do jest godne Nobla w dziedzinie medycyny !
                  Zeby bohaterka wyladowala w izolatce jakby conajmniej zarazki cholery
                  rozsiewala to rozumiem, sposoby leczenia po plukaniu zoladka tez rozumiem, ale
                  zeby jej sie od razu calowac po tym plukaniu to juz jest szczyt postepu
                  medycyny. wink))
                  Przypomniala mi sie powiesc mojej kolezanki ze szkoly ( nie tej od krzyku
                  ranionego pawia, mam sporo zaprzyjaznionych pisarek wink. Wiec w tej jej slawnej
                  powiesci dwoch rycerzy bilo sie o krolewne. Na szable sie ciezko pobili,
                  dokladny opis walki obrazowo przedstawila, krew sie polala, wezwano
                  lekarza...lekarz w skupieniu wyjal kule z rany.
                  • mariurzka Re: up:) 27.02.06, 13:41
                    Asiu, oni się całują kilka dni późniejsmile Wtedy chyba już można? Ale rozumiem że
                    czytałaś z ogniem w oczach i ci umknęłosmile
                  • mariurzka Re: up:) 27.02.06, 13:43
                    Na dowód tego, co napisałam powyżej cytuję odnośny fragment:

                    "Parę_dni_później_w szpitalu pojawiła się dość liczna grupa. Zaciekawiony
                    sąsiad – policjant prowadził ciężko zdenerwowaną ciotkę. Zaraz za nim podążała
                    jej synowa, z uwieszonymi u spódnicy dwoma diablątkami, drącymi się jedno przez
                    drugie i tłukącymi się po głowach. Na samym zaś końcu szedł wyraźnie speszony i
                    zdenerwowany Marcin. Idąca obok niego Ryśka robiła wszystko, zęby zniweczyć
                    jego opór przed pobytem w szpitalu."
                    • asia.sthm Re: up:) 27.02.06, 14:11
                      Tak , masz racje, czytalam z ogniem, wypiekami i bardzo spoconymi dlonmi.
                      Moze i pare dni mi umknelo, ale to "pocaluj mnie, bo wyrwe kroplowke" jest
                      troche mylace. Ilez ona na tej kroplowce musiala byc? Po plukaniu chce sie jesc
                      jak cholera.
                      smile)
                      Nie czepiam sie juz. Dzielo jest znakomite. Sama widzisz jak sie przejelam.
                      Ostatnio Groha kazala sie czepiac szczegolow i krytykowac wiec dopelnilam
                      obowiazku wykazujac lekka nadgorliwosc.
                      Buzka.
                      • mariurzka Re: up:) 27.02.06, 14:30
                        Ależ ja się cieszę że się czepiaszsmile Żadna z nas współautorek nie ma
                        doświadczenia w tej najważniejszej dla bohaterki kwestii, a podobnie jak Gurua
                        tkwi w nas konieczność sprawdzania wszystkich szczegółów. Jeśli znajdziesz
                        jakąś nieścisłość to pisz, pisz, pisz!
                        Buźka w drugą stronę!
                  • g0p0s Re: up:) 27.02.06, 14:35
                    > Na szable sie ciezko pobili,
                    > dokladny opis walki obrazowo przedstawila, krew sie polala, wezwano
                    > lekarza...lekarz w skupieniu wyjal kule z rany.
                    Widać kontrakt na rany cięte już się wyczerpał, a został na rany postrzałowe smile
                    Z NFZ nie ma to tamto. Trzeba mieć zaplanowane problemy zdrowotne, a nie takie
                    jak sobie życzymy.
                    • groha Re: up:) 27.02.06, 15:28
                      A ja myślę, że to z boku ktoś strzelił (jak w tym dowcipie o dziadku), tylko
                      autorka w ferworze walki go nie zauważyłasmile
                      Mariurzko, perspektywa 16-tu lat mnie zmartwiłasad Mogę nie zdązyć się
                      dowiedzieć, co dalej z Cinkiem, a bardzo bym chciała.
    • kasiakaz1 Re: Chcieliście to macie:) 05.03.06, 21:41
      Mariurzka! No pięknie! Nie wiedziałam o aż takich emocjach szalejących wokół
      Cinka. Meduza mi o nim opowiadała, ale żeby się truć??? Jak to miło że nie
      zmieniłaś imion, będę mogła wypytać Rysię o dalszy ciąg smile
      • mariurzka Re: Chcieliście to macie:) 06.03.06, 10:01
        Kasiu, na litość boskąsmile) Poza Meduzą ani słowa komu innemu bo mnie zlinczują
        jeszczesmile
        Tak się obawiałam, że znajdzie to ktoś, kto kojarzy sytuację i osobysmile
        Zastanawiałam się nad zmianą imion, ostatecznie dokonałam tego w przypadku
        bohaterów drugoplanowych a ten główny bez swojego imienia wydał mi się jakiś
        nie ten samsmile
        Dementuję: nikt się nie otruł, to jedynie efekt naszej wybujałej wyobraźnismile))
        No i mam nadzieję, że po twojej rozmowie Meduza mnie nie zabije - bo jakoś do
        tej pory jeszcze mnie oszczędziłasmile
        Pozdrowionka serdeczne!!
        • kasiakaz1 Re: Chcieliście to macie:) 06.03.06, 19:50
          Nie bój się. Meduza mi sama powiedziała że zamiescilaś Wasze opowiadanie na
          forum. I nie mówila tego ze złoscią, raczej była dumna smile Pozdrawiam Józefów.
          • mariurzka Re: Chcieliście to macie:) 07.03.06, 12:30
            No wiesz, ja się nie tyle bałam reakcji Meduzy - może by mnie oszczędziła ze
            względu na starą przyjaźń, ile tego, że jak to się rozniesie to pół Lublina
            będzie chciało mnie zamordowaćsmile
            Odpozdrawiam Lublinsmile
            • kasiakaz1 Re: Chcieliście to macie:) 07.03.06, 20:52
              Aż pół Lublina? Nie masz o sobie zbyt dużego mniemania? Że aż pół Lublina ma
              Cię mordować? Poza tym to stare dzieje smile Dziękuje za odpozdrowienia, ale ja
              już jestem Poznań (od dwóch tygodni).
              • meduza7 Re: Chcieliście to macie:) 08.03.06, 14:39
                hihihihi!!! wreszcie się dorwałam do kompa! O rany, aleśmy glupot nawypisywały,
                włos się jeży... Super Mario, proponuję jeszcze odnaleźć opowiadanko
                rozpoczynające się o ile dobrze pamiętam od słów "Na pierwszym piętrze, w sali
                101 leżała nieżywa zwłoka..."
                A swoją drogą... O ile pamiętam, Krzysztof jest postacią fikcyjną (chyba?), ale
                jakiś donosik do Cinka mógłby polecieć!
                • mariurzka Re: Chcieliście to macie:) 09.03.06, 10:45
                  Ja Ci dam donosik!!!!!
                  Krzysztof jest fikcyjny a jakże, choć taki wdzięcznysmile Nie wiem, czy pamitasz,
                  ale miałaś doprowadzić go do mariażu ze mną. Więc zamiast się śmiać, siadaj i
                  pisz!!
                  A opoawiadanka z nieżywą zwłoką w roli głównej szukałam ale przepadło gdzieś
                  wśród moich papierzysk... A takie piękne byłosmile
                  • meduza7 Re: Chcieliście to macie:) 27.04.06, 19:17
                    a mnie się przypomniał pewien komiks... też z pewnym Krzysiem w roli głównej...
                    o ile pamiętam, to kończył się obrazkiem ciebie i jego w otoczeniu wianuszka
                    pociech (co najmniej dziewięcioro... )
                    • mariurzka Re: Chcieliście to macie:) 29.04.06, 22:24
                      Dobrze pamiętasz, dobrzesmile
                      Całe szczęście że z umieszczeniem go tutaj byłby pewien problemsmile
                      No i jego kandydatura obecnie już nieaktualna, jakoś tak nie za bardzo mi się
                      ostatnio podoba. A jeśli chodzi o pociechy to zapomniałaś o dziesiątym w
                      drodzesmile)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka