joseph80
14.09.04, 23:24
Równowaga w przyrodzie musi być, a że jest wątek o najlepszych płytach
koncertowych, to musi też być o najgorszych:).Najgorszych, czy też, najmniej
przez Was lubianych. Jak kto woli
"Pulse" grupy Pink Floyd, i późniejsze wydawnictwo Watersa wydane kilka lat
temu ("In The Flesh" ??). To przykłady jak nudne mogą być płyty koncertowe.
Pink Floyd na koncertach otaczali się dosłownie armią wynajętych muzyków,
przez co oni sami nie musieli za dużo robić. Wszyscy muzycy grali z taką
perfekcją, że wersje koncertowe w ogóle się nie różnią od studyjnych.
Wszystko zagrane nuta w nutę. Czyli "Pulse" przypomina mi zwykłe wydawnictwo
typu Best Of z dodanymi w studio oklaskami;).
"Then & Now" ELP, przykład zamordowania atmosfery koncertu, przez "wybitne"
zmiksowanie. Największym smaczkiem są właśnie przejścia pomiędzy
poszczególnymi utworami, jest to pasjonująca i kilkusekundowa cisza
następująca po każdym utworze. Album został wydany w roku 1998, a taka
realizacja zakrawa na kpinę. Rozumiem, że płyty koncertowe wydawane w latach
70 miały gdzie niegdzie ciszę pomiędzy utworami, ale pamiętajmy były
szykowane z myślą o winylach.
pzdr
Jos