Na spotkanie z Marcinem umówiłam się @ jeszcze będąc w Polsce. W
podanym dniu dokładnie o 17, czekał na nas w recepcji, w swej żółtej
koszulce. Krótka rozmowa o wycieczkach i decyzja – kiedy na jaką się
wybrać.
Pierwsza to Los Haitises za 105 $
O 7:45 podjeżdża pod recepcję busik z którego wysiadła
przesympatyczna kobieta – Ludka. W 15 min dojeżdżamy na parking,
gdzie przesiadamy się do „naszego” busika /stan techniczny i klima
jak dla mnie bez zastrzeżeń!/. Jest nas 10 – 8 dorosłych i 2 dzieci,
no oczywiście jeszcze jest kierowca i Marcin. Około 8 :00 wyruszamy
na przygodę do Parku Narodowego.
Już w busiku zaczyna się integracja między turystami / wymiana
poglądów n/t hoteli, każdy chwali swój

/, a Marcin opowiada nam o
sobie i o Dominikanie. Jest wesoło, miło i iście wakacyjnie ….,
tylko bachaty mi brak xD.
Za oknem widać cudowną zieleń- palmy, flamboyany, mnóstwo kwiatów,
krzewów …, no i te pasące się z wolna zwierzęta. Mijane po drodze
wioski wywierają na mnie spore wrażenie – domy, jak lepianki, z
kratami w ramach drzwi, a przed nimi super samochody, motorki i…
ludzie nigdzie się niespieszący. Warto zwrócić uwagę na kobiety z
wałkami na głowie…hihi
Pierwszy postój w paradorze /dominikański zajazd/ ok. 9:30- okazja
by wypić kawę, colę, piwo czy co tam się chce, zapalić i skorzystać
z toalety.
Po 20 min jedziemy dalej. UUffffffffffff ależ widoczki!!!!! Z oddali
wyłaniają się góry – Kordyliery, jak się okazuje dość wysokie /
najwyższy szczyt przewyższa nasze Rysy/, no i zero śniegu, tylko
drzewa na grzbietach gór wyglądające jak idąca niespiesznie
karawana. Chcemy wysiadać co kilkaset metrów i pstrykać foty. Jestem
zauroczona widokami i nie wiem już na co patrzeć…
Ok., 12 dojeżdżamy do Sabana de la Mar. Tam w restauracji czekają na
nas napoje, wreszcie mogę napić się kawy takiej jak lubię tzn bez
cukru

, no i znowu mogę sobie zapalić. Po krótkim odpoczynku
wsiadamy do busika i ok. 20 min jedziemy w kierunku Parku. Dżisas co
za widoki po drodze – dech zapiera i mowę odbiera…
Dojeżdżamy nad „jakąś” wodę, przesiadamy się do bardzo fajnej
łódeczki i ….płyniemy kanałami wśród mangrowców. Aparaty rozgrzewają
się do czerwoności, bo te napowietrzne korzenie tworzą tak
niesamowite formacje, że chcę mieć jak najwięcej utrwalone na
zdjęciach. Za szybko jak dla mnie, łódka wypływa na zatoczkę i …
kolejne widoki ..ehhh, w dali widać szczyty gór, bliżej urwiska i
klify i cayos – małe wysepki, a nad głowami mnóstwo różnych ptaków.
Niestety nie jestem ornitologiem, więc nie wiem jakie to ptactwo,
zapewniam jednak, że nie są to wróble i wrony

. Gdzieś w środku
zatoczki wyłaniają się stare, zardzewiałe pale po przystani
hiszpańskiej bodajże z XVIIw, a na każdym z nich siedzi sobie np.
pelikan czy inny pierzasty i pozuje do zdjęć. To zamacha
skrzydełkiem, to wzbije się w powietrze, to się obróci by pokazać
profil…
Żyć nie umierać- atmosfera na łódce coraz luźniejsza – rum, cola,
piwo, świeże powietrze, widoki ..ehhhhhhhhh
Dopływamy do brzegu – wysiadamy i zwiedzamy jaskinię Indian Taino z
fajnymi rysuneczkami. Sama jaskinia też super! Dostrzegamy w
sklepieniu otwory a w nich ..nietoperki^^
Znowu wsiadamy do łódeczki, by po chwili zawitać do suuuuuuper
zatoczki. Widok jak z pocztówki bezludnych wysp, nie da się opisać,
trzeba zobaczyć i już! Po długiej sesji zdjęciowej ruszamy zwiedzić
kolejną jaskinię, bardzo ciekawą…. Z „oknami” na zatoczkę.
Obowiązkowo w każdym takim prześwicie – fotka. W tutejszej jaskini,
pod powałą siedzą sobie jaskółeczki z młodymi w gniazdach, znowu
ruszają flesze…. W jeziorku pływa sobie krab- też trzeba go
uwiecznić. Boszesz , jak tak dalej pójdzie, to kart z pamięcią
zabraknie

.
Niestety to co dobre szybko się kończy … wsiadamy do łódeczki i
wracamy na brzeg do busika. Przed 16 jesteśmy w restauracji, z
której wyruszaliśmy do Parku i podają nam wyśmienity obiad. Polecam
ryby – minutki!!!! Ponoć tylko tam można je zjeść – ależ są
mniamuśne…Zjadłam ich sporo, ale nadal odczuwam niedosyt. Oczywiście
pić można ile się chce!.
Ok. 16:45 ruszamy w drogę powrotną. Po drodze zatrzymujemy się u
zaprzyjaźnionej rodziny i patrzymy jak się przyrządza kawę – po czym
kosztujemy ją. Można też zobaczyć sobie całe domostwo, zrobić sobie
fotkę z osłem hihihihi. Zostawić tam 1$ to naprawdę pikuś,
oczywiście nikt nikogo nie zmusza do niczego. Tam też zrobiłam
zdjęcia przepięknych kwiatów- nie znam ich nazwy, ale wyglądają jak
czerwono- żółte wróbelki przyczepione parami do jednej gałązki …cudo!
Nasz kierowca- cudowny chłopaczek!!!, zerwał dla nas kakao,
przepołowił i … poczęstował tym co było w środku

. Pierwszy raz w
życiu widziałam surowe ziarna kakao. Chcieliśmy ananasa – kierowca,
myk myk i już mamy ananasy z drzewa w rękach. Limonkę? Ależ proszę
bardzo…
Czas leci nieubłaganie szybko…, wsiadamy do busika i jedziemy dalej.
Zatrzymujemy się w tym samym Parados co rano – możliwość
skorzystania z toalety… zapalenia sobie …wypicia czegoś….
Zatrzymujemy się także, przy wyeksploatowanych plantacjach palm, by
porobić fotki…
Około 21 : 15 dojeżdżamy do naszego hotelu – rozliczamy się z
Marcinem i już niecierpliwie czekamy na następną wycieczkę.
Ta wycieczka, może i jest trochę męcząca, bo dość dużo czasu spędza
się siedząc w busiku / to mnie najbardziej męczy/ – ale naprawdę
warto z niej skorzystać!!!!! Poza tym to co można zobaczyć powoduje,
że się nie myśli o jeździe niezbyt równą drogą^^.
Przy okazji pozdrawiam współuczestników wycieczki z Ambry i Grand
Palladium….
jeśli kogoś interesują inne wycieczki to opisałam je na forum
wakacje pod tym samym tytułem