Już dawno chciałam napisać z prośbą o radę, nie wiem, może to nie ma sensu, a
może ktoś pomoże mi znaleźć jakies rozwiązanie...Właściwie nie wiem, czy to
jest dobre forum na taki wątek, ale nie znalazłam nic bardziej na temat.
Jestem rozwiedziona, sama wychowuję syna(19) i córkę(17). Z córką mam bardzo
dobry kontakt, nie sprawia praktycznie zadnych problemów.Za to syn...
Pierwszy problem to nauka, aktualnie jest w 3 klasie LO, drugą powtarzał,
nadal nie chce mu się uczyć, w domu prakycznie nie uczy sie wcale, ale chodzi
do LO wieczorowego (zmienił jak miał powtarzać), więc wystarczyłoby żeby nie
wagarował i jakoś skończy na dopuszczajacych. O jego maturze nawet nie marzę,
choć jest inteligentny, co mówią mi nawet nauczyciele. Ma jednak "organiczny"
wstręt do nauki. Żeby było śmieszniej ja jestem nauczycielką. Ale to nie jest
największy problem.
Syn, mimo, że mógłby, nie garnie się do żadnej pracy, wraca ok.północy albo
później, potem odsypia pół dnia, nie pomaga w domu prawie w niczym, baaardzo
rzadko, jak wyraźnie go poproszę zrobi jakiś drobiazg, np. odkurzy swój
pokój, a i to nie zawsze...
Na jakiekolwiek próby "zdyscyplinowania " go reaguje agresją, słowną albo
fizyczną. Podbiera mi pieniadze, więc praktycznie cały czas porfel mam przy
sobie. Potrafi być strasznie wulgarny w stosunku do mnie i do siostry też.
Czasem zachowuje się tak, ze sie go po prostu boimy, jak jakiś psychopata

((
Zaczyna wynosić rzeczy z domu, zeby sprzedać, w ogóle przebywa w podejrzanym
towarzystwie, nie mogę go zostawić i wyjechać nawet na parę dni, bo sprowadza
kolegów, urządza pijatyki, nie liczą się żadne moje zakazy. A ja ciągle
walczę o niego, ale juz mam dość...Jedynie córka jest moją nadzieją i siłą,
ale ona też cierpi z jego powodu.
Moj były nie pomoże (mimo,ze płaci alimenty), bo syn go w ogóle nie szanuje,
zresztą obecnie nie utrzymują żadnego kontaktu. Wczesniej, kiedy go prosiłam
o interwencję, usłyszałam,ze mam to, co sobie wychowałam ( a jestesmy
rozwiedzeni dopiero od trzech lat). Ale były mąż nigdy nie realizował się w
roli ojca, dzieci go męczyły, wolał kolegów i wódkę.
Pewnie gdzieś popełniłam błąd, pewnie dużo spraw to uwarunkowanie genetycznie.
Teraz chciałabym tylko, żeby on się wyniósł i zaczął życie na własny rachunek
(ma 19 lat!!!), żebym nie musiała znosić jego pasożytnictwa. Ale on jest
zameldowany tu, gdzie ja i śmieje mi się w twarz mówiąc, że nie mogę nic
zrobić. Wiem, że mogę wezwać Policję jak jest agresywny, już nawet 2 razy
wzywałam, ale on natychmiast się uspokaja, ja wychodzę na jakąś histeryczkę i
tyle. Urządzili mu raz pogadankę na temat przemocy w rodzinie i nic poza tym.
Poradźcie, co zrobic? Wiem, ze już go nie zmienię, ale sama chciałabym w
końcu odetchnąć. Wyzwoliłam się od męża-alkoholika, a teraz....szkoda gadać

(
Piszę to i płaczę, bo dziś znowu była awantura

((