mankencja
15.11.05, 18:39
Jestem duża, jestem potworem. Mam duże stopy, potężne słupy nóg
podtrzymują korpus. Mam brzuch jak ocean budyniu, piersi jak napęczniałe
krowie wymiona. Czuję się ostentacyjnie cielesna, jak pokryta drobnymi
włoskami góra mięsa i tłuszczu w szkolnym mundurku. Wydaje mi się, że zawsze
pachnę – przynajmniej trochę – potem i wydzieliną z pochwy.
Normalne dziewczęta są inne – półprzezroczyste, eteryczne i
perfumowane. Nikt nie powiedziałby, że mogą mieć – na przykład – żołądek, że
muszą jeść, a co dopiero wydalać. Nie wyglądają na podporządkowane własnej
fizjologii. Przypominają mi wydymane przez wiatr firanki.
Czuje się im trochę obca, ale od nich prawdziwsza, bardziej
przypisana do miejsca i rzeczywistości, stała. Gdybym jakimś cudem została
jedną z nich, moje życie, albo przynajmniej określenie mnie, byłoby
łatwiejsze – stałabym się czymś bardziej jednoznacznym – radosną, piękną
młodością nastolatką, bezmyślną jak motyl.
Na pierwszy rzut oka one wszystkie są prawie identyczne,
promieniejące urokiem zbiorowym, takie, że chciałbyś złapać którąkolwiek w
złotą klatkę i zatrzymać tam na chwilę dla zabawy, a potem wypuścić. Nigdy
nie brać na serio.
Potem, po pewnym czasie, gdy poobcuje się z nimi, widzi się różnice.
Ten urok to wypadkowa uroczków mniejszych i większych. Najlepsza,
najpiękniejsza jest zawsze ta sama, ta jedna, której śmiech jest cichy i nie
odbija się – jak suma innych – echem w korytarzu, której krok to taniec trzy
centymetry nad posadzką, a włosy są złotą chmurą, lśniącym kłębem drucików
wokół twarzy. Ma oczy dziwnej, zielono – brązowej barwy i usta prawie tak
kształtne, jak dźwięki, które z nich wydobywa – miękkie i przymilne niczym
mruczenie kota. Jest płocha – trochę jak one wszystkie, ale jednak inaczej –
bardziej napięta, jakby skupiała się cały czas na utrzymaniu dystansu,
usiłowała nie dać się schwytać. Chciałabym się do niej zbliżyć, ale chyba by
uciekła. Zapytałabym o tyle rzeczy, którymi mnie zadziwia. Na przykład – jak
udaje jej się utrzymać to ciężkie imię, to poważne nazwisko i czy to w ogóle
jest możliwe, żeby ktoś taki mógł nazywać się Eugenja – Poss Eugenja i
jeszcze zapisywać to tak, jakby pierwszy raz trzymał pióro w ręce, jakby był
mną – potworem, czymś nieforemnym, zbyt zwalistym, niezgrabnym.
To dziwne, lecz moje pismo jest drobne i staranne, jakby należące do
innej osoby – tak samo oceny w dzienniku – głównie piątki. Wydaje mi się
czasem, że sobie na nie nie zasłużyłam, że to wszystko dzieje się przez
pomyłkę, bo ja przecież w ogóle nie powinnam była się tu znaleźć, a jeśli
nawet, to zniknąć stąd jak najprędzej. Nie szpecić sal, nie szpecić
korytarzy, nie wyróżniać się – tak negatywnie – na tle tłumu. Żeńskie
gimnazjum nie jest stworzonym dla mnie miejscem; paradoksalnie jednak stanowi
mój teren.
Eugenja także uczy się dobrze. Problemy ma tylko z francuskim. Ja
jestem w tym niezła, wiem, że mogłabym jej pomóc, nie zdobywam się jednak
nigdy na odwagę, by wysunąć taką propozycję. Zastanawiam się czasem, co
bardziej by mnie przeraziło – odmowa, czy akceptacja, które z jej chłodnych
spojrzeń szybciej zmieniłoby mnie w bryłę lodu. Korci mnie, aby to sprawdzić,
ale nie czuję się zdolna. Chyba bym umarła, z radości, albo ze wstydu. Jestem
tchórzem, mam tego pełną świadomość.
Chociaż czasem, gdy nauczycielka męczy ją pytaniami już chyba w
nieskończoność, starannie wymawiając każde słowo, mierząc ją wzrokiem coraz
mniej przyjaznym, sprawiając, że jej spojrzenie staje się rozbiegane, a ręce
drżące, mam ochotę wyrwać się i zrobić cokolwiek – zabronić, zakrzyczeć,
uratować Eugenję.