Taki mam problem z moją szefową (i moi współpracownicy też, ale mnie chyba najbardziej to irytuje) : otóż nie umie ona zupełnie słuchać, skupić się na tym, co się do niej mówi. W dodatku – to ona sama pyta ! Prawie codziennie przychodzi rano do naszego pokoju i pyta każdego z nas o bieżące sprawy (co kto robi aktualnie, na jakim jest etapie, czy ma jakieś problemy i co z nimi robi) – przy czym gdy tylko zacznie się referować, ona odwraca się i zaczyna mówić co innego do kogoś innego. A pytana osoba zostaje z otwartą buzią i w zawieszeniu – mówić dalej, czy nie mówić ?
Nie wiem jak skłonić ją do wysłuchania do końca odpowiedzi na jej pytanie, zwłaszcza w sytuacji, gdy faktycznie ma się do przekazania cos istotnego. W dodatku jest to osoba dość specyficzna, bardzo „usztywniona”, wrażliwa na swoim punkcie i z zerowym poczuciem humoru, łatwo się obrażająca i ze skłonnością do nadinterpretacji czyichś słów czy zachowań (zawsze negatywnie).
Oczywiście mając cos rzeczywiście pilnego i ważnego do przekazania można pójść do niej specjalnie (choć często wtedy wymawia się brakiem czasu), ale po co w takim razie te cykliczne przesłuchania – jak dla mnie są tylko powodem irytacji, bo doprawdy głupio się czuję, gdy zaczynam cos mówić, po czym okazuje się, że mówię w pustkę