Jakiś czas temu reklamowałam rzecz zakupioną w pewnej sieciówce. Reklamacja została przyjęta profesjonalnie, bez piętrzenia trudności i szukania dziury w całym. Zapewniono mnie też, że po ustawowych 14 dniach otrzymam info telefonicznie, czy moja reklamacja została uznana.
Minęło nieco ponad dwa tygodnie, sklep milczał, a że akurat byłam w okolicy, zajrzałam tam, żeby dowiedzieć się, co i jak. Okazało się, że reklamacja została uznana i po odbyciu wszystkich biurokratycznych formalności pani zza lady zwróciła mi gotówkę - sprawnie, bezproblemowo... i z pełną obojętnością, jakby mi bilet na tramwaj sprzedawała. W mojej naiwności wydawało mi się, że jakieś "przepraszam" usłyszę, albo coś. Tymczasem odniosłam wrażenie, że się mnie niejako zbywa - masz, kobito, swoją kasę i nie zawracaj nam już głowy, bo nie generujesz dochodu, tylko straty.
Zastanawiam się, czy był to jednorazowy taki przypadek, czy też rzeczywiście personel w sklepach szkoli się teraz głównie pod kątem obsługi "klientów, którzy nabywają (oby jak najwięcej)", zapominając o "klientach, którzy reklamują". Wystarczyłoby jedno proste "Przepraszamy, mamy nadzieję, że jednak będzie pani odwiedzać nasz sklep, niedługo wejdzie nowa kolekcja." i jakoś bardziej miałabym ochotę tam wracać. A tak to mi się nie chce.
PS. Pomijam kwestię braku obiecanej informacji telefonicznej. Może zarobieni byli i zapomnieli...