12.05.05, 13:49
wszyscy jesteśmy tacy zapracowani... "kariera naukowa", dydaktyka, pisanie
pracy...a co z życiem osobistym? mam pytanko: jacy są wasi współmałżonkowie
czy narzeczeni? akceptują to co robicie? ja przez 7 lat spotykałam się z
facetem który twierdził, że wszystko akceptuje a na koniec powiedział, że
przytłaczałam go swoimi ambicjami... czy to moja wina, że nawet magistra nie
chciało mu się zrobić?
Obserwuj wątek
    • p.d.james Re: związki 12.05.05, 14:41
      Witaj,
      Nie, zdecydowanie nie Twoja ;-)
      U mnie wyglądało to podobnie, a brzmiało mniej więcej tak: " No i co ja będę
      mógł odpowiedzieć dziecku, kiedy zapyta dlaczego mamusia jest dr a tatuś ma
      tylko magistra ?"
      Okazało sie, że nie będzie musiał odpowiadać na tak kłopotliwe pytania, bo
      mamusia in spe miała w końcu dośc tych uwag ( które pojawiały się coraz
      częściej). Co prawda ostateczne rozwiązanie było dość kłopotliwe i mało
      przyjemne dla obu stron ale było warto uwolnić się w końcu od wyrzutów
      sumienia, że ja w archiwum, na stypendium, w bibliotece, na kwerendzie a on
      samiutenki..... na imprezie o której nic nie wiedziałam, bo uznał, że i tak
      będę zajęta ;-)
      A tak naprawdę to problem nie leży w tzw. "karierze naukowej" tylko w tym, że
      albo się akceptuje człowieka z całym "dobrodziejstwem inwentarza" albo nie.
      Moje kochanie samo robi doktorat z tym że w zupełnie innej dzedzinie i nie dość
      że interesuje sie co też tam nowego znalazłam w swoich papiórach to jeszcze
      kiedy jadę na konferencje potrafi wysłąć mi sms ze słowami otuchy i życzeniami
      powodzenia o 5.05 rano choć o tej porze normalnie nie można Go wyrwać ze snu w
      absolutnie żaden sposób.
      Znam też przypadek studenckiego małżeństwa, które rozpadło sie na etapie
      doktoratu, bo jedno uważało, że jego praca jest lepsza niż drugiego i vice
      versa i innej pary, gdzie On przez rok bez słowa sprzeciwu bawił sie w Stanach
      w nianię i gosposię ( dwoje dzieci), żeby żona mogła wykorzystać na maxa
      wyjazd. Co więcej najwyraźniej nie czuł z tego powodu nadmiernego dyskomfortu.
      Po prostu nezależnie od tego co się robi trzeba trafić na odpowiedniego
      człowieka. Ja miałam szczęście i trafiłam.Też Ci się uda ;-)))))
      • rilian już był taki wątek... 12.05.05, 14:58
        ...ale odświeżenie w postaci odmienionej może się przydać, szczególnie dla
        nowych twarzy i nicków naszego forum...

        nie mogę pisać, bo muszę: pozmywać, poskładać sterty ciuchów z łóżka, poukładać
        książki na biurku, otworzyć jak najwięcej okien, moja druga połówka zaraz
        przyjdzie z pracy i zasiądzie do własnej pracy (jeszcze jednej magisterskiej)...
    • kassia26 Re: związki 12.05.05, 15:21
      Ano takie życie:) raz jest się do kogo przytulić a za chwilę już nie ma:) Ale
      po tym wszystkim chyba nie mam chwilowo ochoty na nowy związek... Także
      pozostała mi praca... może to i dobrze... ponadrabiam zaległości:)
        • kassia26 Re: związki 12.05.05, 16:47
          Na początku było ciężko, jakoś nie mogłam dojść do siebie, zwłaszcza, że
          rozstanie przyszło bardzo szybko i nieoczekiwanie, no i w bardzo trudnym dla
          mnie momencie bo dokladnie w rok po zaręczynach i po... śmierci mojej mamy...
          Ale po jakimś czasie (to już 5 miesięcy?wow), doszłam do siebie i muszę
          powiedzieć, że jest całkiem dobrze:) Mam masę wolnego czasu na to co lubię,
          czyli mogę czytać do 3 nad ranem, chodzić na piwo ze znajomymi, siedzieć w
          pracy do późna i nikt mi nie marudzi, że pół życia spędzam na uczelni... Tylko
          boję się tego momentu gdy już "się wyszaleję" i ta wolność zacznie mi
          przeszkadzać... Wbrew pozorom ja też potrzebuję kogoś kto mnie przytuli i
          przyniesie syropek jak będę miała kaszel... no właśnie teraz mam i nie ma mi
          kto przynieść:)
          • skrzydlaczek Re: związki 12.05.05, 20:38
            Wirtualny syropek przynosze :).
            Moj malzonek jest aniolem z jednym skrzydelkiem, co kakofonia moze potwierdzic.
            Ale jak wyjezdza, to czasu rzeczywiscie jest wiecej i lepiej go jakos
            wykorzystuje. Malzenstwo mnie uziemia???
          • krysiulka Re: związki 13.05.05, 00:37
            Zachęcam Cię do rzucenia okiem na mój stary wątek, tam jest wiele ciekawych
            mysli Forumowiczów:

            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16566&w=17814473&a=17814473
            Ja sie wygrzebałam z rozpaczy, spotkałam kogoś wspaniałego i wszystko się
            poukładało. Tak, jak mówił Rilian i inni....

            Pozdrawiam Cie serdecznie

            Krysia
    • kassia26 Re: związki 13.05.05, 11:20
      dziękuję bardzo za syropek, wirtualnie pomaga:) Mam nadzieję, że ja kiedyś też
      powiem, że spotkałam kogoś wartościowego i jestem szczęśliwa:) Ale ja wierzę w
      przeznaczenie co ma być to będzie... Ale dzięki za miłe słowo:)
      • mikiel79 Re: związki 13.05.05, 14:44
        To co napisałaś wczoraj chyba potwierdza fakt ze kobiety lepiej znasza życiowe
        zawirowania... i jakoś nie wpływa to bardzo na życie zawodowe np. na doktorat,
        ja np. nie mogę się podnieść po rozpadzie ostatniego związku i jestem w szoku ze
        tak bardzo to wpływa na to co robię...
        • 22pagoda Re: związki 16.05.05, 12:06
          "kobiety lepiej znosza zyciowe zawirowania"
          mikiel nie zgadzam sie, mnie problemy osobiste dostatecznie mocno opoznily
          rozkrecenie pracy naukowej,
          i mam podobny syndrom jak kasiulka w stylu pralki ktorej nie ma,,,
          to czego nie lubie najbardziej to jakis terminow konferencyjnych, tlumaczen w
          ktore sama sie wrabiam a potem nie mam czasu na najwazniejsze.

          dolewam sie do syropku, bedzie lepiej, teraz naprawde warto skupic sie na pracy
          naukowej, i wykorzystac ten czas.
          mielgo dnia

    • kassia26 Re: związki 15.05.05, 14:38
      To chyba nie zależy od tego czy jest się kobietą czy mężczyzną tylko od siły
      charakteru. Generalnie kobiety chyba jednak bardziej cierpią, chociaż zgadzam
      się z Tobą, że są silniejsze psychicznie, a może nawet czasami i fizycznie:)
      Nie wiem jak inne dziewczyny ale ja oddzielam sprawy osobiste od tzw.
      zawodowych i nie przynoszę do pracy swoich problemów, wtedy faktycznie chyba
      nic bym nie zrobiła... a już nawet nie chcę myśleć o moich biednych studentach
      płci męskiej... pewnie zemsta byłaby słodka:)
      • mikiel79 Re: związki 15.05.05, 18:09
        hm... racja, racja nie mozna sie mscic. chodziło mi o to, ze wydawało mi sie ze
        ja nie przenosiłem swoich osobistych problemów do pracy, ale po pewnym czasie
        same wypłyneły... czasem tez mysle ze moze problem lezy gdzie indziej... mój
        kolega z doktoratu twierdzi ze takie problemy (konkretnie zanik checi do pracy,
        poczucie bezsensu własnej pracy czy chec zrezygnowania i zajecia sie czyms
        innym) jest charakterystyczna dla półmetku pracy nad doktoratem... (uprosciłem
        oczywiscie jego dywagacje) czy to prawda?....pozdrawiam:)
    • kassia26 Re: związki 16.05.05, 10:45
      Takie załamanie i ogólna niechęć to normalne, zawsze znajdzie się jakiś
      problem... ja np. aktualnie nie mam pralki i tym sobie tłumaczę moją niechęć do
      napisania publikacji... termin był do wczoraj a ja w polu... także zabieram się
      do pisania, ale ta pralka...:)
        • kassia26 Re: związki 17.05.05, 09:02
          Jak się tak pogada o swoich problemach, nawet tak wirtualnie to świat wydaje
          się piękniejszy:) Inni mają gorzej, więc cieszmy się tym co mamy:)Ja mam wyjazd
          w teren po materiały do analizy, a tu leje... i wcale nie ma zamiaru przestać,
          no i to wczorajsze spotkanie ze znajomymi... tylko 4 godziny snu... trzecia
          kawa nie pomaga:)
    • pseudodoktorant Re: związki 18.05.05, 03:10
      Przyznaję się bez bicia, że jestem sam jak palec i mi z tym dobrze. Jestem
      wolnym człowiekiem, a wolność ta objawia się np. jako możliwość niczym
      nieskrępowanego siedzenia w internecie o 3-ciej w nocy;) Nikt mi nie brzęczy
      nad uchem, robię, co chcę i kiedy chcę. Zarabiam na własne przyjemności, nikt
      mnie nie ogranicza w realizowaniu moich pasji. A przede wszystkim... nie żyję w
      stresie, że jak nie zrobię doktoratu, to co powiedzą jacyś pieprzeni teściowie
      itp.
    • maraba głowa do góry 18.05.05, 06:31
      Moim zdaniem związek pomaga. Ja z żoną wspólnie rozpoczynaliśmy studia choć na
      różnych kierunkach. Byliśmy na trzecim roku studiów jak zdecydowaliśmy się na
      ślub. To była dobra decyzja. Byliśmy razem, a za cel założyliśmy sobie
      ukończenie studiów. Ponieważ nie samą miłością człowiek żyje, znalzłem pracę -
      studiowałem wieczorowo, więc nie było problemu z godzinami zajęć, a jeżeli już,
      to jakoś pracodawcy szli mi na rękę. W tym roku minie 5 rocznica naszego ślubu.
      We wrześniu urodzi się nam pierwszy dzidziuś. Żona teraz kończy studia
      magisterskie, ja rozpocząłem pracę nad otwarciem doktoratu z wolnej stopy. Może
      nie dorobiliśmy się wielu wspaniałych rzeczy w ciągu tych lat, ale mamy
      nadzieję, że inwestując w wykształcenie będziemy mogli zapewnić naszym dzieciom
      normalne warynki życiowe. W naszym otoczeniu wydajemy się być jak z innej
      planety. Znajomi wychodzą z założenia, że człowiek chyba jest głupi skoro się
      tak długo uczy. Staramy sie nie zwracać uwagi na takie opinie. Zresztą zawsze
      uchodziliśmy za "innych" . W przyszłym roku planujemy rozpocząć budowę naszego
      domku. Mamy już zezwolenie na budowę. To ogromna inwestycja. Mam nadzieję, że
      uda nam się połączyć wzsystkie obowiązki, bez szkody dla którejś z nich. Wierzę
      i ufam Temu, który nas stworzył. Wiara naprawdę czyni cuda.
      Pozdrawiam i życzę powodzenia. Głowa do góry.
      • kassia26 Re: głowa do góry 18.05.05, 10:11
        Zawsze są jakieś za i przeciw, myślę że jeśli partner ma zdrowe podejście do
        życia i potrafi wspierać, a nie tylko egoistycznie myśleć o sobie to taki
        związek naprawdę uskrzydla. Chociaż z drugiej strony ja też cenię sobie
        wolność, mogę teraz siedzieć przed telewizorem albo z dobrą książką do białego
        rana i nikt się na mnie nie denerwuje. Martwię się tylko o to, że kiedyś mi się
        znudzi... i zacznie mi brakować tego marudzenia:) Dzisiaj dla odmiany cały
        dzień w laboratorium, a potem zajęcia ze marudzącymi studentami do 20-tej:)
    • pseudodoktorant Jeszcze jeden aspekt niebycia singlem 18.05.05, 16:09
      Panienka (nawet nie żona) mogłaby stanowić silny czynnik demotywujący
      nieokazując zrozumienia dla naszej pasji. Na pewno deprymujące byłoby
      wysłuchiwanie co jakiś czas aluzji, że czas poświęcany na naukę można by
      wykorzystać na trzepanie kasy albo bardzo ambitną rozrywkę typu włóczenie się
      po centrach handlowych czy gnicie w knajpach dla snobów. Człowiek chciałby żyć
      wedle własnych zasad, a tu żoneczka dawałaby za przykład jakiegoś Artura (z
      całym szacunkiem dla nosicieli tego imienia), co to ma taki a taki samochód i
      buduje się nad jeziorem.
      • biatka1 Re: Jeszcze jeden aspekt niebycia singlem 18.05.05, 16:59
        Korci mnie jedno pytanko... a mianowicie - ktora wiosenka Ci w tym roku leci?;)
        Co do opinii o singlach i nie singlach - to zawsze sa jakies wady i zalety po
        obu stronach - wazne jest, komu co odpowiada i tyle. Dla jednego cos jest wada
        a dla drugiego wlasnie zaleta:)
        W kazdym momencie w zyciu trzeba sie umiec odnalezc...
        Ja osobicie jestem za nie signlem;) Bo uwielbiam chowac sie po calym dniu w
        ukochane ramiona... To jak inny swiat. Jest cieplo i bezpiecznie. Jest cudownie
        jak slysze oddech ukochanej osoby, bicie serca, szczegolnie jak spi wtulony...
        To laduje akumulatory na kolejny dzien, daje sily.
        Wazne jest, aby sie dwoje ludzi nawzajem nie ograniczalo za bardzo i mialo tez
        wolnosci troche dla siebie, ale w tym wszystkim wanze jest zaufanie i szacunek
        dla tej drugiej osoby i tego co robi. No i wzajemna pomoc. Dawanie i branie.
        Ach!
        Pozdrawiam
        B
        • pseudodoktorant Re: Jeszcze jeden aspekt niebycia singlem 18.05.05, 18:30
          biatka1 napisała:
          > Korci mnie jedno pytanko... a mianowicie - ktora wiosenka Ci w tym roku
          leci?;)

          Niedługo kończę 27 lat.

          > Co do opinii o singlach i nie singlach - to zawsze sa jakies wady i zalety po
          > obu stronach - wazne jest, komu co odpowiada i tyle. Dla jednego cos jest
          wada
          > a dla drugiego wlasnie zaleta:)

          Widzisz, to chyba jest tak, że każdy ma po prostu jakieś tam priorytety w
          życiu. Najważniejsze jest moim zdaniem umieć uszanować czyjeś odmienne zdanie i
          nie usiłować narzucać swoich poglądów. A to, że każdy kij ma dwa końce, jest
          prawdą niekwestionowaną.

          > jak slysze oddech ukochanej osoby, bicie serca, szczegolnie jak spi
          wtulony...
          > To laduje akumulatory na kolejny dzien, daje sily.

          A ja "ładuję akumulatory" w inny sposób, np. oddając się moim pasjom.
          • kassia26 Re: Jeszcze jeden aspekt niebycia singlem 18.05.05, 19:34
            Ale dlaczego zakładasz, że każda ewentualna partnerka będzie pustą laską?
            Przecież są też wartościowe dziewczyny, które też mają swoje życie,
            zainteresowania i pasje, może nawet takie jak Twoje? Nie chciałbyś dzielić
            wszystkiego co wspaniałe w Twoim życiu z ukochaną osobą?
          • biatka1 Re: Jeszcze jeden aspekt niebycia singlem 18.05.05, 20:27
            pseudodoktorant napisał:

            > Niedługo kończę 27 lat.

            No to wszystko jeszcze przed Toba:) Jak najbardziej mozesz cieszych
            sie "singlowaniem":)
            >


            > Widzisz, to chyba jest tak, że każdy ma po prostu jakieś tam priorytety w
            > życiu. Najważniejsze jest moim zdaniem umieć uszanować czyjeś odmienne zdanie
            i
            >
            > nie usiłować narzucać swoich poglądów.

            Calkowicie sie z Toba zgadzam. Wzajemne zrozumienie i szacunek - to podstawa
            udanego wlasnie zwiazku. I chyba wiekszosc sie z tym zgodzi?:)

            >A to, że każdy kij ma dwa końce, jest
            > prawdą niekwestionowaną.

            Ano ma, ma... Ale inaczej bylby nudno... ;)

            > A ja "ładuję akumulatory" w inny sposób, np. oddając się moim pasjom.

            Pasja to jedno... a cieplo drugiej osoby... to jeszcze co innego. Z pasji nie
            wolno rezygnowac, bo to zabije kazdy zwiazek chyba - jezeli ta druga osoba
            musialaby zrezygnowac ze swoich pasji, tylko przez jakies totalne
            niezrozumienie drugiej strony. Oznacza to, ze wtedy nie sa dla siebie te osoby
            stworzone:) Najlepiej miec te same pasje - to juz w ogole mniam!
        • loorien Re: Jeszcze jeden aspekt niebycia singlem 19.05.05, 23:36
          Bardzo ładnie powiedziane;) Nie ma nic wspanialszego niż bycie z drugim bliskim
          człowiekiem. Może nie zawsze zrozumie nasze problemy ani nie jest w stanie
          pomóc czy nawet doradzić, ale nie zamieniłabym się juz w życiu na singielstwo.
          Poza tym niestety zwłaszcza u singli naukowców dochodzi do szybkiego
          zdziwaczenia. Nawet u siebie po krótkim czasie mieszkania samej zauważam pewne
          objawy;)
      • skrzydlaczek Re: Jeszcze jeden aspekt niebycia singlem 18.05.05, 18:02
        Jakbym miala taka panienke, to tez bym byla za singlowaniem :))
        Moj szanowny malzonek w zyciu mi nie powie (niechby sprobowal! :), ze powinnam
        zajac sie robieniem kasy. Jest ze mnie okropnie dumny, bardziej niz ja sama, co
        mi pomaga bardzo, wierzy we mnie i pomaga, jak moze. W zamian ma obiady :)).
        Ale czasu troche na zwiazek trzeba poswiecic niewatpliwie i jakos dopasowac do
        siebie tryb zycia codziennego, co niestety w moim przypadku oznacza nieudane
        proby zmiany sowy w skowronka :(.
      • mikiel79 Re: Jeszcze jeden aspekt niebycia singlem 19.05.05, 16:28
        hm... oczywiscie, ale dla czego od razu zakladac ze bedzie sie z kims kto całkowicie nie pasuje i odstaje? moze trzeba znaleźc kogos podobnego, króty podzilił lub chocby zrozumiał nasze pasje? ale chyba zycie nie polega na robieniu doktoratu czy "kariery"...??
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka