Natchnął mnie wątek Minnie i jej wspomnienie o niedoszłym tańcu z kolegą ...
Nie zrozumcie mnie źle, ale ja na serio nie pojmuję takiego podejścia - z jednej strony ktoś jest za równouprawnieniem, ale z drugiej oczekuje, że kobiety bedą inaczej jednak traktowane w danej sytuacji, niż panowie. Dla mnie to rodzaj "schizofrenii" - chcę być traktowana, jak mężczyzna, ale ...nie chcę.
Wg mnie nie mozna zjeśc ciastka i miec ciastka.
Nie mam nic przeciwko temu, żeby przyjęło się, iz panie proszą panów do tańca, nie w specjalnej sytuacji, ale normalnie. Jednak skoro ma być równouprawnienie, to prawdziwe: pani może pana poprosić, a pan moze odmówić - dokładnie TAK samo, jak odwrotnie

Analogicznie: pani moze panu zaproponować randkę, a pan moze odmówić - dokładnie tak samo, jak pani moze odmówić panu - bez koniecznie ozdobników o tym, ze sie czuje wyróznionym, czy zaszczyconym "Dziękuję, mam inne plany" np.
Zastanawia mnie jak logicznie takie osoby godzą oczekiwanie, że będą mieć takie same prawa w imię równouprawnienia, ale nie chcą przyjąc do wiadomości równych konsekwencji

A z punktu widzenia SV zastanawia mnie czy tak jest kulturalnie - oczekiwać, że mogę sie zachować tak samo, jak ktoś innej płci, ale nie godzę się na ponoszenie takich samych konsekwencji danego zachowania?
Jak Wy sprawę widzicie?