Gość: dziadek
IP: *.gdynia.mm.pl
30.01.14, 12:51
~40 lat, ukończona telekomunikacja na WAT pod koniec lat 90-tych, 4 języki (2 biegle i 2 komunikatywnie), doświadczenie w topowych firmach (różne branże i stanowiska).
Aktualnie prawie 6 lat w jednym miejscu więc rozglądam się za czymś nowym.
I totalna lipa. Te 6 lat temu nie było łatwo, ale teraz to już k... jakieś dno.
Dziesiątki testów technicznych, językowych, osobowościowych by na końcu dowiedzieć się, że walczyłem o kontrakt (elegancka nazwa umowy o współpracę) z miesięczną fakturą na 4 tys.
I te wszechobecne kretynki ery fejsbuka z różnej maści "agencji", które próbują rekrutować inżynierów.
Uznałem więc, że szkoda czasu/kasy na takie akcje i od razu podczas pierwszego kontaktu telefonicznego pytam o warunki zatrudnienia i wynagrodzenie.
Czy ja mam taki niefart, czy faktycznie jest aż tak słabo?
5500 na łapkę uważam za rozsądne wynagrodzenie na stanowisku inżynierskim średniego szczebla i to jest minimum poniżej którego nie schodzę. 7500 to suma, którą w obecnej sytuacji gospodarczej uważam za bardzo przyzwoite wynagrodzenie. Nie mówię tu o kilkunastu tysiącach, jakie zarabiałem w najlepszych czasach. Mam świadomość, że to już było i nie wróci więcej...
Poszukiwania dotyczą Trójmiasta. W Wawie może coś po znajomości by się znalazło, ale jak mam prowadzić drugie gospodarstwo domowe, to wolę już za granicą. Gdzieś, gdzie mi się podoba.
Czy jedynym wyjściem jest opuszczenie tego zadupia, któremu kiedyś służyłem?
Nie chcę tego robić, ale powoli faja mi mięknie i chyba na tym się to zakończy. Bo kopać się z systemem nie mam zamiaru.