arusa
26.01.05, 15:54
Zima nadeszła niespodziewanie, ośnieżyła świat, dzieci mogły wziąć sanki i
ruszyć w biały puch. Lecz ta pogoda oznaczała także powolną jazdę po śliskich
drogach, więc autokar Stowarzyszenia Irackich Demokratów w Polsce, który
jechał po nas z Krakowa do Warszawę dotarł z opóźnieniem z powodu śliskich
dróg. Wyjechaliśmy ze stolicy ok. godz. 23:00, przed nami 12 godzin drogi do
Berlina. Ale ta długa droga, dla nas nie straszna – przecież jedziemy
zarejestrować się w pierwszych, demokratycznych wyborach irackich.
Na granicy mieliśmy niemiłą niespodziankę. Odprawa naszego autokaru trwała
godzinę - pomimo listów polecających z Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz
Ambasady Iraku w Polsce. Było nas 25 osób. Dwudziestu Irakijczyków z
obywatelstwem polskim i pięciu Kurdów - stypendystów na Uniwersytecie
Jagiellońskim. My Polacy powinniśmy w zasadzie pomachać tylko dowodem
osobistym, ale także nas dokładnie sprawdzano! Komendant straży granicznej po
całym tym zdarzeniu bardzo nas przepraszał i obiecał, że wysłał już skargę na
kontrolującego nas pracownika.
Byliśmy już w Niemczech, a do Berlina droga była już krótka. Ktoś może się
zapytać, dlaczego skoro w Polsce jest Ambasada Iraku, czemu jedziemy do
placówki w Berlinie. Na całym świecie wyznaczono tylko xxx lokali wyborczych,
a najbliższy z nich znajduje się właśnie w Berlinie.
Ok. godz. 11:00 dotarliśmy do lokalu wyborczego i zastaliśmy tam ciągnąca się
kilometrami kolejkę. Najbardziej rzucali się w oczy Kurdowie, którzy śpiewali
narodowe pieśni, a ich flagi powiewały na wietrze. Ludzie z nadjeżdżających
autobusów machali do stojących już w kolejce, a kobiety wydawały okrzyki radości.
Do punktu rejestracji wchodziliśmy po kilka osób naraz. Ze względów
bezpieczeństwa prześwietlano nam torby i ubrania. Ochroniarze niemieccy byli
bardzo mili, ale niestety nie znali żadnego języka poza niemieckim. Telefony
komórkowe i aparaty fotograficzne zostawały w specjalnych schowkach,
dostawaliśmy „ausweiss” z numerkiem torebki z naszymi rzeczami. Dalej w
pomieszczeniach znajdowali się Irakijczycy z komisji rejestrującej. Ja
trafiłam na Irakijczyka, który mieszka w Niemczech, ale ma żonę... Polkę ;-)
Więc miałam szczęście i część rejestracji do irackich wyborów toczyła się w
moim ojczystym języku.
Dostałam szereg ulotek i informacji nt. wyborów (info dostępne także na
stronie www.iraqocv.org) Gdy wyszłam z lokalu, kolejka nie miała końca -
nadjeżdżały kolejne autokary, ludzie gromadzili się przed lokalem.
Okrzyki, pieśni, powitania, flagi, plakaty wyborcze- aż czuło się duch
jedności Irakijczyków. Na górze wielki napis: „Przyszłość Iraku zależy od
głosu - od Twojego głosu!” Dlatego też nie wahałam się odbyć podróż do
Berlina, by zarejestrować się w wyborach, a za kilka dni pojadę ponownie, by
oddać głos, mój głos dla Iraku.