Dodaj do ulubionych

KINGA zachorowala w Afryce, pomozcie !!!!

05.06.06, 15:30
Ponieważ sama jestem zapalonym podroznikiem, to poruszyła mnie ta sprawa do
głębi. Poniżej wklejam treść maila, który otrzymałam.

- - - - -
Obserwuj wątek
    • tetys Re: KINGA zachorowala w Afryce, pomozcie !!!! 05.06.06, 15:32
      Martwię się o Kingę, bo trzymam za nią kciuki od początku jej podróży przez
      Afrykę, ale wiem, ze jest silna, i wszystko będzie ok. Czego jej życzę!
      • gajasirocco Re: KINGA zachorowala w Afryce, pomozcie !!!! 05.06.06, 15:35
        Już od rana wysyłam maile Chopina w jej sprawie!
    • chiara76 Re: KINGA zachorowala w Afryce, pomozcie !!!! 05.06.06, 15:58
      Kreolo, wysłałam Ci email w tej sprawie.
      • kreola Chiaro, dziekuje !!! 05.06.06, 21:30
        Wrzucilam wlasnie watek na japonskim forum, moze i tam ktos pomoze...
    • clavdia Re: KINGA zachorowala w Afryce, pomozcie !!!! 06.06.06, 11:50
      Wspieram Kingę i jej przyjaciół - jak mogę i jak potrafię.
      • zaffaran Re: KINGA zachorowala w Afryce, pomozcie !!!! 10.06.06, 06:52
        Kinga wczoraj zmarla.['] ['] [']
        • clavdia Re: KINGA zachorowala w Afryce, pomozcie !!!! 10.06.06, 11:27

          ['] ['] [']
          • beduinka ['] ['] ['] 10.06.06, 12:04
            ['] ['] [']
            • amira_eg Re: ['] ['] ['] 10.06.06, 12:08
              ['] ['] [']
              • hela1 Re: ['] ['] ['] nt 11.06.06, 21:11
                • chaladia Re: ['] ['] ['] nt 11.06.06, 23:43
                  Straszne...
                  ['][']['][']
                  • zaffaran Re: ['] ['] ['] nt 11.06.06, 23:44
                    www.kingafreespirit.pl/kingapl/
        • elapietrusiak jakie to niebezpieczne! 10.12.06, 02:49
          pamiętajcie o szczepieniach!!


          i uwazajcie na siebie, podróżnycy!!


          a dla Kingi [']...
          • beduinka Re: jakie to niebezpieczne! 10.12.06, 12:33
            elapietrusiak napisała:

            > pamiętajcie o szczepieniach!!
            >
            wydaje mi się, że przeciwko malarii nie można się zaszczepić. można jedynie
            profilkatycznie brać chininę
            • yallamark Re: jakie to niebezpieczne! 28.12.06, 00:35
              można brać "prochy" . lariam + kilka innych, sa objawy uboczne, ale albo
              potencjalna malaria, albo róznego typu "schizy", inne dolegliwosci, lub w ogóle
              bez żadnych objawów ubocznych- zalezy od organizmu. Nie to ze znam się na tym,
              ale drąże te tematy od jakiegos czasu - cel- afryka północ-południe. Jesli ktos
              już o tym pisał, sorki- nie czytałem mcałego watku, jeszcze walczę z bambetlami
              po powrocie z Egiptu i z choroba- straszliwe zimno na północy Egiptu- 2 tyg w
              Egipcie i teraz dalej walcze z choroba na antybiotykach ;(. Ale i tak było
              super ! wiekszość czasu co prawda w Kairze- to miasto cos w sobie ma , i stare
              szlaki typu ElAlamein, Matruh itd, na "nowosci" nie miałem siły -gorączka i
              zimno zdecydowanie w tym przeszkodzily, ale wszystko przed nami ...........;)
              • yallamark Re: jakie to niebezpieczne! 28.12.06, 00:43
                aaaaaaaaaa, i jeszcze dodam, o ile zawsze jeździłem na "wariata", kilka tego
                typu historii+ rozwalona noga w Gizie, przekonały mnie ,że ubezpieczenie
                najczesciej jest bez sensu- wtedy kiedy się nie przydaje. Ale w przypadku gdy
                go nie mam - wtedy zazwyczaj dzieja sie tego typu historie. A kwota w stosunku
                do całości nieduza- 10-15 zł za tydzień, z małym ubezpieczeniem bagażu (150E
                np.)- bo co tam własciwie mamy ? ;) +koszty leczenia -ok 2500 E wystarczy
                chyba, przynajmniej na coś mało problemowego wymagajacego kilku dni w szpitalu
                (teraz myślałem ,ze własnie tam skończę ) + koszty poszukiwania ok2500E - to
                jest dodatek za free, nie zmienia kosztu ubezpieczenia, natomiast zawsze i
                każdemu, bez wzgledu na doswiadczenie moze sie kiedyś przydać, im wiecej się
                jeździ , tym bardziej człowiek zdaje sobie sprawe jak mało wie i co moze się
                zdarzyc .............a zdarzyc może się niestety wszystko
                • tetys Re: jakie to niebezpieczne! 28.12.06, 11:14
                  Lariam powoduje straszne skutki uboczne(nie u wszystkich), jeszcze jest
                  malarone, ale z tego co wiem, to najskuteczniejsze i najtańsze są leki kupywane
                  na miejscu, w zwykłej aptece.
                  Pzdr.
                  • yallamark Re: jakie to niebezpieczne! 28.12.06, 23:21
                    > Lariam powoduje straszne skutki uboczne(nie u wszystkich),
                    pisałem o "shizach"- ale u jednych sa , u innych nic sie nie dzieje

                    <jeszcze jest malarone,
                    jest ich wiele-te to tylko te najpopularniejsze

                    <ale z tego co wiem, to najskuteczniejsze i najtańsze są leki kupywane
                    > na miejscu, w zwykłej aptece.
                    najskuteczniejsze moze akurat nie- to nie antinal ;), ale tańsze tak jak mówisz
                    tyle ,że problem polega na tym , ze lariam itp zażywasz 2 tyg przed wyjazdem
                    (czy jakos tak) a ceny w europie są horrendalne.................. ale to w
                    sumie nieistotne w tym watku- jak ktos sie wybiera- doszuka sie, pisałem tylko
                    dlatego ze wiem po sobie- ubezpieczenie i profilaktyka to podstawa. mozna i
                    na "wariata" ale własnie kiedy podchodzimy w sposób-'aaaaaaaaa nic sie nie
                    stanie" wtedy cos zazwyczaj sie dzieje- wiem po sobie niestety. kilka wyjazdów
                    i spoko, któryś kolejny i mogło byc kosztownie i nieciekawie. a co do watku-
                    współczuję , tym bardziej ,że są to podróznicy z krwi i kosci, a pieniądze na
                    ubezp itp- wiadomo , sam też na tym osczedzam- cos za cos. pseudopodróżnicy z
                    pełnym portfelem maja komfort,że mają wszystko, ale tak naprawdę , to co to za
                    podróze w takim wypadku jesli z kazdych kłopotów wyciagnie nas kasa. Nie wiem
                    czy zrozumiale napisałem, ale mam nadzieję ,że tak ;) i naprawdę dziewczyna
                    miała ........................................hmm wiecie co..... ,ze
                    pojechała ,odważyła się itd
    • kreola Bardzo Wam dziekuje :) 13.06.06, 12:11
      To niezwykle smutne, ze Kinga odeszla, ale wspaniale jest to ile osob bylo
      gotowych jej pomoc. Dla wielu osob, tak jak dla mnie, Kinga byla inspiracja i
      wzorem. Na zawsze juz w mojej glowie pozostana jej relacje z podrozy i jej optymizm.
      Niech dla wszystkich podrozujacych Kinga bedzie dobrym duchem i niech nas
      prowadzi po bezdrozach:)
    • beduinka pogrzeb 15.06.06, 09:46
      Dear Friends,

      So many people around the world share in our sadness. We are sure that many of
      you would like to pay last respect to Kinga.
      We are planning to organize the funeral on Saturday 24th June.
      We would like to invite you all. We would very much appreciate your presence.
      Please let us know if you are able to come. We would like to know how many
      peole to expect. This will help us to organize the funeral banquet, as well as
      helping in accommodation arrangements if necessary.


      Look forward to hearing from you as soon as possible. Please write directly to:

      krystyna_choszcz@yahoo.com


      ps. family hometown is Gdansk Poland .
      • zaffaran Re: pogrzeb 15.06.06, 20:47
        msza w kościele Św. Mikołaja 24 czerwca o 10
        • gajasirocco ['] Smutno mi! 15.06.06, 21:28
          Jestem zdruzgotana, smutna! Dlaczego odchodzą tak cudowni ludzie? Pamiętajmy o
          niej!!!
          • gajasirocco Re: ['] Smutno mi! 24.06. msza w Gdańsku 16.06.06, 09:28
            Kinga 9 czerwca, po krótkiej ale ciężkiej chorobie zmarła w Akrze, podczas
            swojej wędrówki autostopem przez Afrykę. 24 czerwca, o godzinie 10, w gdańskim
            kościele św. Mikołaja odbędzie się msza święta w Jej intencji. Po mszy pogrzeb
            na cmentarzu garnizonowym, przy Bramie Oliwskiej.
            W przeddzień w „Zejmanie” o godzinie 20.00 odbędzie spotkanie przyjaciół Kingi.
          • gajasirocco Rodzice Kingi o jej niekończącej się podróży 17.06.06, 11:14
            sobota, 10 czerwiec 2006
            To było w Akrze, w Ghanie, po krótkiej ale ciężkiej w przebiegu chorobie,
            malarii mózgowej, 9 czerwca 2006 Kinga udała się w swoją kolejną, tym razem
            niekończącą się podróż.

            Chopin, jej przyjaciel i partner w ich wcześniejszych wędrówkach do ostatniej
            chwili trwał przy niej. W duchu i modlitwie wspierało ją i nas wielu przyjaciół
            i tysiące osób które od dawna śledziły jej losy. Słowa nie są w stanie opisać
            tego co czujemy w związku ze śmiercią Kingi. Dla wielu z nas była inspiracją.
            Często mówiła o swych marzeniach i miała niesamowitą moc ich spełniania. Kinga
            znowu podróżuje... I choć trudno w to uwierzyć znowu jest przed nami. Można
            powiedzieć, że jak zwykle. Do wielu miejsc, w których już była pewnie wielu z
            nas nigdy nie dotrze. Z całą jednak pewnością tam gdzie teraz wędruje, my
            dotrzemy prędzej czy później. Dla nas rodziców to wielka pociecha, bo wiemy, że
            spotkamy kochaną osobę. I nie martwi nas zamiana ról, że będziemy prowadzeni
            przez córkę. Już teraz jest o milion lat świetlnych bardziej doświadczona od
            nas wszystkich. Wiemy, że czeka na nas po drugiej stronie i szykuje atrakcyjne
            trasy. Teraz będzie się z nami komunikować poprzez tysiące małych rzeczy, które
            będą świecić wspomnieniami o niej.
            Gdy spojrzymy w niebo i zobaczymy poruszającą się gwiazdkę to może być ona,
            może zmienia kolejnego stopa...

            Rodzice

    • gajasirocco "Akua poszła do szkoły"S.Sowula z Gdańska GW 21-09 21.09.06, 20:46
      serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,3632513.html
      • gajasirocco Fundacja wykupująca dzieci 21.09.06, 20:48
        Chętni do wsparcia fundacji znajdą wszystkie potrzebne informacje na stronie:
        www.kingafreespirit.pl

        Dla gazety

        Dr Adam Rybiński,

        Instytut Krajów Rozwijających się Uniwersytetu Warszawskiego

        Skala niewolnictwa w Afryce jest trudna do oszacowania, na przykład w Nigrze
        mówi się o ilości niewolników od ośmiu do 800 tysięcy. Rozbieżności są tak
        duże, bo niewolnictwo to zjawisko wyciszone, a z drugiej strony społecznie
        akceptowane.
      • ijaw Niestety, Malajkę chcą odesłać do Ghany 21.06.08, 21:49
        Smutne i tragiczne dla dziewczynki.
        Dziś w Wyborczej:
        "Czy Malajka wróci do Afryki
        Krystyna Choszcz, szefowa fundacji pomagającej dzieciom z Afryki, chce odesłać
        do rodzinnej wioski w Ghanie dziewczynkę, którą opiekowała się przez ostatnich
        kilkanaście miesięcy. Szkoła, do której uczęszcza dziecko, nie zamierza do tego
        dopuścić
        Rodzina Choszczów opiekowała się nastolatką przez ostatnich kilkanaście
        miesięcy. Zgodzili się na to opiekunowie dziewczynki z Ghany - ojciec i babcia.
        Teraz polska rodzina zdecydowała, że dziecko ma do nich wrócić. Twierdzą, że
        mają z nią problemy wychowawcze.
        - Trochę niedobrze się stało, że zbyt łagodnie potraktowała ją szkoła przez
        pierwsze miesiące nauki - mówi Krystyna Choszcz, była nauczycielka. - Malajka
        przyzwyczajona była do rygoru afrykańskiej szkoły, gdzie karano ją za wszystko.
        Tu zobaczyła, że tego rygoru nie ma, więc zaczęła unikać pracy i dyscypliny -
        skarży się Krystyna Choszcz.
        Malajka, czyli Ekua Abew, ma 13 lat. Kinga, córka Krystyny Choszcz, spotkała ją
        dwa lata w Abidżanie na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Dziewczynka pracowała w
        obskurnym barze za spanie i wyżywienie. Wysłali ją tam jej ghanijscy
        opiekunowie. Kinga za 50 dolarów wykupiła dziecko i posłała do szkoły w
        rodzinnym Moree w Ghanie. Dwa tygodnie później Kinga zmarła na malarię. Matka
        Kingi po śmierci córki odwiedziła Malajkę i zabrała do Gdańska.
        - Jest jak moja córka - mówiła wtedy.
        Ekua Abew we wrześniu ub.r. trafiła do prywatnej szkoły w Gdańsku. Zamieszkała z
        Choszczami.
        Rodzina nie sprostała temu wyzwaniu.
        - Przez wiele lat byłam nauczycielką. Nigdy żadne dziecko nie zachowywało się
        tak wobec mnie. Z moimi córkami też miałam problemy, ale nie takie duże. Malajka
        potrafi wyjść na balkon i krzyczeć: Pomocy! - mówi jej opiekunka. - Nie wierzę,
        że uda się podnieść jej poziom edukacji.
        Krystyna wierzy natomiast w fundację, którą założyła po śmierci córki. Buduje
        bibliotekę w rodzinnej wiosce Malajki. Założyła tam zespół taneczny. W Polsce
        wydała książkę, wspomnienia Kingi z podróży po Afryce. Ekua nieraz uczestniczyła
        w jej promocjach.
        Nauczyciele mają zupełnie inne zdanie o dziewczynce. Z oceny opisowej, jaką
        dostała na koniec roku, wynika, że jest błyskotliwa i inteligentna, cechuje ją
        wysoki poziom empatii, ma cechy przywódcze, chętnie uczestniczy w zajęciach
        pozalekcyjnych, jest bardzo samodzielna.
        - Nauczyła się mówić po polsku w ciągu ośmiu miesięcy, to bardzo szybko.
        Potrzeba trochę więcej czasu, żeby wyprowadzić ją na prostą - mówi brat Marek
        Kozyra, dyrektor szkoły im. św. Jana de la Salle w Gdańsku.
        - Jest dzieckiem, które uparcie dąży do realizacji jakiegoś zadania. Wymaga
        jednak dużo pracy poza zajęciami lekcyjnymi w domu. Nie chce wracać do Ghany -
        mówi Dorota Caravelli, wychowawczyni Malajki.
        Dyrektor szkoły wierzy, że uda się jej pomóc. Twierdzi, że w Afryce dziewczynka
        zatrzyma się w rozwoju, bo szkoły są tam na niskim poziomie, a rodzina nie
        zapewni jej należytej opieki. Tak było, kiedy spotkała ją Krystyna. Dziewczynka
        nie umiała pisać, czytać, liczyć.
        - Znaleźliśmy rodzinę, która gotowa jest ją zaadoptować. Nie będzie też problemu
        ze sfinansowaniem kosztów jej nauki - mówi Kozyra.
        Jej obecna opiekunka chce, by latem dziecko wróciło do Ghany.
        - Mam tam ludzi, którzy nią się zaopiekują. Może będzie tańczyć w zespole
        fundacji - zapowiada Krystyna.
        - Nie pozwolimy na to. Rozmawialiśmy już o tym z konsulem Ghany. On ostrzegł
        Krystynę, że wywiezienie dziewczynki do Ghany będzie traktowane jako jej
        porzucenie - mówi Kozyra.
        Krzysztof Sarzała, gdańskie Centrum Interwencji Kryzysowej: - To nie jest dobry
        pomysł, żeby dziewczynka tam wracała. Dziecko nie jest przedmiotem, nie jest
        nawet zwierzątkiem, które się pogłaska, a potem zostawia. Ja nawet z
        zostawieniem zwierzątka miałbym problemy."
        Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto
    • beduinka Fundacji Freespirit zaczyna działalność 13.02.07, 14:33
      Fundacji Freespirit zaczyna działalność

      Poświęcona pamięci Kingi Choszcz fundacja ruszy już w tym tygodniu. Tak jak
      gdańska podróżniczka, organizacja chce wykupywać z niewoli afrykańskie dzieci


      miasta.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,3913531.html
    • beduinka Kupiona za 50 dolarów 16.06.07, 14:05
      Kupiona za 50 dolarów

      Sławomir Sowula
      2007-06-12, 2007-06-16 11:14

      Potrzebujesz dziecka na plantację? Weź mojego synka, nie szukaj jakiegoś
      obcego. Nie chcesz? Siostra ma córeczkę

      Ekua w ghańskim języku fanti oznacza środę. Takie imię daje się dziewczynkom na
      pamiątkę dnia urodzin. Mała Ekua Abbew z rybackiej wioski Moree nie lubi tego
      imienia. Powiedziałaby o tym matce, ale nie może. Została porzucona, gdy miała
      dwa lata.

      Utrzymanie dziewczynki było zbyt trudne również dla babki, która - gdy Ekua
      podrosła - wyprawiła ją do Abidżanu. Dziecko wiedziało tylko, że to wielkie
      miasto w kraju, który nazywa się Wybrzeże Kości Słoniowej. Ekua miała tam
      spotkać wielu ludzi z Moree, którzy "na pewno pomogą znaleźć jej dobrą pracę".
      Miała spotkać też matkę, która według zapewnień babci "na pewno się ucieszy na
      jej widok". Babka myliła się.

      W Abidżanie nie było dobrej pracy. Ekua zmywała gary w obskurnym barze.
      Dostawała za to resztki jedzenia i materac do spania. Uwielbiała obserwować
      kobiety, które przychodziły do baru ze swymi dziećmi. Siadały przy stolikach i
      zamawiały dla maluchów woreczki z zimną wodą. Jak ona im zazdrościła. Wierzyła,
      że któregoś dnia w drzwiach baru pojawi się jej matka. Kiedy skończyła dziesięć
      lat, zrozumiała, że to się nigdy nie stanie. Rok temu zdarzyła się pierwsza
      dobra rzecz w życiu Ekui. Młoda biała kobieta wzięła ją za rękę i powiedziała: -
      Wracasz do domu. Do Moree.

      Muszę pomóc tym dzieciom, tego chciałaby Kinga

      Samolot Air France podchodzi do lądowania w Abidżanie. Jest marzec 2007 roku.
      Lecę razem z Krystyną Choszcz, nauczycielką nauczania początkowego w gdańskiej
      podstawówce. To matka Kingi, podróżniczki, "młodej białej kobiety". Lecimy,
      żeby spotkać Ekuę.

      Krystyna chce zrozumieć, co kierowało Kingą, najstarszą z jej trzech córek, gdy
      zdecydowała się na pomoc małej Ghance. Chce też poznać ostatnie dni życia
      Kingi, która zmarła w wieku 33 lat, w kilkanaście dni po odprowadzeniu Ekui do
      Moree.

      Krystyna jest zdeterminowana. Zarejestrowała fundację, która ma pomagać
      afrykańskim dzieciom. Rozmawiamy o Kindze, którą spotkałem kilka lat temu, gdy
      na ulicznym straganie w Gdańsku sprzedawała swoją książkę o pięcioletniej
      podróży autostopem dookoła świata. W podróży spędziła prawie całe dorosłe
      życie, w przerwach trochę uczyła angielskiego, bo skończyła college o tym
      kierunku.

      - Z pieniędzy ze sprzedaży książki trochę jeszcze zostało. Od tego zaczyna
      fundacja - mówi Krystyna. Pokazuje zdjęcie. Na nim Ekua i Kinga. Na wychudzonej
      twarzy jej córki widać trudy wielomiesięcznej podróży po Afryce. Na głowie
      kolorowa chustka, w oczach radość. Obok uśmiechnięta dziewczynka. Zostało
      zrobione w drodze z Abidżanu do Moree.

      - Kinga objechała cały świat, ale marzyła o długiej podróży do Afryki. W
      przewodniku Lonely Planet przeczytała, że do Abidżanu sprowadzane są dzieci z
      sąsiednich krajów. Obiecuje się im dobrą zapłatę, a potem pracują w barach, na
      plantacjach kakao i kawy. Było tam też napisane, że do handlu dziećmi dochodzi
      też na targu niewolników w Abidżanie. Kinga postanowiła go odnaleźć i pomóc
      jakiemuś dziecku.

      Krystyna wyjmuje teczkę. To wydruk internetowego dziennika Kingi: "Postarałabym
      się jakoś, aby miało lepszą przyszłość. Problem w tym, że przewodnik nie
      podaje, gdzie znajduje się ten targ".

      Nie wiemy wiele o Wybrzeżu Kości Słoniowej, do którego lecimy. Trwa tam uśpiona
      wojna domowa. Na lotnisku w Abidżanie ma czekać na nas człowiek przysłany z
      Moree. Na podstawie zdjęć zrobionych przez Kingę chcemy najpierw znaleźć
      miejsca i ludzi, którzy jej pomagali. Potem pojedziemy do Ghany, do Ekui.

      Krystyna planuje, że jej fundacja będzie pomagać szkole w Moree. O tym marzyła
      Kinga.

      Najważniejszy jest kuter i to jest prawdziwy problem

      Hol terminalu pasażerskiego. Czeka na nas Benjamin Atom. Nie wygląda na swoje
      55 lat. Szczupły, flegmatyczny. Każde słowo wypowiada z namaszczeniem. Pochodzi
      z Moree, ale teraz mieszka w Abidżanie, slumsie ghańskich emigrantów. Jest
      sekretarzem tamtejszej diaspory. Wieczorem, przy kolacji, w barze na plaży
      pokazujemy mu zdjęcia zrobione przez Kingę.

      - To Treichville - Benjamin bezbłędnie lokalizuje dzielnicę. - Tam jest dużo
      ludzi z mojej wioski. Znajdziemy, kogo chcecie.

      Mijają godziny. Siedzę w barze z Benjaminem.

      - Wierzysz, że Krystynie uda się pomóc dzieciom z Moree?

      - Takich jak ona było tu już wielu. Przyjeżdżali, wyjeżdżali. Zostawaliśmy
      sami, a musimy z czegoś żyć. Opowiem ci o prawdziwym problemie. Moim problemie -
      Benjamin ścisza głos. - Pomożesz mi?


      - Jak?

      - Chcę pracować w Europie, a nie mogę dostać wizy.

      - Jesteś tu ważnym człowiekiem. Masz rodzinę, dzieci. Poważają cię. Na starość
      chcesz wyjechać do pracy? Z pracą dla ciebie może być problem. Wystarczy, że
      ktoś sprawdzi twój paszport i zobaczy, że jesteś po pięćdziesiątce.

      - Dobry paszport to żaden problem. Wyrobię sobie nowy i będę o 15 lat młodszy.

      - To przestępstwo.

      - To życie. Ja potrzebuję pieniędzy na kuter, bo u nas to doskonały biznes.
      Wszystko policzyłem. Potrzebuję 12 tys. dolarów. Łódź, komplet sieci, dobry
      silnik. Nie zarobię tego tutaj.

      Jednokołowy rastaman z dzielnicy Treichville

      Następnego dnia jesteśmy w dzielnicy Treichville. Przy głównych ulicach sklepy
      i bary prowadzą Marokańczycy i Libańczycy. Tutejsza elita. Czarna biedota,
      która do Abidżanu ściąga z całego regionu, opanowała labirynt bocznych uliczek.
      Niskie, obskurne kamienice z betonu. Stragany. Ciasne podwórka, nocne bary.
      Uciekający przed wojnami domowymi młodzieńcy z Liberii czy Sierra Leone mają
      gwarancję, że tu nikt ich nie znajdzie. Próbują zacząć nowe życie. Uciekające
      przed biedą nastoletnie dziewczyny z Togo i Beninu szukają tu szczęścia w
      nocnych barach. Lądują potem w rynsztokach.

      Jeżeli gdzieś handluje się ludźmi, to właśnie tu.

      Na jednym ze zdjęć Kingi widać kościół. Nad bramą wejściową napis, że jego
      patronką jest Joanna d'Arc. Trafiamy w to miejsce bez trudu. Z pamiętnika Kingi
      wynika, że gdzieś w pobliżu ma mieszkać Ebenezer vel Rasta. Wiemy, jak wygląda -
      długie dredy opadające na ramiona. W uszach słuchawki od discmana. Sympatyczny
      uśmiech. Kinga poznała go pierwszego dnia po przybyciu do Treichville. Zdjęcie
      pokazujemy w barze przy kościele.

      Potężnie zbudowana właścicielka nie zwraca uwagi na fotografię. Próbuje nas
      przekonać, że lepiej byśmy zrobili, wchodząc do jej lokalu. - Nazywam się
      Jennifer Lopez. Nie wierzycie? Wejdźcie. Biust wylewa się jej z ciasnej,
      różowej, koronkowej sukienki.

      Kręcimy się wokół kościoła.

      - Rasta, Rasta! - krzyczy w pewnej chwili jakiś szkrab. - Weź mnie, weź mnie!

      Na jednokołowym bicyklu jedzie mężczyzna ze zdjęcia. Nie zwalniając, łapie
      malca za rękę i zarzuca go sobie na plecy. Wykręca na ulicy kilka ósemek. Robi
      slalom między gapiami. Po kilku minutach roześmiany dzieciak wraca do matki,
      która ani przez chwilę nie okazała zdenerwowania.

      Rasta schodzi z roweru. Dotarła do niego informacja, że "szukają go jacyś
      biali". Przyjechał sprawdzić. Gdy dowiaduje się, kim jest Krystyna, padają
      sobie w objęcia.

      Rasta prowadzi nas na podwórko, gdzie mieszka i gdzie przez kilka dni
      przebywała Kinga. Na środku duży platan. Wokół parterowe minimieszkania. Kilka
      metrów kwadratowych musi wystarczyć całym rodzinom. Pranie, gotowanie, jedzenie
      i mycie odbywa się na zewnątrz. Wodę kupuje się w mieście. Rasta jest tutaj
      wyjątkiem - nie musi dzielić z nikim swojej komórki. Jest akurat tyle miejsca,
      żeby zmieściło się łóżko, kilka półek, telewizor i wideo.

      - To tu mieszkała moja córka? Jak długo? - w oczach Krystyny pojawiają się łzy.

      - Może tydzień. Odstąpiłem jej to mieszkanie.

      Dzieci nie są szczęśliwe, choć tańczą

      Rasta jest szczęściarzem. Za sto dolarów miesięcznie testuje kawę i kakao w
      fabryce w po-bliskim porcie. Połowę odsyła siostrom, braciom i matce,
      • beduinka Re: Kupiona za 50 dolarów 16.06.07, 14:06
        Rasta jest szczęściarzem. Za sto dolarów miesięcznie testuje kawę i kakao w
        fabryce w po-bliskim porcie. Połowę odsyła siostrom, braciom i matce, którzy
        zostali w Ghanie. Stać go na gest. Zaprasza Krystynę, Benjamina i mnie do baru.
        Siedzimy na zewnątrz przy plastikowych stolikach. Rasta opowiada o Kindze.


        - O śmierci Kingi dowiedziałem się z internetu. Nie mogłem uwierzyć. Obiecała
        mi, że jak będzie bogata, to mnie sprowadzi. Nawet nie wiecie, jak chciałbym
        wyjechać do Europy.

        - Nie jesteś szczęśliwy? Tutejsze dzieciaki cię uwielbiają.

        Jakby na potwierdzenie wokół Rasty rośnie rozwrzeszczany tłumek. Krystyna
        przypomina sobie, że Kinga wielokrotnie podziwiała w pamiętniku, z jaką gracją
        potrafią w tańcu poruszać się afrykańskie dzieci.

        Tańczące dzieci zaczepiają też Rastę, który próbuje je uspokoić.

        - Benjamin, uważasz, że tym dzieciom byłoby lepiej w Polsce, w Europie? - pyta
        Krystyna.

        - Oczywiście, że w Europie. Jak mogą być szczęśliwe, gdy często czują głód,
        czekają na rodziców czasami po kilka dni, aż wrócą z jedzeniem, żyją na ulicy.

        - A jak jest tam, gdzie mieszkasz? Ile dzieci chodzi do szkoły?

        - Kilkaset.

        - A ile nie chodzi?

        Wzruszenie ramion.

        Europejska miarka nie pasuje do Afryki

        Jedyna w kraju fabryka pepsi. Pora lunchu. Robotnicy w służbowych kombinezonach
        wylewają się przez bramę osadzoną w sześciometrowym murze oplecionym drutem
        kolczastym. Siadają na skleconych z byle czego ławkach. W powietrzu zapach
        przyprawionego na ostro ryżu z mięsem. Przed palącym słońcem chroni ich daszek
        z folii.

        Wchodzimy do klimatyzowanego biura. Wita nas współwłaściciel i dyrektor
        fabryki. To Tomasz Iwankow, polski konsul honorowy w Abidżanie, w przeszłości
        urzędnik polskiego Ministerstwa Handlu Zagranicznego. Energiczny, dobrze
        zbudowany, tuż przed pięćdziesiątką. Proponuje kawę.

        - Z tutejszych plantacji?

        - Skądże. Kawę przywozimy z Europy. Zrobiona przez Nescafé - konsul zaciąga się
        marlboro.

        Krystyna opowiada mu o Kindze, fundacji, swoich planach.

        - Musicie być bardzo ostrożni. Kilka lat temu zginął tu korespondent
        francuskiego radia. Inny został porwany i do tej pory nikt go nie znalazł. Was
        interesuje niewolnicza praca dzieci. To problem negowany przez tutejsze władze.

        Zdaniem konsula, żeby zrozumieć przyczyny problemu, nie można przykładać do
        niego europejskiej miary.

        - Europejczycy mają bardzo humanitarne podejście do sprawy. Czy wysłanie
        dziecka do pracy jest zbrodnią? Miejscowi uważają, że nie. A nad tym, w którym
        momencie normalna praca przemienia się w niewolniczą, nie zastanawiają się.
        Czasami bogatsi mogą pomóc wiosce, z której pochodzą, wysyłając spychacz, żeby
        wyrównał drogę dojazdową. Tak samo jako pomoc traktują przyjęcie na służbę
        dziecka biednego kuzyna.

        - Kinga szukała w Abidżanie targu niewolników.


        - Topograficznie coś takiego nie istnieje. Wiedziałbym. Jestem jednak
        przekonany, że istnieją paserzy, którzy mogą dostarczyć dziecko. Dziecko jest
        towarem. Do małoletniej prostytucji, do niewolniczej pracy. Nie zapominajmy też
        o zjawisku pedofilii czy turystyce seksualnej, przemycie dzieci do Wybrzeża
        Kości Słoniowej. Skoro to wszystko istnieje, to znaczy, że jest popyt.

        Jako kupować dziecko, to na plantację

        Kiedy Rasta spotkał Kingę, nie mógł długo zrozumieć, dlaczego chce odwieźć
        jakieś dziecko do wioski w Ghanie. Przecież tam nie ma przyszłości. Sam
        opowiada o swojej próbie ucieczki do lepszego życia - za odłożone tysiąc
        dolarów znalazł kapitana, który zgodził się przemycić go do Hiszpanii. Po kilku
        miesiącach życia w Barcelonie Rasta wpadł w ręce służb imigracyjnych.
        Deportowano go do Ghany.

        - Widzicie, zrobiłem wszystko, aby uciec. Byłem w raju, ale mnie wyrzucili -
        uśmiecha się. - Kiedy Kinga zapytała mnie, czy wiem, gdzie w Abidżanie znajduje
        się targ niewolników, pomyślałem, że biała kobieta potrzebuje służącej do
        swojej plantacji w Polsce.

        Pamięta też jej oburzenie, gdy zaproponował, że z chęcią odda jej jedno ze
        swoich dzieci.

        - Ucieszyłem się, że jeden z moich chłopców, a mam dwóch z różnymi kobietami,
        trafi w dobre ręce. Nie chciała jednak ani ich, ani córeczki mojej siostry,
        choć to dobre dziecko.

        - I na czym stanęło?

        - Powiedziałem jej, że mam znajomą prostytutkę, która właśnie urodziła
        córeczkę. I że będzie wolała sprzedać jej dziecko, bo przynajmniej nie utnie
        jej głowy.

        - O czym ty mówisz?

        - Nie wiecie? Z główek dzieci robi się lekarstwa.

        - Jakie lekarstwa?

        - Lekarstwa czarnej magii. Na wzbogacenie.

        Ostatecznie Rasta skontaktował Kingę z Issaahem, swoim znajomym. Z relacji
        Rasty wiemy, że Issaah chciał zaprowadzić Kingę do handlarki narkotyków,
        która "dużo może" albo po prostu porwie dla niej dziecko z ulicy.

        - To kompletnie wyprowadziło ją z równowagi - opowiada Rasta. - Zaczęła szukać
        sama.

        Dowiedziała się, że w dzielnicy Treichville jest mnóstwo dziewczynek
        pracujących w skrajnych warunkach jako pomoc do gotowania, prania, zmywania.
        Jeden z takich barów znajdował się dwie ulice od mieszkania Rasty. Umówiła się
        na spotkanie z szefową.

        W swoim dzienniku internetowym napisała: "Okazała się wyrozumiałą kobietą i
        zgodziła się, że jeśli ma to być zabranie dziewczynki z powrotem do Ghany i
        posłanie do szkoły, wtedy nie ma nic przeciwko temu. I tak nie miała z niej
        pożytku".

        Dziewczynką, którą wypatrzyła Kinga, była 11-letnia Ekua. Za jej wolność
        musiała jednak zapłacić. Całe 50 dolarów.

        Nastoletnie prostytutki chętnie was poznają

        Przy wejściu do baru, w którym pracowała Ekua, siedzi starszy mężczyzna.
        Szybkimi cięciami obiera kassawę - bulwę korzeniową, odpowiednik naszych
        ziemniaków. Za nim ciemny barowy korytarz, w którym dwie młode dziewczyny z
        zapamiętaniem ubijają bulwy dostarczane przez staruszka. Oczy jeszcze nie
        przyzwyczaiły się do półmroku, gdy wychodzimy na barowe podwórko. Zalewa nas
        fala gorąca. 40, 50 stopni? Wokół kotły wielkości beczek, w których starsze
        kobiety gotują strawę. W jednym bulgocze mięso, w innym czerwony sos. W kącie
        patroszone są ryby.

        - Czy jest Wielka Mama?


        - Szefowa wyjechała. Wy przyjść później, dużo później.

        W Krystynie budzi się belfer, gdy dostrzega dziewczynkę w wieku Ekui.

        - Co tu robisz?

        - Moja siostra tu gotuje.

        - A ty?

        - Pomagam jej.

        - Ale przecież powinnaś być w szkole.

        Mała spuszcza głowę. Milczy.

        - Ludzie, czy to dziecko w ogóle chodzi do szkoły?

        Zdziwione spojrzenia.

        Przy skleconym ze skrzynek stoliku siedzi jeszcze jedna dziewczyna. Je kassawę
        z rybą przyprawioną czerwonym sosem. Aksamitna czarna spódniczka wyglądałaby
        elegancko, gdyby nie żółty T-shirt i różowe plastikowe klapki. Na ramieniu
        wytatuowany skorpion. Nad obojczykiem dziesięciocentymetrowa blizna.

        - To po nożu, mam na imię Nicole - wita się i szybko wyjmuje telefon z aparatem
        fotograficznym. - Zobacz, to moje koleżanki. Chcesz je odwiedzić? Są niedaleko.

        Z uśmiechem pokazuje zdjęcia. Jakiś wybetonowany placyk. Na sznurkach różowe
        staniki mieszają się z dziecięcymi ubrankami. Dzieci wdzięczą się do obiektywu.
        Tańczą.

        - Przyjdź. Będziesz mógł sobie wybrać. Kogo chcesz.

        Na pewno chcecie pomóc tylko dzieciom?

        Za 50 dolarów Ekua mogła odejść z Kingą. Po kilkudniowej podróży były w Moree.
        Z powrotu Ekui ucieszyli się przede wszystkim sąsiedzi, bo dzieci z reguły nie
        wracają z Abidżanu. To oni uznali, że dziewczynka narodziła się ponownie.
        Poprosili Kingę, żeby dała jej nowe imię. Wybór był prosty. Nowe imię
        dziewczynki to Malaika - Anioł.

        "Znam też piękną piosenkę o takim tytule, postanowiłam tak właśnie nazwać swą
        przybraną córkę. Tak, córkę, gdyż bardzo szybko zaczęła do mnie mówić mamo" -
        zapisała Kinga.

        Zapisy z Moree to ostatnie słowa w dzienniku Kingi.

        Chodzimy po wiosce. Położona kilka kilometrów od Cape Coast, dawnej kolonialnej
        stolicy Ghany, nie ma kanalizacji i bieżącej wody. Prąd mają ni
        • beduinka Re: Kupiona za 50 dolarów 16.06.07, 14:07
          Chodzimy po wiosce. Położona kilka kilometrów od Cape Coast, dawnej kolonialnej
          stolicy Ghany, nie ma kanalizacji i bieżącej wody. Prąd mają nieliczni. W
          Polsce Moree nazywane byłoby miasteczkiem, tam pozostaje wioską, choć liczy
          prawie 40 tys. ludzi. Zamożniejsi stawiają domy z pustaków. Biedota buduje z
          gliny suszonej na słońcu.

          Na głównym placu wita nas Lawrence Kweku Appram, miejscowy radny. To z nim
          korespondowała Krystyna, to on wysłał po nas Benjamina.


          - Napisałem do ciebie - Lawrence zwraca się do Krystyny - bo wierzę, że jest
          jeszcze szansa dla Moree. Ja wiem, jak polepszyć byt wioski. Ryby. Przydałoby
          się centrum edukacyjne dla rybaków, odpowiednie nabrzeże, chłodnia. Na pewno
          chcesz pomagać tylko dzieciom?

          Specjalnie dla nas Lawrence je policzył. Wyszło, że na 10 tysięcy mniej niż
          połowa chodzi do szkoły.

          - Niektóre z nich to sieroty. Innych nie stać na szkołę. Pomagają rodzicom przy
          rybach - wyjaśnia w drodze do domu Ekui.

          Jesteśmy na miejscu. Nędzna chatka, bez prądu. Krystyna przytula dziewczynkę, a
          tamta odwzajemnia uścisk. Gdy dociera do niej, kim jest Krystyna, obie
          wybuchają płaczem. Wokół już zbierają się sąsiedzi, członkowie bliższej i
          dalszej rodziny. Siadamy na nowych kanapach, z których jeszcze nie ściągnięto
          folii. Poczęstunek: ryba, ostry sos i obowiązkowo kassawa. Słychać lekko
          stłumioną muzykę z sąsiedztwa.

          - To stypa. U nas trwa nieraz i trzy dni - wyjaśnia Lawrence. - Jutro
          zaprowadzę was do szkoły. Teraz Ekua uczy się w Star of Hope. To pierwsza
          szkoła, do której Kinga posłała Ekuę. Była najgorsza i najtańsza w wiosce.

          Szkoła jest pusta, bo dyrektor boi się deszczu

          Jeszcze przed przyjazdem Krystyna wysłała pieniądze babci Ekui. Chciała, żeby
          opłaciła małej nauczyciela. Po kilku minutach rozmowy z dziewczynką widać, że
          ten się nie sprawdził. Dziewczynka na większość pytań odpowiada: "yes"
          albo "no", tymczasem w Ghanie angielski to język urzędowy. A Ekua zna na pamięć
          alfabet, ale nie rozróżnia wszystkich liter, potrafi liczyć, dodawać i
          odejmować do dziesięciu.

          - Na co poszły pieniądze, które tu przysłaliśmy? - denerwuje się Krystyna. - Na
          meble?

          "Najlepsza szkoła w mieście" stoi na wzgórzu, z którego roztacza się malowniczy
          widok na zatokę. W oknach połamane okiennice, ze ścian odpadają płaty starej
          farby. Na podłodze toalety odchody. Przed gabinetem dyrektora śpi dwójka
          maluchów zawiniętych w koc. Obok garnki na palenisku z cegieł. To szkolna
          kuchnia, w której rządzą dwie grube kucharki. Gabinet, w którym rozmawiamy z
          dyrektorem, przypomina rupieciarnię. Pod ścianami plansze poglądowe, na półkach
          sterty pomiętych papierów, książki.

          Dyrektor Ebia Techie jest krewnym właściciela szkoły. Siwiejący
          pięćdziesięciolatek z niewielkim brzuszkiem łypie na nas spod zniszczonych
          okularów w stalowej oprawce. Wyjmuje list, który wysłała do niego Krystyna.

          - Odpisywałem ci chyba z dziesięć razy - dyrektor poprawia okulary, a na jego
          twarzy pojawia się nerwowy tik.

          - Nic nie doszło.

          - To niemożliwe!

          Krystyna przedstawia swój plan, pyta, jakie mają problemy, ale rozmowa się nie
          klei. Wreszcie wyraźnie zmieszany Ebia wypala: - A masz jakieś pozwolenie od
          władz? Przyjdź w poniedziałek.

          Krystyna jest bliska wybuchu.

          - A gdzie są w ogóle dzieci? Jest przecież pierwsza po południu.

          - Puściłem je do domu. Będzie padał deszcz i rodzice by się niepokoili.

          Nie masz pieniędzy, to nikt się z tobą nie umówi

          W poniedziałek szkoła jest już przygotowana do naszej wizyty. Klasy wypełnione
          dziećmi. Miejsca zabrakło tylko dla najmłodszych, które biegają po podwórku.
          Nauczycielami są nastoletni chłopcy. Krystyna wchodzi do najstarszej grupy.
          Daje jednemu z uczniów do odczytania list od dzieci z jej polskiej klasy.
          Młodzieniec nie radzi sobie. Duka. Przechodzimy do innych sal, w których
          najczęściej "nauczyciele" zajmują się uspokajaniem rozwrzeszczanych dzieci.
          Jakaś dziewczynka siedzi w kącie i płacze. Nikt nie reaguje. Dzieci przechodzą
          obok niej. Po chwili dziewczynka odchodzi w kierunku wioski.

          Dyrektor prowadzi nas do murowanej wiaty.


          - Tu możemy zrobić warsztaty artystyczne. Będziemy produkować batiki [malowane
          ręcznie tkaniny].

          Krystyna patrzy z niedowierzaniem, ale cierpliwie słucha dyrektora, który
          specjalnie zorganizował pokaz artystyczny. Zaczyna się występ i pierwszy
          problem - dziewczynki nie chcą tańczyć. Dla zachęty chłopcy udają, że płacą im
          za taniec. Gdy niewidzialne pieniądze nikną w dłoniach dziewcząt, decydują się
          wreszcie wyjść na klepisko.

          - Nasze dziewczyny i kobiety lubią pieniądze. Jak ich nie masz, to żadna się z
          tobą nie umówi - wyjaśnia dyrektor.

          Po występie wychodzimy przed szkołę. Sterczy tam żelastwo, które kiedyś było
          karuzelą i huśtawkami.

          - Dlaczego są zniszczone?

          Ebia znów robi się spięty.

          - Nie wiem.

          - Jesteś dyrektorem, jak możesz nie wiedzieć?

          - To nie my je zamontowaliśmy. Nasze dzieci i tak nie umiały się na tym bawić -
          spuszcza głowę.

          - To kto to zamontował?

          - Szwajcarzy. Jakieś 20 lat temu.

          Podręczniki są, ale nie dla dzieci

          Ostatnie dni życia Kinga spędziła w Akrze. Do stolicy Ghany jedziemy również
          dlatego, że pracuje tam Gladys Asmah, minister rybołówstwa pochodząca z Moree.
          Rada wioski postanowiła, że powinniśmy się z nią spotkać. Zabieramy jej
          krewnego, który ma ułatwić kontakt. W autobusie Ekua siedzi obok Krystyny. Po
          kilku dniach spędzonych z nami jest już inną dziewczynką. Nuci jakąś piosenkę.
          Daje Krystynie pusty papierek po batoniku i śmieje się do rozpuku. Krystyna
          próbuje uczyć Ekuę rachunków. Nagle przypomina się jej "najlepsza szkoła" w
          Moree.

          - Pamiętasz te podręczniki?

          - Jakie podręczniki?

          - Te z półek w gabinecie dyrektora. Leżały tam, zamiast trafić do dzieci.
          Powiedział, że nie daje ich dzieciom, bo boi się, że nie oddadzą. Zobacz -
          Krystyna wyjmuje z podróżnej torby podręcznik z kolorową okładką. - Są nowe.
          Wzięłam jeden dla Ekui. Zapytam tę minister, dlaczego tak się dzieje.

          Dojeżdżamy do Akry. Plac przed dworcem to gigantyczne targowisko. Gdy
          zatrzymujemy się, przed drzwiami autobusu stawia się grupka kilkunastoletnich
          dziewczyn. Trzymają w rękach duże misy na pranie - emaliowane albo aluminiowe.
          Kilku pasażerów decyduje się na skorzystanie z ich usług. Miski służą do
          przenoszenia bagaży lub zakupów na targu.

          Dziewczyny nie chcą rozmawiać. Krystyna jednak wyciąga od nich, że ich dzienny
          zarobek to dolar, góra dwa.

          Trafiają tu z biednych wiosek na północy Ghany albo z jeszcze biedniejszego
          Togo i Beninu. Rodziny je sprzedają, a w Akrze są wykorzystywane do pracy.


          Pani minister, która wyrwała się z Moree

          Przed ministerstwem rybołówstwa stoi kilkanaście luksusowych terenówek. Gabinet
          minister przypomina ten dyrektorski w Moree.

          - Rząd kupuje szkołom książki. Są też klasy z komputerami. Szkolimy coraz
          więcej nauczycieli, by mogli je obsługiwać - recytuje Gladys Asmah.

          - Ale w Moree książki trzyma dyrektor i nie daje ich dzieciom - mówi Krystyna.

          Minister marszczy czoło. - Jestem członkiem tego rządu od sześciu lat. I jestem
          z tego dumna. Robimy bardzo dużo. Jednak największym problemem jest zbyt mała
          liczba szkół. Populacja jest coraz większa, coraz większa.

          - To co możemy zrobić razem? - pyta Krystyna.

          - Najlepsze, co możesz zrobić, to założyć stowarzyszenie, żeby popierać wysiłki
          rządu. Musimy najpierw rozwiązać problem rodziców i uporać się z biedą. Potem
          wszystko jest możliwe. No widzicie. Ja też jestem z Moree, a jak daleko zaszłam.

          - Kim była pani w Moree?

          - Moi rodzice posiadają tam mnóstwo gruntów.

          - To może daliby nam jakiś grunt, a my zbudowalibyśmy szkołę?

          - Może, może...

          Minister wzywają obowiązki

          Nieważne, jak długo, ważne, jak żyjesz

          Biblioteka dla dzieci w rządowej dzielnicy Osu, pełnej ambasad,
          przedstawicielstw ONZ. Prowadzi ją Joanna Felih. To tutaj trafiła Kinga.
          • beduinka Re: Kupiona za 50 dolarów 16.06.07, 14:08
            Biblioteka dla dzieci w rządowej dzielnicy Osu, pełnej ambasad,
            przedstawicielstw ONZ. Prowadzi ją Joanna Felih. To tutaj trafiła Kinga. Z
            Joanną umówiliśmy się koło budynku Ghana-India Kofi Annan Centre.

            Automatyczne drzwi, stróż przy wejściu. A obok wejścia na małym stoliku
            rozłożył swój kram kilkuletni chłopiec. Sprzedaje wodę w półlitrowych foliowych
            woreczkach. Kiedy próbuję zrobić mu zdjęcie, z biurowca wychodzi strażnik.

            - Żadnych zdjęć - przegania mnie.

            Pojawia się Joanna, korpulentna czterdziestolatka o uroczym uśmiechu. Prowadzi
            nas do stojącej po drugiej stronie biblioteki. W rzeczywistości to kontener, w
            którym wycięto miejsca na okna i drzwi. W 1990 roku postawiła go kanadyjka
            Kathy Knowles, żona inżyniera pracującego w kopalni złota. Chciała pomóc
            biednym dzieciom.

            - Kinga poczuła się źle w kilka dni po przyjeździe. Poszliśmy do lekarza.
            Powiedział, że to malaria, i zapisał leki. Kinga stwierdziła, że zacznie je
            brać dopiero, jak będą wszystkie wyniki badań. Następnego dnia znowu źle się
            poczuła i wtedy zawiozłam ją do szpitala - Joanna zaczyna płakać.

            Szpital dla wojskowych w Akrze należy do najlepszych, ale jego lekarze nie byli
            w stanie pomóc Kindze. Po kilku dniach zmarła. Jej ciało zostało skremowane, a
            prochy rozsypane w oceanie.

            - Kiedyś rozmawiałyśmy z córką o śmierci. Powiedziała, że właśnie takiego
            pochówku by sobie życzyła - mówi Krystyna.

            Wychodzimy na zalany słońcem plac. Joanna była już ostatnią osobą, od której
            Krystyna mogła usłyszeć o losach córki.


            - Czasami człowiek ma coś do zrobienia. Zadaniem Kingi było pozostanie w
            Afryce, tam czuła się szczęśliwa, spełniała marzenia. Nie jest ważne, jak długo
            ktoś żyje, ważne, jak żyje.

            Nie jestem Ekua, jestem Malaika

            Ja muszę wyjechać z Ghany, ale Krystyna zostaje. Po jej powrocie spotykamy się
            w Gdańsku.

            - Wiesz, że tuż po twoim wyjeździe Ekua zaczęła mówić po angielsku? Przez co
            najmniej pół godziny buzia jej się nie zamykała. Opowiadała mi o Kindze i o
            tym, jak cierpiała po jej śmierci. Powiedziała mi też, że tak naprawdę
            zmieniono jej szkołę, bo w poprzedniej dostała kijem za nieznajomość alfabetu.

            Krystynie udało się załatwić Ekui paszport i wizę. Za kilka dni dziewczynka
            przyjedzie do Polski.

            - A co z Moree i innymi dziećmi? Co z fundacją?

            - Zarejestrowałam ją w Ghanie. Nawiązałam współpracę z ministerstwem ds. kobiet
            i dzieci. Udało się przygotować projekt centrum edukacyjnego dla dzieci. Będzie
            w nim biblioteka, sala komputerowa, stołówka, boiska i plac zabaw.

            - Skąd pieniądze?

            - Zobaczymy. Chcieliśmy złożyć wniosek o grant do polskiego MSZ, ale nic z tego
            nie wyszło. Wszystko dopięliśmy, ale potrzebowali jeszcze potwierdzenia w
            sprawie gruntu, które obiecała Gladys Asmah. Bo wiesz? Ona dotrzymała słowa.

            - I co się stało?

            - Faks od Gladys przyszedł trzy kwadranse po terminie, w którym musieliśmy
            złożyć wniosek. Dzieci będą musiały poczekać rok dłużej.

            Krystyna zapomniała opowiedzieć o wizycie w ghańskim urzędzie paszportowym.
            Napisała o tym w swoim dzienniku internetowym:

            "Urzędnik, mrucząc: lucky woman, lucky woman, wydobywa ze sterty papierów
            formularz i pyta dziewczynkę:

            - What's your name?

            - Malaika Abbew".



            * Dziękuję za pomoc Władysławowi Jurkowowi i Romkowi Lewandowskiemu, którzy
            przygotowują film o losach Kingi, Malaiki i Krystyny

            www.gazetawyborcza.pl/1,75480,4206595.html
    • aisza5 9-06 minęla 2 rocznica śmierci KINGI-pamietajmy!!! 14.06.08, 20:05
      Warto o niej pamiętać- była wyjątkowa!['][']
    • aisza5 W TV "Afrykański sen" dziś HBO2 o 23,40 film dokum 17.10.08, 12:21
      Podrózniczka Kinga Choszcz spotkała 13-letnią niewolnicę, podróżując
      po Ghanie. Wykupiła Ekuę za 50 dolarów i opłaciła jej naukę.
      Dziewczynka nie zobaczyła więcej zmarłej wkrótce na malarię
      opiekunki, lecz nie została sama. Matka Kingi odszukała Ekuę i
      zabrała ją do Polski...
    • aisza5 "Moja Afryka"-Kinga Choszcz 10.10.09, 16:45
      www.swiatksiazki.pl/webapp/wcs/stores/servlet/ExtendedProductDisplay?catalogId=10201&storeId=10001&langId=1&productId=117152

      Kinga Choszcz za swoją pięcioletnią podróż autostopem dookoła świata
      otrzymała w roku 2004 'Kolosa' - najbardziej prestiżową nagrodę
      podróżniczą w Polsce. W tamtej podróży musiała pominąć Afrykę i od
      dnia powrotu myślała nad realizacją tego planu. Druga i niestety już
      ostatnia książka Kingi Choszcz powstała na podstawie jej relacji z
      samotnej podróży do Afryki.W czasie tej podróży autorka zmarła na
      malarię. Na nasze szczęście jej bardzo obszerny internetowy
      pamiętnik, który powstawał na bieżąco w czasie podróży zawiera opisy
      niemal wszystkich odwiedzonych miejsc oraz napotkanych ludzi a także
      przebogatą dokumentację fotograficzną Kinga już dawno udowodniła, że
      jest niezaprzeczalnym talentem w fotografii podróżniczej. Tekst
      zebrany przez matkę Kingi oraz nieznacznie przeredagowany przez
      Wojciecha Cejrowskiego jest bardzo interesujący głównie poprzez
      unikalne widzenie świata przez Kingę, którym zaskoczyła wszystkich w
      pierwszej swej książce Prowadził nas .Te dwie książki to
      niezapomniana lektura dla wszystkich ciekawych świata Czytelników.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka