Dodaj do ulubionych

POLITYKA....można i o polityce...a może trzeba?

28.04.05, 09:37
"Polityka" - wg.Encyklopedii PWN to:

1/świadoma i celowa działalność dotycząca głównie stosunków między klasami
społecznymi, państwami i narodami, związana z walką o zachowanie lub zdobycie
władzy państwowej jako narzędzia regulacji i kształtowania tych stosunków;
2/określona część, program lub kierunek tej działalności.

Stąd też...znamy pojęcia takie jak: polityka gospodarcza, polityka
kulturalna, polityka naukowa, polityka oświatowa, polityka pro-rodzinna,
polityka społeczna, polityka wyznaniowa itp.itd.

Oznacza to, że "państwo" stara się być sprawnym "narzędziem regulacji
i kształtowania" wszystkiego co tylko poddaje się "regulowaniu
i kształtowaniu"
Obserwuj wątek
    • aniouek1 "kształtowanie, regulowanie"bywa, że...manipulacja 28.04.05, 09:43
      Ech...że też jeden człowiek potrafi równocześnie coś co mądre i dobre,
      przeciwko drugiemu człowiekowi odwrócić walcząc o prawo do "regulowania
      i kształtowania", które bywa bezprawiem wyniszczającym drugiego człowieka...

      A gdy...to nie jeden przeciwko jednemu ale wielu przeciwko wielu?

      I po co? po co? po co?

      ech...smutne to wszystko jak się temu uważnie przyjrzeć...i bardzo przykre...
    • aniouek1 Towarzyskie,ale grzecznie o polityce niezawadzi... 28.04.05, 09:47
      Towarzyskie,ale grzecznie o polityce niezawadzi...
      Autor: mala20033
      Data: 27.04.2005 17:01 + dodaj do ulubionych wątków
      --------------------------------------------------------------------------------
      Przeczytalam o donoszeniu na papieza i sie przerazilam..
      Ile jeszcze takich strasznosci przeczytamy co bylo w PRLu?? Ile!!!????
      • aniouek1 Malenka...ja ...już "ile?" ...nie pytam... 28.04.05, 10:06
        tracę nadzieję, że doczekam, tu w moim człowieczym wymiarze czasu, gdy tu,
        w kraju nad Wisłą politycy i różnej maści "inżynierowie umysłów" pozwolą
        nam się uśmiechać i...być dumnymi z bycia Polakami.

        Kiedy skończy się ten koszmar trzymania ludzi na uwięzi w czasach minionych...
        jakby chodziło tym, co trzymają, by nigdy nie minęły, lecz by wiecznie trwały...

        ...moja głowa zbyt mała, zbyt ciasna by pomieścić, poukładać i przyjąć
        za "własne bo słuszne" tego typu posunięcia...
        Nie dorastam ...i...przyznam się, że nie chcę nigdy "dorosnąć" do poziomu
        autorów tego typu sensacji, która obiegła świat wczoraj i Ciebie Malenka
        także przeraziła.

        Powiedz co dla Ciebie w tym bylo/jest najbardziej przerażające...
        ..Może przez wielką wode inaczej widać niż tu...znad Wisły?
        • kendo Re: Malenka...ja ...już "ile?" ...nie pytam... 28.04.05, 10:40
          a o czym Wy piszecie ??
          niesledzilam wczoraj zadnych wiadomosci bo nie moglamsad(
          • aniouek1 spójrz na to - zrozumiesz 28.04.05, 10:51
            info.onet.pl/1484,temat.html
            info.onet.pl/1088914,11,item.html
            Tego typu artykułow krąży już w internecie całe mnóstwo.
            • aniouek1 i jeszcze jeden 28.04.05, 10:55
              info.onet.pl/1088750,11,item.html
              We mnie podobne brzęczą pytania... i nie tylko takie, ale... chyba nikt mi na
              nie odpowiedzi nie udzieli.
              • kendo Re: i jeszcze jeden 28.04.05, 14:42
                aniouek1 napisała:

                > info.onet.pl/1088750,11,item.html
                > We mnie podobne brzęczą pytania... i nie tylko takie, ale... chyba nikt mi na
                > nie odpowiedzi nie udzieli.

                przeciez ludzie na sibie donosili od dawien dawna...
                • aniouek1 Kendo-masz rację - "donosili od dawna" od zawsze.. 28.04.05, 21:06
                  kendo napisała:

                  > przeciez ludzie na sibie donosili od dawien dawna...

                  chyba odkąd pojawili sie na planecie Ziemia.
                  Donosili z różnych powodów, w różnych celach, a aparat państwa potrafił nawet
                  na tą okolicznośc ustanowić prawo, zgodnie z którym w imie tzw. wyższych racji
                  donosicielstwo było - i nadal jest - tzw. służbą np. na rzecz bezpieczeństwa
                  narodowego, publicznego itp. każde uzasadnienie w swoim czasie i na czyjś
                  użytek bywa na tyle dobre na ile skuteczne.

                  Które państwo nie utrzymuje sztabu wywiadowców?
                  Oni zaś...wszelkimi dostepnymi sposobami pozyskują informacje, jakich od nich
                  oczekuje pracodawca (czyt.: państwo).

                  Czyż formą donosicielstwa nie jest tzw. skarżenie z którym ma się do czynienia
                  w rodzinach, szkołach, zakładach pracy... chyba we wszystkich instytucjach
                  organizacji życia społecznego?

                  Skarżą dzieci i dorośli.

                  Po co?

                  Jedni ze strachu o własną skórę, inni dla pochwały, jeszcze inni dla pieniędzy
                  czy kariery, jeszcze inni z własnego przekonania, że w ten sposób
                  służą "wyższej sprawie" czy też... społecznemu dobru.

                  Kto popełnia większe zło?: ten kto skarży, czy ten kto tego typu zachowania
                  popiera "dając ucha", a nawet wymaga stosując różne metody nacisku
                  od pochwały, przez zapłatę, do szantażu związanego z bezpieczeństwem
                  niepokornych czy też ich rodzin...

                  Mnie uczono, że nalezy likwidować przyczynę a skutek sam się wyleczy.

                  Gdyby nie było popytu, nie istniałaby podaż.

                  Być może teraz, z innej perspektywy czasu - a także przestrzeni - widać to
                  wszystko nieco inaczej, jednak... czy doprawdy osądzający są pewni, że sami
                  nigdy, pod żadnym pozorem, nawet nieświadomie nie powiedzieli komuś czegoś
                  o czymś czy kimś za dużo? ....zbyt dużo?
                  ...i to nawet żadnej własnej korzyście nie mając na celu ale...ot tak...
                  by powiedzić co się wie...dla samego powiedzenia ...no może czasem by "błysnąć
                  wiedzą"...w towarzystwie dla własnego prestiżu we własnym mniemaniu sad
    • aniouek1 Instytut Prawd Niepodważalnych 28.04.05, 10:59
      polityka.onet.pl/artykul.asp?DB=162&ITEM=1218856
      Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
      • mala20033 Re: Instytut Prawd Niepodważalnych 28.04.05, 14:36
        Czytam te artykuly dotyczace Polski..i wlos mie sie jezy i robi mi sie
        smutno..i jestem przerazona.
        A bardzo ,bardzo boli fakt, ze dla pieniedzy potrafili ksieza donosic na
        ksiezy..to straszliwie wrecz boli.
        • mala20033 Re: Instytut Prawd Niepodważalnych 28.04.05, 15:31
          A to o tej smutnej sprawie..
          To zrozumiałe, że wiele osób broni się przed informacjami, że wśród duchownych
          byli współpracownicy tajnych służb PRL. Zwłaszcza teraz, gdy ból po odejściu
          Jana Pawła II jest jeszcze świeży, trudno jest pogodzić się z wiedzą, że agenci
          w sutannach lub habitach działali też w Jego bezpośrednim otoczeniu, że
          donosili na polskiego papieża komunistycznej władzy.

          Niestety, wiele wskazuje, że tak było i że dominikanin ojciec Konrad Hejmo - od
          lat podpora polskich pielgrzymów w Rzymie - zapewne był jednym z takich ludzi.
          Wspólne wystąpienie na konferencji prasowej szefa Instytutu Pamięci Narodowej
          oraz przełożonego zakonu dominikanów każe sądzić, że dowody w tej sprawie są
          bardzo poważne. O. Maciej Zięba określił je jako "porażające". Jednak im
          szybciej opinia publiczna pozna całość tych materiałów, tym lepiej.

          Dżina agentury wśród księży nie da się już wepchnąć z powrotem do butelki;
          presja opinii jest zbyt wielka. Ale nie warto nad tym boleć. Historii nie da
          się już zmienić, prawda doskwiera - ale też oczyszcza. Bez prawdy nie jest
          możliwa ani szczera skrucha, ale prawdziwe wybaczenie. Ci, którzy zbłądzili,
          potrzebują prawdy najbardziej
          • kendo Re: Instytut Prawd Niepodważalnych 28.04.05, 18:40
            no i faktycznie smutna historjasad(
        • aniouek1 Mala…czy znasz na planecie Ziemia kraj RAJ? 29.04.05, 08:09
          mala20033 napisała:

          > Czytam te artykuly dotyczace Polski..i wlos mie sie jezy i robi mi sie
          > smutno..i jestem przerazona.

          …ja nie znam, a jeśli Ty znasz to jesteś szczęśliwym człowiekiem

          Nie ma kraju w którym nie działaby się podłość. Nie istnieje taki kraj,
          w którym jedni nie chcieliby panować nad innymi. Wciąż tylko trwa walka kto,
          kiedy i nad kim…
          Metody są różne.
          Z reguły od prawie wszystkich można dostać mdłości, włos się zjeżyć może,
          przerażonym być także można (bywa, że już samo przerażenie jest celem
          zabiegów)... a smutek… smutek zabija nadzieję, więc jest niezwykle pożądanym
          stanem ducha zwłaszcza u tych…którzy mają być poddani, posłuszni, pokorni
          i…przygięci nisko.

          Tak…tu w kraju nad Wisłą…znów smutek z nadzieją …przerażoną nadzieją walczy.

          Co tylko…narodowe rekolekcje…przedziwnie bo w czas żałoby, nadzieję rozpaliły
          w sercach milionów na…lepsze…na choćby ludzką życzliwość
          I co?
          Nie podobała się ta nadzieja i…trzeba było przynajmniej spróbować bardzo
          niebezpiecznie brzmiące w ludzkich sercach słowa: „nie lękajcie się…”
          zagłuszyć przerażeniem…sterroryzować nadzieję smutkiem…

          Jedność, zryw cudny, oddolne działanie co jak mówiono… zawstydzało władzę –
          dojrzałością osądów, umiejętnością samoorganizacji zewnętrznie w żaden sposób
          nie rezyserowaną… posłuszną jedynie instynktowi by…dobrym być i odpowiadano na
          wezwanie „otwórzcie serca…” mądrością i czynieniem dobra …

          Ale… to nie mogło się podobać urządzaczom naszego społecznego świata…

          „Masa jest masa i ma być posłuszna.”
          Komu?
          Tym „lepszym” – czytaj: tym co potrafią zasiać smutek i zabić nadzieję, by…
          samym się kreować na jedynie słuszną siłę sterującą i jedyną nadzieję na
          mgliste gdzieś i kiedyś „lepsze ziemskie jutro” jako posiadająca monopol
          wszechwiedzy, wszechwładzy i metodę sprawowania rządów nad materią i stanem
          ducha mas.

          No i stało się…
          Informacja podana w nieprzypadkowym czasie i nie przypadkowej przestrzeni,
          sprawiła, że… narodowe rekolekcje intensywnie przykrywa cień… wciskający się
          drapieżnie wszędzie, w każdą głowę bezpardonowym naporem mas-mediów.

          Dlaczego i po co takie posunięcie…to zbyt trudne by się nad tym zastanawiać,
          zbyt trudne dla wielu…wszak gdzie emocje biorą górę nad rozumem… rozum milczy …
          Istotny jest podział …już są ci co „za” i ci co są „przeciw”…a jakże…są także
          tzw. niezdecydowani, obojętni, wyalienowani, a najczęściej po prostu
          najzwyklejsi asekuranci.

          Wskazano nam „do przodu” wpychając nas w przeszłość i to tą posępną, przykrą
          w której…nisko pochyleni, szarzy, niemal zupełnie wyzuci z nadziei…

          Jedność …diabli wzięli i diabli się cieszą… Jan Paweł II spogląda przez okno
          w DOMU Ojca i…chyba Mu smutno…

          Niegdyś On z ledwo tlących się resztek nadziei rozdmuchał w nas odważny ogień
          … „nie lękajcie się…” słyszeliśmy…i uwierzyliśmy, że można strach odrzucić
          i nadziei pięknej nadać kształt realny spełnianych marzeniach…

          Dziś…znów przygaszono nas…i to…śmierdzącymi pomyjami z czasów minionych PRL-u…
          tak jakby …miały one nadal trwać…przynajmniej w nas…fetorem i…a nuż
          …znów złość urodzi się, nienawiść …
          Dla tych co za kurtyną IPN, chyba zupełnie już nieważne czy wobec donosiciela,
          czy jego – samozwańczego równocześnie sędziego i kata - …najważniejsze by zło
          w nas odżyło…
          Wówczas …oni będą świętować zwycięstwo…
          A my? …co będzie z nami?

          Napisałaś:
          > A bardzo ,bardzo boli fakt, ze dla pieniedzy potrafili ksieza donosic na
          > ksiezy..to straszliwie wrecz boli.

          Mala…dla mnie…jakoś nieważne, że ksiądz na księdza… bo…ja prosto…widzę
          człowiek - człowiek i…nie ma to dla mnie w takich kwestiach żadnego właściwie
          znaczenia czy duchowny czy świecki jak i to czy …mężczyzna czy kobieta…
          ja..widzę człowieka. I po jednej i po drugiej stronie…prosto …po prostu widzę
          człowieka.

          Napisałaś, że „dla pieniędzy potrafili księża donosić na księży” i, że
          to „wręcz straszliwie boli”

          A gdy nie ksiądz i nie na księdza ale świecki na świeckiego i gdyby nie dla
          pieniędzy to co?
          Bolałoby mniej?

          Donosicielstwo jest praktykowane – i to – zgodnie z ustalanym przez rządzących
          prawem – od zawsze.
          Napisałam co mi o tym wiadomo, troszku obszerniej w poście powyżej.
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=11087&w=23285612&a=23315557
          Donosi człowiek na człowieka i o ile wiem nie istnieje taki kraj w którym
          z publicznych pieniędzy nie są utrzymywani funkcjonariusze wywiadu, którzy
          wszelkimi dostępnymi sobie metodami zabiegają o zdobycie informacji, których
          oczekują od nich pracodawcy (czyt.: rządzący państwami).
          Po co?
          By skuteczniej „rządzić”, by skuteczniej „wyznaczać kierunek”, by po prostu
          panować człowiek nad człowiekiem, jedna grupa nad drugą, a wreszcie i bywa tak,
          że państwo nad innym państwem.
          Walka trwa bezustannie o…władzę, wpływy i…oczywiście także o pieniądze.
          Żadną tajemnicą nie jest, że np. wojna z jednej strony jest koszmarem,
          dramatem, tragedią ale z drugiej…jest wspaniałym interesem dla
          przedsiębiorczego biznesu …choć brzmi to… paradoksalnie i jak jakiś kiepski
          horrorowaty, czarny dowcip… jest po prostu faktem.

          Napisałaś, że bardzo boli fakt, „że dla pieniędzy” …a gdyby w jakimś tam
          mniemaniu dla własnej chwały to…nie bolałoby tak bardzo?

          Nie jestem pewna, czy jakakolwiek jest różnica dla kogoś kto ucierpiał z jakich
          pobudek ktoś go skrzywdził – o ile czuje się skrzywdzony.

          A jeśli ktoś ot tak.. gada dużo bo lubi i…właściwie żadnego własnego interesu
          w tym gadaniu o jakichś sprawach, jakichś ludziach nie ma, a jeśli już to
          z własnej próżności gada by „błysnąć wiedzą” w towarzystwie - w swoim własnym
          mniemaniu – wyłącznie dla „błyśnięcia” to…gdy takim nieświadomym skutków
          dalszych gadaniem, przyczyni się np. do tego, że ktoś…zostanie pozbawiony
          pracy, albo…np. żony czy męża to czy takie beztroskie zachowanie w gadaniu -
          dla samego gadania - boli czy nie boli?

          Moim zdaniem…zło wyrządzone jest zawsze złem …inną sprawą, że TYLKO świadomie
          i dobrowolnie czynione jest zgodnie z Bożym prawem grzechem.

          Jeśli zaś, nie świadomie i nie dobrowolnie to…grzechem nie jest…mimo, że może
          sprawiać dotkliwy ból i krzywdę wyrządzać wielką …nie tylko człowiekowi…

          Bywa, że kogoś boli myślenie, wówczas skutki jego bezmyślności…bolą głównie
          jego otoczenie… najdotkliwiej zranić potrafi, człowiek, który zamiast serca ma
          w piersi swojej zimny kamień
          ...biedny człowiek... kaleki bez umiejętności doznawania miłości... prawdziwie
          mądrej, bezkresnej i egoizmem w żadnym wymiarze nie zniewalanej miłości...
          • kendo Re: Mala…czy znasz na planecie Ziemia kraj 30.04.05, 14:31
            a ja napisze krotko,

            Raju takiego w pelni slowa znaczeniu niema na ziemi,
            ale sa lagodniejsze jego namiastki,
            gdzie niema przemocy fizycznej,ale jest psychiczna
            i ta tez jest zla....ale mozna zyc i omijac je jak sie uda.
    • aniouek1 Opowiem moją historię 02.05.05, 18:53
      artykuł AGNIESZKI RYBAK - Losy ludzi z listy Wildsteina

      Esbecy, ich współpracownicy oraz pokrzywdzeni. Żywi i zmarli. Sławni i
      anonimowy tłum. Od ubiegłego tygodnia 240 tys., a może tylko 160 tys. nazwisk
      figuruje w Internecie. Nie identyfikuje ich nic poza tajemniczym numerem IPN.
      Mówi się dziś o nich „ludzie z listy.”

      W czwartek wieczorem po powrocie do domu Jan Grosfeld, profesor, kierownik
      myśli społecznej Kościoła na warszawskim Uniwersytecie Kardynała Stefana
      Wyszyńskiego, usłyszał na automatycznej sekretarce głos przyjaciela: „Cześć, tu
      TW Krokodyl”. Zabawna forma skrywała przykrą treść: przyjaciel znalazł się na
      liście. Profesor też na niej był, o czym dowiedział się w ciągu dnia. Ale
      zachował się jak niewierny Tomasz, co nie uwierzy, jak nie zobaczy. Włączył
      komputer i wśród rzędu innych anonimowych imion i nazwisk odnalazł własne. –
      Pomyślałem, że moja wiedza o tym, że nie byłem współpracownikiem, już nie
      wystarczy. Stres płynie z tego, że funkcjonuję w sferze publicznej: na uczelni,
      w prasie, radiu i telewizji, wreszcie w Kościele.

      Grosfeld złożył wniosek o udostępnienie teczki w IPN. Postąpił jak tysiące
      innych, sprowokowanych listą osób. Mimo że ujawniony w Internecie zbiór to
      przede wszystkim inwentarz warszawski, teczkami żyje cała Polska.

      – Katowicki oddział IPN odwiedzały tygodniowo dwie, trzy osoby, teraz jednego
      dnia już kilkanaście – mówi Andrzej Sikora, dyrektor placówki. Podobnie jest
      w Gdańsku, Łodzi, Krakowie. W piątek w samej tylko Warszawie wnioski o wgląd
      do teczek złożyło około tysiąca osób. Kolejka się wydłuża.

      Można powiedzieć: mieli szczęście. Na liście, zanim jeszcze ją upubliczniono,
      odnaleziono osoby, które jak prof. Jadwiga Staniszkis, publicysta Michał Komar,
      historyk opozycji Zbigniew Gluza czy artyści Violetta Villas, Jan Pietrzak,
      Daniel Olbrychski i Piotr Fronczewski ani agentami, ani współpracownikami nie
      były, co mogły udowodnić. W dużej mierze dzięki takim przypadkom nikt dziś
      oficjalnie nie mówi: to lista agentów. Ale myśli wędrują własnym tropem.
      Rodzina, sąsiedzi, znajomi, firma – niby nic się nie zmieniło, ale ludzie z
      listy analizują teraz każde spojrzenie, spuszczenie wzroku, ton głosu,
      niepokoją się, czy telefon będzie dzwonił tak często jak dotychczas.

      Do przeszklonego budynku Sądu Najwyższego przy placu Krasińskich i
      gierkowskiego wieżowca przy Towarowej w Warszawie – siedzib IPN – przychodzą
      więc profesorowie, aktorzy, księża, wydawcy, dawna opozycja.

      – To najmodniejsze lokale w mieście – zauważa jeden z dziennikarzy. Kamery nie
      wychodzą z budynków, radiowcy podsuwają mikrofony. Choć trudno sobie wyobrazić,
      że wszyscy szturmujący dziś IPN to tylko ofiary. Wszak ofiar jednak, co
      nieśmiało między wierszami dają do zrozumienia historycy z IPN, jest tam
      mniejszość.

      c.d.n.
      • aniouek1 c.d. "opowiem..." 02.05.05, 18:56
        W czwartek wieczorem po powrocie do domu Jan Grosfeld, profesor, kierownik
        myśli społecznej Kościoła na warszawskim Uniwersytecie Kardynała Stefana
        Wyszyńskiego, usłyszał na automatycznej sekretarce głos przyjaciela: „Cześć, tu
        TW Krokodyl”. Zabawna forma skrywała przykrą treść: przyjaciel znalazł się na
        liście. Profesor też na niej był, o czym dowiedział się w ciągu dnia. Ale
        zachował się jak niewierny Tomasz, co nie uwierzy, jak nie zobaczy. Włączył
        komputer i wśród rzędu innych anonimowych imion i nazwisk odnalazł własne. –
        Pomyślałem, że moja wiedza o tym, że nie byłem współpracownikiem, już nie
        wystarczy. Stres płynie z tego, że funkcjonuję w sferze publicznej: na uczelni,
        w prasie, radiu i telewizji, wreszcie w Kościele.

        Grosfeld złożył wniosek o udostępnienie teczki w IPN. Postąpił jak tysiące
        innych, sprowokowanych listą osób. Mimo że ujawniony w Internecie zbiór to
        przede wszystkim inwentarz warszawski, teczkami żyje cała Polska.

        – Katowicki oddział IPN odwiedzały tygodniowo dwie, trzy osoby, teraz jednego
        dnia już kilkanaście – mówi Andrzej Sikora, dyrektor placówki. Podobnie jest w
        Gdańsku, Łodzi, Krakowie. W piątek w samej tylko Warszawie wnioski o wgląd do
        teczek złożyło około tysiąca osób. Kolejka się wydłuża.


        Jan Pietrzak: SB nie dawało mi żyć (fot. W. Druszcz)

        Można powiedzieć: mieli szczęście. Na liście, zanim jeszcze ją upubliczniono,
        odnaleziono osoby, które jak prof. Jadwiga Staniszkis, publicysta Michał Komar,
        historyk opozycji Zbigniew Gluza czy artyści Violetta Villas, Jan Pietrzak,
        Daniel Olbrychski i Piotr Fronczewski ani agentami, ani współpracownikami nie
        były, co mogły udowodnić. W dużej mierze dzięki takim przypadkom nikt dziś
        oficjalnie nie mówi: to lista agentów. Ale myśli wędrują własnym tropem.
        Rodzina, sąsiedzi, znajomi, firma – niby nic się nie zmieniło, ale ludzie z
        listy analizują teraz każde spojrzenie, spuszczenie wzroku, ton głosu,
        niepokoją się, czy telefon będzie dzwonił tak często jak dotychczas.

        Do przeszklonego budynku Sądu Najwyższego przy placu Krasińskich i
        gierkowskiego wieżowca przy Towarowej w Warszawie – siedzib IPN – przychodzą
        więc profesorowie, aktorzy, księża, wydawcy, dawna opozycja.

        – To najmodniejsze lokale w mieście – zauważa jeden z dziennikarzy. Kamery nie
        wychodzą z budynków, radiowcy podsuwają mikrofony. Choć trudno sobie wyobrazić,
        że wszyscy szturmujący dziś IPN to tylko ofiary. Wszak ofiar jednak, co
        nieśmiało między wierszami dają do zrozumienia historycy z IPN, jest tam
        mniejszość.
        • aniouek1 Re: c.d. "opowiem...." 02.05.05, 18:59
          Jan, kombatant z AK, rocznik 1925. Maria Zielińska, współpracownik KOR, oficyny
          wydawniczej Nowa i Agencji Solidarności AS, dziś w agencji nieruchomości.
          Tadeusz Bandzerewicz, emeryt z Grodziska. Grażyna Ignaczak-Bandych, warszawska
          radna PiS i wykładowca na prywatnej uczelni. Jolanta Strzelecka, była
          redaktor „Tygodnika Powszechnego” i „Tygodnika Solidarność”, Dariusz Urbaniak,
          muzyk, Barbara Bańka, była pracownik ambasady kubańskiej i Centrali Handlu
          Zagranicznego. Czują się niewinni. W IPN złożyli wnioski o dostęp do teczek.
          Chcą swoje historie upublicznić, bo wierzą, że jeśli to ich teczki, w
          najbliższym czasie otrzymają status pokrzywdzonego.

          Być na liście

          Na wieść o tym, że jest na liście, Barbara Bańka najpierw się uśmiechnęła.

          – Potem jednak poczułam, że to nieprzyjemne. Maria Zielińska już nie miała
          wątpliwości, że musi przyjść do IPN. Jest rozgoryczona:

          – Muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Grażynę Ignaczak-Bandych ktoś
          niedawno przywitał per „figurant”. Niby miło, ale niezupełnie. Odpowiadała
          rezolutnie, że wstyd na tej liście nie być. – Mąż zapytał, kto cię wrobił? –
          opowiada. Byli parą już od liceum. Nie mieli żadnej oddzielnej, dorosłej
          przeszłości, nic w jej życiu nie działo się bez jego udziału. – Może to
          zbieżność nazwisk? – przypuszcza. Jan Grosfeld w nocy nie mógł zasnąć. – To z
          zimna, ciśnienie się zmieniało – mówi. Bo trudno się przyznać do własnego
          cierpienia komuś, kto często mówi ludziom, że krzyż zesłany przez Boga jest
          dobrem dla człowieka wiary.

          – Pan Bóg przyszedł do mnie przez taki fakt. Jak potem żyć? Tak jak przedtem?
          Tłumaczy: – Jeśli chrześcijanin nie potrafi zawierzyć Bogu, jest poganinem.
          Jego żona, jak mówi, pociesza go, że przez to doświadczenie lepiej zrozumie
          ludzi.

          Jolanta Strzelecka, związana w latach 80. z „Tygodnikiem Powszechnym”
          i „Tygodnikiem Solidarność”, gdy zobaczyła na liście jednakowo brzmiące imię i
          nazwisko dzwoniła do wszystkich znajomych i informowała: „Jestem na liście”.
          Krzysztof Wyszkowski, który upublicznił sprawę teczki Małgorzaty
          Niezabitowskiej, odpisał jej: „Wypchaj się. To nie ty”. Mimo to Strzelecka
          przyznaje: – Nie powiem, żebym nie miała tzw. złej nocy.

          Do IPN trafiają z takim niewyspaniem. Atmosfera w tłumie jest gorąca. Wielu
          przyznaje się do opozycyjnej przeszłości i nosi się z dawnym niedbałym sznytem
          lat 80. – rozciągnięty sweter, za duża kurtka, ogromna torba. Nikt nie mówi:
          donosiłem, kapowałem, podpisywałem, współpracowałem. Wielu: muszę sprawdzić, to
          pomyłka, jestem pokrzywdzonym.
          • aniouek1 Re: c.d. "opowiem...." 02.05.05, 19:02
            Żyć w PRL

            Ich historie opowiadane chaotycznie w kolejce są jak blaknące pocztówki
            z przeszłości. Składają się na małą, prywatną historię powojennej Polski.

            Styczeń, rok 1945. Pana Jana (wysoki, wyprostowany, w intensywnie fioletowym
            szaliku noszonym do szarego eleganckiego płaszcza) nowa władza wita aresztem.
            To wtedy normalne, był członkiem AK, który jako 17-latek z papierami z
            podrasowaną datą urodzenia szedł z bronią na pierwszą akcję. Wypuścili go po
            miesiącu. Doskonale pamięta, co w latach 50. UB robiło kolegom. Dlatego do dziś
            się nie przedstawia z nazwiska. Na wszelki wypadek.

            Lata 60. Tadeusz Bandzerewicz, od 13 lat emeryt, pracuje w zakładzie w
            Grodzisku jako główny mechanik. Odpowiada za ruch maszyn. Narada produkcyjna
            goni naradę. Plany są bardzo napięte, a jak na jakimś zakładzie stanie maszyna,
            podejrzenie pada na głównego mechanika. Pojawiają się dziwni panowie i pytają,
            kto winien. – No, awaria to awaria, człowiek się nie orientował – odpowiada.
            Egzekutywa partyjna skarżyła się na niego za plecami. W końcu dyrektor mu
            poradził, by wstąpił do partii. Posłuchał go w 1966 r., ale ślub kościelny brał
            i dzieci chrzcił bez problemu. A inni mieli z tym kłopot.

            W 1968 r. Maria Zielińska studiuje ekonomię polityczną na Uniwersytecie
            Warszawskim. Bierze udział w strajku na uczelni. Ma szczęście, że jej nie
            wyrzucono. Za manifestacje wylatuje z partii tylko ówczesny narzeczony, dziś
            zresztą prominentny lewicowy działacz.

            W marcu 1968 r. do domu Jana Grosfelda, gdzie mieszkał z rodzicami i siostrą,
            wchodzi milicja. O tym, że wywrócili wszystko do góry nogami, przypomniał sobie
            dopiero, gdy archiwista z IPN doszedł do rubryki „rewizje w mieszkaniu”. Wielu
            jego przyjaciół i znajomych wtedy wyjechało. Złe, syjonistyczne pochodzenie
            przeszkadzało władzy ludowej.

            Rok 1980. 17-letnia Grażyna Ignaczak, jeszcze nie Bandych, idzie na strajk na
            uczelnię. Dostaje się na romanistykę, pierwszy rok studiów współgra z
            karnawałem Solidarności. W NZS działa wtedy, szczuplejszy o kilka kilogramów
            wysoki blondyn, Marcin Władysław Sobocki. Jest w Radzie Warszawskiej
            Zrzeszenia, szefuje komitetowi strajkowemu, działa w uczelnianym komitecie
            strajkowym. Karnawał kończy się nocą 13 grudnia stanem wojennym. Maria
            Zielińska pamięta ten moment doskonale. Zapchanym samochodem wracała wtedy z
            posiedzenia Komisji Krajowej w Gdańsku. Patrol Milicji Obywatelskiej ciemną
            nocą zatrzymał ich w Nowym Dworze Mazowieckim. Słuchali radia, bo nie
            wiedzieli, co się stało. Siedziała przez 48 godzin.

            W 1982 r. w stanie wojennym Grażyna Ignaczak wychodzi za mąż. Nadal chodzi na
            manifestacje, msze za ojczyznę, narodowe pogrzeby: Grzegorza Przemyka i ks.
            Jerzego.

            W styczniowe mroźne południe 1985 r. na Powązkach pochowano Marię U., kapitana
            MSW, z którą teraz też jest na liście. Maria U. odeszła tak, jak żyła – z
            komunistycznymi zasadami. Księdza zastąpiła kompania milicjantów, którzy nad
            grobem wystrzelili honorową salwę. Kilka lat później, już po transformacji, z
            marmurowego pomnika ktoś wydłubał zdjęcie. Rodzina do dziś się zastanawia, czy
            to był przypadek.
            Służby mundurowe rządziły się wtedy swoimi prawami. Dariusz Urbaniak, muzyk, w
            instytucji wojskowej odpracował wojsko. Grał w orkiestrze. Próbowali go
            nakłonić, by wstąpił do ZMS, więc odszedł. – Z muzyką wiązałem nadzieje na
            przyszłość – tłumaczy. Barbara Bańka, śniada cera, krótkie kruczoczarne włosy,
            piwne oczy, pracowała wtedy jako tłumacz w ambasadzie kubańskiej, a potem w
            Centrali Handlu Zagranicznego. Perfekcyjnie opanowany hiszpański wykorzystuje
            do dziś – udziela korepetycji. – W życiu nikomu krzywdy nie zrobiłam. Nie
            podejrzewałam, że jestem na jakiejkolwiek liście.
            • aniouek1 Re: c.d. "opowiem...." 02.05.05, 19:04
              Próba łamania

              Gdy mija zaskoczenie i szok, przychodzi czas na uporczywe grzebanie w pamięci.
              Odtwarzanie możliwych sytuacji kontaktu z SB. Zwłaszcza składania podpisów.
              Maria Zielińska pamięta, że grudniowej nocy, gdy ją zatrzymano, podpisała
              lojalkę. – Ale zaraz po wyjściu opowiedziałam o wszystkim Helenie Łuczywo, a
              potem kolegom z opozycji.

              Jolanta Strzelecka twierdzi: – Ja nawet nie podpisywałam protokołów z
              przesłuchań. Jest prawnikiem, zwraca na to uwagę, chyba by pamiętała. Pewność
              mąci jednak doświadczenie ostatnich dni. Przy okazji sprawy Małgorzaty
              Niezabitowskiej przeglądała pożółkłe numery „Tygodnika Solidarność” z 1981 r.
              Znalazła tam artykuły podpisane swoim nazwiskiem, a nie przypomina sobie, żeby
              je pisała. – Więc mogę się mylić – zapowiada.

              SB wykorzystywała starania o paszport. Wiedziała, że dla naukowców oraz ludzi
              sztuki pokusa wyjazdu jest szczególnie nęcąca. A kontakt ze światem niezbędny
              do pracy. Jan Grosfeld pamięta, że starając się o wyjazd do znajomych, którzy
              po 1968 r. wyemigrowali do Szwecji, został wezwany do Biura Paszportowego na
              Kruczą. We wskazanym pokoju zamiast znudzonej urzędniczki zastał dwóch
              mężczyzn. – Jest pan bardzo inteligentnym człowiekiem – komplementowali. – Może
              przy okazji wyjazdu powiedziałby pan nam po powrocie, co się dzieje w
              środowisku szwedzkiej opozycji? Zagrozili, że z paszportu będą nici.
              Odpowiedział, że z tą inteligencją to bez przesady. Poza tym może wypoczywać w
              Polsce. Po wyjściu relacjonował znajomym tę rozmowę. Paszport dostał, wyjechał.
              Teraz mówi: – Nie pamiętam, czy moim przyjaciołom w Szwecji też opowiadałem.

              Po latach Dariusz Urbaniak przypomina sobie kilka sygnałów, które powinny go
              zaniepokoić. – W sytuacjach towarzyskich zbierano informacje na temat moich
              kolegów, przyjaciół – mówi. Wtedy do tego nie przywiązywał wagi. Teraz nie
              byłby już tak niefrasobliwy.

              Grażyna Ignaczak-Bandych nigdy nie myślała o sobie jako o zasłużonym działaczu.
              Żyła w przekonaniu, że inni mieli większe zasługi i to nimi, a nie skromną
              studentką, wedle wszelkich zasad logiki, powinno interesować się SB. Nigdy nie
              była zatrzymana, pałowana, nie starała się o paszport, nikt nie wzywał jej na
              rozmowy do Pałacu Mostowskich. Teraz jednak, jak to sobie analizuje, uważa, że
              mogli się nią zainteresować podczas strajku. Mógł też coś powiedzieć znajomy,
              swego czasu bywalec domu, który pewnego dnia po prostu zniknął. Odnalazł się za
              granicą. Okazało się, że dostał paszport w najgorszym czasie, kiedy rzadko
              dawano je za darmo.

              SB szukała współpracowników w zakładach pracy. Chcieli wiedzieć, co naprawdę
              myśli i mówi klasa robotnicza. Bandzerewicz domyśla się, że teczkę mogli mu
              założyć po tym, gdy złożył wniosek racjonalizatorski, ale mimo namowy, nie
              zgodził się na patent. Za to go zdegradowali. – Więc teraz chcę zobaczyć, co
              oni tam zbierali na mnie. Nie podejrzewam, że coś strasznego, ale mogę się
              dowiedzieć, kto był taki usłużny!

              Pozostają jeszcze sąsiedzi, znajomi.

              K., znany wydawca, którego nazwisko figuruje na liście, wie, że niczego nie
              podpisał i na nikogo nie donosił. Ale wie również, że u sąsiada na górze SB
              zainstalowała kiedyś podsłuch. Kilka lat temu sąsiad spotkał żonę na ulicy i o
              podsłuchu opowiedział.

              K. nie sprawdzał, czy jego nazwisko figuruje na liście. – Ale dlaczego jest tam
              moje? – zastanawia się.

              Strzelecka w czasie stanu wojennego wraz z Jackiem Ambroziakiem pełniła funkcję
              pogotowia prawnego dla ludzi z „Tygodnika”. Wtedy z własnej inicjatywy chodzili
              na Rakowiecką pytać o losy kolegów. Po wznowieniu „Tygodnika Powszechnego”,
              jeszcze chyba w stanie wojennym była sprawozdawcą parlamentarnym gazety. Wtedy
              wzięła na siebie rolę łącznika między władzą a opozycją. Przekazywała marszałek
              Halinie Skibniewskiej nazwiska osób z podziemia, które chciały się ujawnić.
              Skibniewska oddawała je jakiemuś pułkownikowi, a na następnej sesji
              przekazywała, na jakich warunkach to ujawnienie może nastąpić. – Była to forma
              uznania przeze mnie, że taka instytucja jak SB istnieje. Czy to wystarczyło, by
              znaleźć się na liście?

              I tylko rodzina Marii U., pochowanej z honorami na Powązkach, nie ma
              wątpliwości, dlaczego kapitan figuruje na liście Wildsteina. Była etatowym
              pracownikiem MSW, nie SB. Zmarła bezpotomnie. Choć przez tych kilka dni nic w
              sferze faktów związanych z jej osobą się nie zmieniło, rodzina będzie stawiać
              znicze na jej grobie bardziej drżącą ręką. Do najbliższych dotarła bowiem
              prawda, że nie wiedzą, kim naprawdę była.
              • aniouek1 Re: c.d. "opowiem...." 02.05.05, 19:10
                Potrzeba oczyszczenia

                Gdyby Bronisław Wildstein nie nagłośnił listy, większość kłębiących się dziś w
                IPN osób żyłaby w nieświadomości, że w czeluściach archiwów istnieją jakieś
                papiery na ich nazwisko. Do IPN nigdy by nie przyszli. Pojawienie się listy
                rozbudziło ciekawość. Teraz w korytarzach Instytutu pełno jest Janów Kowalskich
                i Janów Nowaków, którzy pewności nie mają, więc wolą się sprawdzić. Popularne
                nazwiska powtarzają się kilkadziesiąt razy. Bywa, że kilkanaście razy w
                towarzystwie tego samego imienia.

                W kolejkach ustawiła się część dawnej opozycji, która, jak Maria Zielińska, dla
                zasady odmawiała sobie wglądu do akt. – Znam teczkę brata i przyjaciela.
                Czytałam je z zażenowaniem. Było tam o tym, z jakimi pannami się spotyka. Na to
                szły nasze pieniądze.




                Jolanta Strzelecka, której znajomi odradzali wgląd do akt, teraz, ze względów
                zrozumiałych, uzyskała ich akceptację. – Mnie nie interesuje, kto donosił,
                tylko nazwiska ubeków, którzy łamali ludzi. Co teraz robią? Jak się im powodzi?
                Dla poznania tej prawdy przyjechała spod Puszczy Kampinoskiej.

                Dziennikarz Jacek B., spotkany w siedzibie IPN, przypuszcza, że na liście
                znalazł się dlatego, że jego i kilku kolegów z SGPiS chciano zwerbować do
                wywiadu. Piotr G. pracował w młodości jako sanitariusz w szpitalu MSW, czyli
                był pracownikiem resortu. On i komplet jego ówczesnych kolegów znaleźli się na
                liście.

                W oddziałach IPN, w kolejkach osób starających się o wgląd do teczek, wybuchają
                spory. Emocje sięgają zenitu. – Niech pani napisze, że gdybym spotkała
                Wildsteina, to naplułabym mu w oczy. Potępiam IPN – mówi J., elegancka
                szatynka, redaktor, o nazwisku tak oryginalnym, że próżno go szukać w książkach
                telefonicznych. Choć ani ona, ani mąż nigdy politycznie się nie udzielali, a za
                tym, co po 1989 r. zaistniało, byli jedynie duszą i sercem, to ich nazwisko
                dwukrotnie figuruje na liście. Niedawno przeprowadziła się na osiedle domków
                jednorodzinnych. Jej sąsiedzi to ludzie szanowani, tak się złożyło, że w
                większości prawica. – Nie wiem, kto o tym wie. Wydaje mi się, że wszyscy.
                Wczoraj spotkała znajomą. Wywołała temat: „Wiesz, że jestem na liście?”.
                Usłyszała: „Tak, wiem, zastanawiałam się, co z tym zrobić”. – Lustracja jest
                dla polityków. Skrzywdzono nas strasznie.

                Ale wielu ludzi z listy popiera lustrację. I dzisiaj można tam usłyszeć: to
                było konieczne. Strzelecka twierdzi: – W rozliczaniu przeszłości mamy
                zaległości od kilkunastu lat. Jan Grosfeld: – Parę osób powinno czuć wyrzuty
                sumienia, że przeszli zbyt łatwo do porządku dziennego nad zbrodniami komunizmu.

                Grażyna Ignaczak-Bandych była na wiecu poparcia dla Bronisława Wildsteina.

                – On ujawnił coś, co i tak istniało. Nie godzę się z tym, by ktoś dysponował
                nielegalnie zebraną o mnie wiedzą.

                Więc obowiązkiem państwa jest pozwolić ludziom się oczyścić.

                Nawet zwolennicy lustracji przyznają, że z takiego sposobu jej przeprowadzenia
                cieszą się dwie grupy: prominentni działacze partyjni, którzy z reguły nie byli
                werbowani, oraz tacy, którzy nigdy w nic się nie angażowali. Z lenistwa lub
                strachu. Nikt ich nie namierzał, nie łamał charakterów. W obu systemach żyją
                dostatnio i spokojnie. A obserwując obrazki z IPN, z satysfakcją mogą
                stwierdzić, że wybrali dobrze.

                Teraz jednak, niezależnie od ocen, los ludzi z listy, którzy mają poczucie
                skrzywdzenia, znajduje się w rękach IPN, który jest właściwym autorem listy
                Wildsteina. Od sprawności działań archiwistów, tempa sprawdzania teczek zależy
                czas psychicznego dyskomfortu, złości, rozżalenia. Zawieszenia między statusem
                podejrzanego a niewinnego. Trzeba przez to przejść. Tyle tu jednak reakcji, ile
                nazwisk na liście. A nie każdy jest wyrozumiały. Prawda nie zawsze jest
                wygodna. Potrzeba jej jednak nawet wtedy, jeśli okazuje się najgorsza.
    • aniouek1 ACH, CI POLACY! 03.05.05, 18:15
      Polacy dziwią i zadziwiają Europę

      Europa od roku, z widocznym trudem, przyzwyczaja się do Polaków.
      Ze zdziwieniem odkrywa ten 38-milionowy naród, który „przyszedł ze wschodu”
      i jest inny niż inni. I wnikliwie go opisuje. Takiej fali zainteresowania nie
      mieliśmy od lat.

      Od czasu, gdy przed dwoma laty prezydent Francji Jacques Chirac radził nam,
      byśmy skorzystali z okazji i siedzieli cicho, już nawet do francuskich elit
      politycznych dotarło, że Polacy cicho usiedzieć nie potrafią. Wojna w Iraku,
      spór o konstytucję europejską i delokalizację (czyli przenoszenie miejsc pracy
      ze starych do nowych państw członkowskich UE), pomarańczowa rewolucja na
      Ukrainie, a wreszcie śmierć Jana Pawła II – żadne z pięciu najważniejszych
      wydarzeń ostatnich miesięcy, będących przedmiotem zażartych sporów i polemik
      prasowych, nie obyło się bez naszego udziału.


      O zmianie klimatu wokół Polski najlepiej świadczy fakt, że nawet zdjęcia
      furmanek, tej upiornej wizytówki polskiej wsi, nie schodzącej przez lata z
      czołówek europejskich gazet – całkiem niepostrzeżenie wreszcie z nich zniknęły.
      Dziennikarze europejskich gazet ekonomicznych, takich jak „Financial Times”,
      wyszukują co bardziej optymistyczne historie z Polski rodem: o radzących sobie
      lepiej niż ich niemieccy partnerzy gliwickich zakładach Opla; o rosnącym wciąż
      mimo wahań kursie złotówki, eksporcie do krajów Unii; o euroentuzjastycznych
      rolnikach, którzy okazali się największymi bezpośrednimi beneficjentami naszego
      przystąpienia do UE. Nawet gdy mowa dziś o polskich lekarzach, to nie o tych,
      którzy strajkują w Grójcu czy Mławie, lecz tych, na których czekają już
      pacjenci w Szwecji. Opiniotwórczy „International Herald Tribune” twierdzi
      wręcz, że katolicka Polska ze swą niesłychanie mobilną siłą roboczą i
      wielomilionową rzeszą rodaków za Oceanem ma szansę szybko stać się nową
      Irlandią.

      Ostatnie 12 miesięcy było więc niewątpliwie rokiem odkrywania Polski przez
      Europę. Tych głównych odkryć można naliczyć aż pięć.
      • aniouek1 PO PIERWSZE: Polska ma gabaryty 03.05.05, 18:19
        Europa Zachodnia przekonała się, że Polska jest bytem politycznym o całkiem
        sporych gabarytach, którego nie można ot tak sobie przeturlać z kąta w kąt.
        Jeśli wierzyć sondażom i francuskiej prasie, „czynnik polski” może nawet
        zaważyć na wyniku francuskiego referendum w sprawie unijnej konstytucji, które
        odbędzie się 29 maja.

        56 proc. Francuzów woli odrzucić konstytucję (napisaną wszak pod dyktando
        paryskiego establishmentu politycznego i w trosce o interesy Francji), byle
        byśmy tylko nie pozbawili ich miejsc pracy, skłaniając francuskie firmy do
        przenosin nad Wisłę.

        Co ciekawe, liczba przeciwników konstytucji, gotowych głosować non, wzrosła tuż
        po telewizyjnej debacie z udziałem Jacquesa Chiraca, w której prezydent
        usiłował przekonać młodych Francuzów do korzyści płynących z przyjęcia „Polski”
        do UE. Właśnie tak, „Polski” w cudzysłowie, albowiem, jak się okazuje, mówiąc o
        Polsce, Francuzi mają na myśli wszystkie nowe państwa członkowskie ze wschodu
        Europy, tę „połać Europy rozciągającą się od Zatoki Ryskiej do wybrzeża
        Dalmacji”, jak zauważa francuski politolog Alexandre Adler. Niestety,
        wizja „Polski” od morza do morza przeraziła rodaków gen. de Gaulle’a tak
        bardzo, że nawet informacja, iż francuski eksport tamże wzrósł w ciągu roku
        czterokrotnie (!) – co oznacza 130 tys. nowych miejsc pracy we Francji – nie
        zrobił na uczestnikach dyskusji oczekiwanego wrażenia.

        – Jeśli Francuzi odrzucą konstytucję, w co mimo wszystko nie wierzę, z
        pewnością nie będzie można winić o to Polski – uważa Philippe Maniere z
        paryskiego Institut Montaigne. – Większość osób chcących głosować na nie,
        uczyni tak, by wyrazić swój sprzeciw wobec polityki Jacquesa Chiraca i premiera
        Raffarina, ewentualnie dlatego, że uważają, iż w konstytucji nie dość miejsca
        poświęcono kwestiom socjalnym. Są też tacy, którzy obawiają się przyjęcia
        Turcji do UE, ale dla nich akurat Polska, kraj chrześcijański, jest OK.
        Jedynymi zatem, na których decyzję może mieć wpływ czynnik polski, są francuscy
        rolnicy. Ale ci stanowią tylko 2 proc. głosujących.

        Nie zgadza się z tą opinią Tony Judt, brytyjski historyk, od lat pracujący na
        Uniwersytecie Nowojorskim, gdzie zajmuje się dziejami Francji w XX w.: – Opinia
        Francuzów o Polsce (i pozostałych nowych krajach członkowskich) będzie miała
        wpływ na wynik referendum. Mówimy tu o opiniach, których nie powtarza się w
        dobrym towarzystwie; poza Francją można je spotkać w Holandii, Niemczech i
        jeszcze jednym czy dwóch krajach. Krótko mówiąc, chodzi o to, że gdy Francuzi
        mówią, iż nie chcą Rumunii, Bułgarii czy Turcji w Unii Europejskiej, tym samym
        dają do zrozumienia, że żałują przyjęcia Polski.

        Prasa francuska bagatelizuje te obawy czy fobie, ale sama przyczyniła się do
        ich rozpętania, pisząc miesiącami o amerykańskim koniu trojańskim nad Wisłą. My
        zaś zamiast wytrwale tłumaczyć Europejczykom, dlaczego uparliśmy się szukać
        przyjaciół daleko, a wrogów robić sobie blisko (by strawestować powiedzenie
        premiera Finlandii z czasów zimnej wojny), tym bardziej entuzjazmowaliśmy się
        przychylnymi komentarzami prasy amerykańskiej, jak choćby opiniami czołowego
        komentatora dziennika „The New York Times” Thomasa L. Friedmana. Ten słynny
        amerykański reporter po raptem trzydniowej wizycie w Warszawie obwieścił całemu
        światu, że nie ma bardziej proamerykańskiego narodu niż Polacy (włącznie z
        Amerykanami) – w czasach, gdy proamerykanizm uchodził już w większości krajów
        Europy za formę imbecylizmu.
      • aniouek1 PO DRUGIE: Polak wierzy 03.05.05, 18:22
        Nasza polityka zagraniczna nie ma dobrej prasy na zachodzie kontynentu. Nic
        dziwnego, że widmo polskiego nacjonalizmu krąży nad Europą Zachodnią nawet przy
        okazji śmierci Jana Pawła II.

        To zachodnioeuropejskie odkrycie nr 2 – w jak wielkim stopniu zmarły papież był
        Polakiem i ile naprawdę znaczył w ojczyźnie. Brytyjski „The Guardian” w relacji
        z pogrzebu papieża zauważa, że dla licznie przybyłych do Rzymu rodaków Jana
        Pawła II uroczystość stała się pretekstem do manifestacji polskiego
        nacjonalizmu (chodzi o łopoczące flagi narodowe i skandowanie przez
        wiernych „Polska, Polska”wink. Hiszpański dziennik „El Pais” nazwał nawet Karola
        Wojtyłę „polskim reakcjonistą, despotą i antypatycznym osobnikiem [który] w
        czasie swych niezliczonych podróży po całym świecie bardzo rzadko mówił coś
        naprawdę istotnego”. Publicysta brytyjskiego dziennika „Independent” idzie
        jeszcze dalej, obwiniając Jana Pawła II – w artykule opublikowanym w dniu
        pogrzebu papieża – za śmierć milionów Afrykanów na AIDS (w związku ze
        sprzeciwem Watykanu wobec stosowania prezerwatyw).

        Tak formułowane opinie należały zdecydowanie do rzadkości. Zachodni
        komentatorzy zauważyli natomiast, najzupełniej słusznie, że dziś w Polsce „na
        nowo tasowane są karty w rozgrywce o to, czy Kościół ma być zamknięty,
        nacjonalistyczny i tradycyjny, czy też otwarty na świat, skłonny do reform i
        bardziej nowoczesny” – jak napisał Klaus Bachman w austriackim dzienniku „Der
        Standard”. „O ile Jan Paweł II już przed laty poczynił przygotowania na czas po
        swym odejściu, to w polskiej hierarchii i wśród wiernych panuje teraz
        bezradność”.

        Większość zachodnich mediów, nawet jeśli polemizowała z poglądami Jana Pawła
        II, oddała hołd zmarłemu papieżowi. Przy okazji zaś czytelnicy gazet i widzowie
        telewizji na całym świecie dowiedzieli się co niemiara o polskiej historii,
        wojennej i powojennej, o tradycjach tolerancji religijnej, w której doszukiwano
        się źródeł papieskiego ekumenizmu (podobnie jak w jego przyjaźniach z
        wadowickimi rówieśnikami Żydami), a wreszcie o nurcie katolicyzmu otwartego,
        reprezentowanym przez związane z papieżem przez pół wieku środowisko „Tygodnika
        Powszechnego”.

        Zobaczyli też tłumy młodych ludzi, uczestniczących w mszach, co dla zachodniego
        Europejczyka jest widokiem nieco egzotycznym. Jak pisał berliński dziennik „Die
        Tageszeitung”: „Od kiedy nazistowskie ludobójstwo zniszczyło świat inteligencji
        żydowskiej, w Niemczech możemy sobie wyobrazić liberalną cywilizację jedynie
        jako świecką. Doznajemy więc swego rodzaju szoku, kiedy młody Polak, z którym
        dopiero co prowadziliśmy wysoce kompetentną dyskusję na temat Stanleya Fisha,
        znika w najbliższym kościele, bo zadzwoniono na nieszpory”.

        Publicysta „Die Tageszeitung” nie daje się jednak zwieść pozorom: „Bezwarunkowe
        uwielbienie przy jednoczesnym nader wybiórczym posłuszeństwie – być może to
        jest właściwy opis relacji między Kościołem a przeważającą większością przede
        wszystkim młodych Polek i Polaków, którzy przekopują się przez społeczeństwo
        konsumpcyjne, rewolucję seksualną, MTV, rozpad wartości i wszelkiej maści
        Sodomę i Gomorę”.

        Tak czy inaczej, patrząc na milionowe tłumy wiernych, żegnających Jana Pawła II
        na największych placach polskich miast, zachodni Europejczyk mógł przekonać się
        na własne oczy, że pogłoski o całkowitej laicyzacji Europy należy, po
        rozszerzeniu Unii w 2004 r., uznać za cokolwiek przesadzone.
      • aniouek1 PO TRZECIE: Polak to obieżyświat 03.05.05, 18:23
        No właśnie, problem różnic cywilizacyjnych raz po raz powraca w doniesieniach z
        Polski. Zdarzają się laurki jak ta z tekstu Normana Daviesa w brytyjskim
        tygodniku „The Spectator”: „Warszawa stała się jednym z gorących miejsc nowej
        Europy. Szykowne młode kobiety wożą swoje dzieci do prywatnych szkół lśniącymi
        autami terenowymi, podczas gdy robotnicy wznoszą ogrodzenia z systemem
        alarmowym wokół ich luksusowych willi”. Nie zmienia to jednak faktu, że w
        świadomości przeciętnych zachodnich Europejczyków Polska zlewa się z całą
        Europą Wschodnią w jeden wielki, przerażający byt, wyciągający niedomyte łapska
        po należne francuskim rolnikom dotacje, miejsca pracy w niemieckich fabrykach i
        brytyjskich barach, nie mówiąc już o holenderskich domach uciech cielesnych i
        hiszpańskich plantacjach truskawek.

        Europejczycy odkryli bowiem (a jest to już ich trzecie polskie odkrycie w ciągu
        zaledwie 12 miesięcy), że Polacy są narodem obieżyświatów, którym robota wprost
        pali się w rękach. Jak mówi Richard Danbury, dziennikarz telewizji BBC z
        Londynu: – Przed wejściem do Unii byliście zimnym krajem na dalekiej północy,
        ojczyzną Lecha Wałęsy i wódki. Po wejściu okazaliście się krajem fascynujących
        ludzi i znakomitych pracowników, którzy przyjeżdżają do nas, by pokazać, jak
        świetnie znają swój fach. Niemal w każdej restauracji w centrum rozbrzmiewa
        polski akcent, a polscy kelnerzy i kelnerki mają przynajmniej magisterium. Z
        kolei wasi rzemieślnicy zdecydowanie górują umiejętnościami nad swymi
        brytyjskimi kolegami – i można na nich polegać – entuzjazmuje się Danbury,
        któremu Polacy właśnie wyremontowali mieszkanie.

        Wręcz afirmatywne teksty o naszych rodakach, znajdujących pracę w Londynie,
        ukazały się w czołowych brytyjskich dziennikach, czytanych na całym świecie,
        jak „Financial Times” czy „The Guardian”. Zwraca się w nich uwagę na to, że
        Polacy stanowią najliczniejszą grupę spośród 133 tys. zarejestrowanych w
        ubiegłym roku na Wyspach pracowników najemnych z Europy Wschodniej, że pracują
        chętnie i dobrze, i co najważniejsze, że na ogół zamierzają wrócić do
        Polski. „Po zasiłek dla bezrobotnych zgłosiło się tylko 21 osób. Dane te
        obalają przedakcesyjny mit o zalewie Wielkiej Brytanii przez masy
        wschodnioeuropejskich pasożytów”, pisze z właściwym sobie polotem „The
        Guardian”. I dodaje: „jedyne negatywne wrażenia, jakie można odnieść w czasie
        wizyt pod Ścianą Płaczu [gdzie spotykają się szukający pracy w Londynie rodacy –
        przyp. AK], to powszechnie panujące wśród Polaków milczenie, ekscentryczny
        zarost i przesiąknięty wódką oddech niektórych mężczyzn”.

        Mniej entuzjastycznie do najazdu Polaków na Londyn nastawione są tabloidy oraz
        opozycyjna Partia Konserwatywna (w Wielkiej Brytanii trwa właśnie kampania
        wyborcza). Największa brytyjska gazeta „The Sun” o pięciomilionowym nakładzie
        straszy czytelników informacjami o 200-tysięcznej wschodnioeuropejskiej nawale
        i żąda wyjaśnień od rządu Tony’ego Blaira, który obiecywał ponoć, że liczba
        podejmujących pracę Polaków czy Litwinów nie przekroczy kilku tysięcy
        miesięcznie. Tymczasem już dziś... Polaków w Londynie jest tylu, że
        zastanawiamy się nad wydłużeniem połączeń autobusów podmiejskich z Ealing do
        Warsaw – żartuje Richard Danbury.

        Niestety, poczucie humoru w tej kwestii nie wszystkim dopisuje. Lider torysów
        Michael Howard uczynił kwestię imigrantów, do których zalicza także przybyszów
        z nowych państw członkowskich UE, wiodącym tematem swojej kampanii wyborczej. Z
        jakim skutkiem, przekonamy się już po 5 maja. Anglików, jak wiadomo, niełatwo
        zadziwić, toteż na razie nikt nie wydaje się w Anglii zaskoczony faktem, że
        antyimigracyjną retoryką szermuje polityk, który sam jest Brytyjczykiem w
        pierwszym pokoleniu. Żydowscy rodzice Howarda przybyli bowiem do Albionu z...
        Rumunii i Ukrainy.
        • kendo Re: PO TRZECIE: Polak to obieżyświat 03.05.05, 21:24
          narobili sobie ludzie ochoty Unia
          zaczeli marzyc i realizowac marzenia....
          niektrzy trafili szczesliwie,niektorzy wpadli z deszczu pod rynnesad
          niemniej sa chwaleni za prace np,u plantatora,
          ale u mnie robili zle,jak zatrudnilam w tamtym roku,naciagali godziny
          i mysleli,ze sie udawink)trzeba bylo pilnowc (byc na odpowiednia odleglos,by
          widzieli ze sa obserwowani),podziekowalam po pierwszym dniu,
          i wzielam kogos innego.
          • aniouek1 ta "ochota" Kendo, bywa często musem 04.05.05, 14:27
            to, że...w londynie polscy kelnerzy legitymuja się magisterium, to...
            Anglików pewnikiem cieszy, kelnerów trochę mniej, a Polska chyba powinna
            nad tym zapłakać...

            Niestety...bywało,bywa... że kochająca matka...za chlebem dziecko wygania od
            siebie... w świat szeroki, nieznany...często nieprzyjazny a bywa, że nawet
            wrogi...

            Co do Twoich niedobrych doświadczeń...jest takie powiedzonko, że..."wyjątek
            potwierdza regułę"...musiałaś mieć pecha, że trafił Ci się akurat taki wyjątek
            od reguły wink
            • kendo Re: ta "ochota" Kendo, bywa często musem 04.05.05, 17:50
              wiem,skarbie,ze tak jest,
              ludzie nie maja wyboru i musza "za chlebkiem szukac" gdzie indziej,
              dobrze jak z gory wiedza gdzie i za ile,beda miec dach nad glowa,
              gorzej jak w ciemno jada,to bywa katastrofasad(
      • aniouek1 PO CZWARTE: Polska ma historię 03.05.05, 18:24
        „Do Europy... tak, ale z naszymi umarłymi”, pisała proroczo przed kilkoma laty
        prof. Maria Janion. Redakcje największych europejskich gazet najwyraźniej
        realizują jej wskazówkę, pisząc sporo o naszych dziejach – i to jest odkrycie
        nr 4.

        Polska historia XX w. nigdy wcześniej nie cieszyła się takim wzięciem w
        zachodnich mediach; co więcej, uwzględnia się w nich wreszcie polski punkt
        widzenia. W ubiegłym roku, w czasie najlepszej oglądalności, telewizja CNN
        pokazała film dokumentalny o Powstaniu Warszawskim. W marcu br. francuski
        dziennik „Le Figaro” przedstawił swoim czytelnikom historię zbrodni katyńskiej.
        Z kolei „The Guardian” przypomniał Brytyjczykom, wstrząśniętym nawałą naszych
        rodaków nad Tamizę, że „od czasów Conrada setki tysięcy Polaków osiedliły się w
        Wielkiej Brytanii. Tysiące przybyły po I wojnie światowej, wielu z nich jako
        jeńcy wojenni”.

        Wcześniej Zachód traktował nasze przywiązanie do własnej wizji historii jako
        niegroźne, śmieszne dziwactwo – o ile w ogóle o nim wiedział. Dziś zaczyna
        uznawać za część wspólnego, europejskiego dziedzictwa zarówno Solidarność z
        Lechem Wałęsą na czele, jak i polski wysiłek zbrojny podczas II wojny
        światowej. Choć czasem przychodzi mu to z trudem, jak w przypadku wiedzy o
        obozach koncentracyjnych w okupowanej Polsce, nie zaś, jak chciał „The
        Guardian” i szereg innych pism w Europie Zachodniej i USA – o „polskich obozach
        koncentracyjnych”.

        Seria spektakularnych przeprosin, wymuszonych na redakcjach tych gazet przez
        polskie media i opinię publiczną, była wydarzeniem bez precedensu w naszej
        historii. Z pewnością nie doszłoby do niego, gdyby podczas obchodów 60 rocznicy
        wyzwolenia obozu w Auschwitz Polska nie była krajem członkowskim Unii
        Europejskiej. Zapewne zawsze znajdzie się w Londynie czy Paryżu dziennikarz
        przekonany, że Polacy (podobnie jak reszta wschodnich Europejczyków) po prostu
        rodzą się antysemitami. Zanim jednak znów bezrefleksyjnie zarzuci całemu
        narodowi kolaborację z nazistami, zastanowi się dwa razy. A jeśli tego będzie
        mało, trzy razy – tak jak redaktorzy „Le Figaro”, którzy nawet w sprostowaniu
        pomylili Powstanie Warszawskie z Powstaniem w Getcie Warszawskim.

        Prasa niemiecka unika takich kompromitacji, zatrudniając autentycznych znawców
        spraw polskich. Poza tym tamtejsze redakcje w znacznie większym stopniu
        wykorzystują talenty polskich autorów. Adam Krzemiński i Andrzej Stasiuk od lat
        robią w Niemczech za „dyżurnych Polaków”, za co u nas czasem zbierają baty. Jak
        jednak zauważył podczas debaty w redakcji miesięcznika „Dialog” prof. Klaus
        Ziemer, dyrektor Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie: „To, co
        Stasiuk napisał w ironicznym tonie o polskim zaangażowaniu w Iraku i co zostało
        w Polsce odebrane jako zdrada interesów narodowych, w Niemczech postrzegano
        jako pozytywny obraz Polaka, trochę dowcipnego, trochę zbuntowanego”.

        Tego zaś, że poczucie humoru dopisuje także Polkom, dowiodła Olga Tokarczuk,
        tłumacząc Niemcom, iż „to nieprawda, że każdy Polak ma wąsy”. Polska pisarka
        uprzedziła przy okazji niemieckich czytelników, którzy zechcą być może wybrać
        się do Polski na wczasy, że nad Wisłą nikt nie ma cienia wątpliwości co do
        tego, że Mikołaj Kopernik był Polakiem.

        Mówiąc zaś bardziej serio, to właśnie prasa niemiecka poświęca najwięcej
        miejsca tematom związanym z Polską, zwłaszcza zaś z polsko-niemiecką historią.
        W przypadku prasy bulwarowej czyni to, rzecz jasna, zgodnie z zasadami gatunku,
        jaki reprezentuje. Trzeba jednak wspomnieć, że nawet największa niemiecka
        bulwarówka „Bild” odpuściła sobie temat niemieckich roszczeń wobec Polski.
        Specjaliści kiedyś rozstrzygną, czy większy wpływ na to miało wystąpienie
        kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera podczas sierpniowych obchodów 60 rocznicy
        wybuchu Powstania Warszawskiego (w którym oświadczył, że rząd Niemiec nie
        popiera roszczeń związku wypędzonych wobec Polski), czy też ostra riposta ze
        strony tych polskich gazet, które chętnie nazywalibyśmy bulwarówkami, gdybyśmy
        mieli nad Wisłą jakieś bulwary.

        A może przemówił rachunek ekonomiczny? Jak podaje „Financial Times”, co czwarty
        produkt kupowany w Polsce został wyprodukowany w Niemczech (a w Czechach nawet
        co trzeci). Dla Polski Niemcy są najważniejszym partnerem handlowym, ale „dla
        Niemiec Polska jest pod tym względem dopiero na dziewiątym miejscu. To niecałe
        trzy procent obrotu, ale jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że czwartym partnerem
        handlowym Niemiec jest Holandia, która ma połowę ludności Polski, łatwo
        dostrzec, jaki tkwi tu jeszcze potencjał” – przypomina prof. Klaus Ziemer.
      • aniouek1 PO PIĄTE: Polska wyrasta na lidera 03.05.05, 18:27
        Skoro zaś o potencjale mowa... Bezwarunkowe poparcie administracji George’a
        Busha w sprawie interwencji w Iraku nie przysporzyło nam sympatii na Zachodzie.
        Za to w krajach naszego regionu, i to nawet w Czechach, które tradycyjnie są
        jak najdalsze od chęci przypisania Polsce wiodącej – pod jakimkolwiek względem –
        pozycji w regionie, przyjęte zostało z uznaniem. – Generalnie rzecz biorąc,
        polską politykę zagraniczną oceniam bardzo wysoko – mówi Tomasz Klvania, czeski
        politolog, były rzecznik prasowy prezydenta Vaclava Klausa. – Włącznie z waszym
        zaangażowaniem w Iraku – dodaje dla jasności. – Jesteście liderem Nowej Europy –
        uzupełnia politolog z Sofii Rusłan Stefanov. – W ostatnim czasie
        międzynarodowy prestiż Polski wzrósł nadzwyczajnie, choć nie wiem, na ile
        solidne są podstawy tego nowego wizerunku.

        Nasi sąsiedzi: Czesi, Węgrzy, Słowacy – i to jest odkrycie nr 5 – potwornie
        zazdroszczą nam polskiego lobby w zachodnich mediach. Po śmierci Jana Pawła II
        Norman Davies opublikował w ostoi brytyjskiego konserwatyzmu, tygodniku „The
        Spectator”, obszerny artykuł poświęcony (Oh, gosh!) polskiemu katolicyzmowi.
        Radek Sikorski w listopadzie ubiegłego roku, a więc jeszcze przed pomarańczową
        rewolucją, w tym samym piśmie zachęcał Zachód do wsparcia procesów
        demokratycznych na Ukrainie. W ubiegłym miesiącu historycy Timothy Garton Ash i
        Timothy Snyder w obszernym artykule w „The New York Review of Books”
        przypomnieli czytelnikom tego najbardziej prestiżowego pisma intelektualnego na
        świecie, że to Polacy wskazali Unii Europejskiej kierunek właściwej polityki
        wobec Ukrainy. Jak widać, przynajmniej pod tym względem nie powinniśmy mieć
        powodów do kompleksów.

        Jest więc się z czego cieszyć, bo przecież nie zawsze tak było. Polska to „byt
        ekonomicznie niemożliwy, którego jedyną gałęzią gospodarki jest szczucie na
        Żydów”, pisał w latach 30. klasyk amerykańskiej ekonomii John Maynard Keynes,
        wyrażając opinię większości swoich rodaków. Dziś jednak stereotyp antysemickiej
        Polski (na który zresztą, przyznajmy, kilka pokoleń Polaków solidnie
        zapracowało) jest w głównych zachodnich mediach w odwrocie. I może nawet
        zupełnie by znikł, gdyby nie to, że antysemityzm w Polsce wciąż przecież
        istnieje, o czym ostatnio przypomniał niemieckim czytelnikom obszerny artykuł o
        zbrodni w Jedwabnem, opublikowany w tygodniku „Die Zeit”.

        Gdybyż jeszcze zechciano kojarzyć nas z tym, z czego sami jesteśmy tacy dumni –
        z kulturą. Tymczasem polskich pisarzy, którym zachodnie gazety poświęcają
        najwięcej miejsca, łączy głównie to, że nie żyją. Witold Gombrowicz, Czesław
        Miłosz, Gustaw Herling-Grudziński, Bruno Schulz, Witkacy... wszyscy oni
        doczekali się obszernych omówień w większości poważnych gazet. Jednakże spośród
        czynnych autorów jedynym, na którego nazwisko czytelnicy, redaktorzy (i
        wydawcy) w całej Europie reagują prawidłowo – wymieniając tytuły przeczytanych
        książek – pozostaje Ryszard Kapuściński.

        Być może wkrótce doczekamy się także polskich odpowiedników łotewskiego
        Brainstorm czy mołdawskiego O-Zone – grup muzycznych z Europy Wschodniej, które
        zdołały zaistnieć na listach przebojów i w dyskotekach od Londynu po Majorkę.
        Na razie lepiej się wiedzie tym spośród naszych muzyków, którzy zwracają się do
        słuchaczy o znacznie bardziej wyrafinowanych gustach. Ostatnio amerykańskie
        pismo „The Nation” poświęciło obszerny artykuł trębaczowi Tomaszowi Stańce,
        przypominając za jednym zamachem dzieje powojennego jazzu: od Krzysztofa Komedy
        po Michała Urbaniaka. Zachodnie gazety zauważyły także polskie pochodzenie
        laureata Oscara za muzykę do filmu „Marzyciel” Jana A.P. Kaczmarka oraz
        znakomitego brytyjskiego dokumentalisty, a ostatnio wziętego twórcy filmów
        fabularnych Pawła Pawlikowskiego („Lato miłości”wink. Być może więc doczekamy się
        czasów, gdy światową, a przynajmniej europejską karierę będzie można zrobić,
        tworząc w Polsce?

        Po pierwszych 12 miesiącach spędzonych w Unii Europejskiej jedno wydaje się
        pewne: nasz wizerunek w starych krajach członkowskich wyraźnie się poprawił, a
        w niektórych, jak się zdaje, wręcz dopiero teraz zaistniał na serio. Może nasz
        eksport do krajów UE nie jest aż tak imponujący jak czeski ani też nie
        przyciągamy inwestycji zagranicznych równie sprawnie jak Słowacy, ale to o nas
        pisze się najwięcej i – co ważne w czasach, gdy czwarta władza mediów liczy się
        coraz bardziej – na ogół pisze się dobrze.

        Po polskich rzemieślnikach i kelnerach w Londynie, po lekarzach w Skandynawii
        i menedżerach za Odrą z pewnością przyjdzie kolej także na filmowców, plastyków
        i pisarzy z Polski. Bo jeśli nie teraz, w Unii, to kiedy?
        • kendo Re: PO PIĄTE: Polska wyrasta na lidera 03.05.05, 21:26
          usch...czy wszystko musi byc takie dlugie do czytania wieczorem ?? wink)
          • aniouek1 nie wszystko musi być takie długie wieczorem ;) 04.05.05, 14:15
            i nie wszystko do czytania oczywiście wink
            • kendo Re: nie wszystko musi być takie długie wieczorem 04.05.05, 17:52
              wieczorem jestem juz tak umeczona z oczetami i muzgownica,
              ze dlugasne czytanie mnie meczy,
              a jeszcze wczoraj jeden okurar mi wypadl,
              a te zapasowe nie pasuja na kompa tylko do poduszkiwink)
              dzis mi zrobili od reki i juz mogewink)
              • aniouek1 Kendo dzisiaj może!!! :) 04.05.05, 19:36
                kendo napisała:


                > dzis mi zrobili od reki i juz mogewink)

                do dzieła Kendo!
                • kendo Re: Kendo dzisiaj może!!! :) 04.05.05, 21:29
                  aniouek1 napisała:

                  > kendo napisała:
                  >
                  >
                  > > dzis mi zrobili od reki i juz mogewink)
                  >
                  > do dzieła Kendo!
                  >
                  ha !....bede musiala jechac jeszcze raz,ale w piatek,
                  bo te do chodzenia/czytania -wszystko w jednym cos mnie irytuja
                  to co siedzi na nosie doprowadza mnie do pasji...nienawidze brylowsad((((((
        • kendo Re: PO PIĄTE: Polska wyrasta na lidera 04.05.05, 08:44
          moglabym powiedziec tak,
          ze po wiejsciu kraju do Unii,
          Polska ,jak inne kraje bedace w Unii,sa opisywane/krytykowane....
          choc i przed niewstapieniem bylo to samo,ale z innej perspektywy.
          Obecne media patrza pod innym katem,i zeby do czegokolwiek nawiazac,
          musza siegnac do naszej histori narodowej i zrobic analize,
          dobra czy zla w zaleznosci od tematu.
          Niemniej jednak cieszy,ze zostaja wymieniani Noblisci literaccy,
          osoby duchowne.
          a czy zasluzymy na miano LIDERA,bedzie zalezalo chyba od politykow.
          • aniouek1 do czasu to...może i od polityków, ale... 04.05.05, 14:18
            kendo napisała:

            > a czy zasluzymy na miano LIDERA,bedzie zalezalo chyba od politykow.

            aż tak wiele od nich nie zależy jak im samym się zdaje,a i chyba nie tylko
            im samym wink
            • kendo Re: do czasu to...może i od polityków, ale... 04.05.05, 17:55
              aniouek1 napisała:

              > kendo napisała:
              >
              > > a czy zasluzymy na miano LIDERA,bedzie zalezalo chyba od politykow.
              >
              > aż tak wiele od nich nie zależy jak im samym się zdaje,a i chyba nie tylko
              > im samym wink
              jak to ?? to co uchwala,to lud dzielnie wykonuje,czasami sie buntujac,
              jak zle ustawy zarzadza,to i tak nikt mimo checi nic nie zrobi,
              bo prawa urzedasy sie trzymajawink
              • aniouek1 Re: do czasu to...może i od polityków, ale... 04.05.05, 20:10
                kendo napisała:

                > jak to ?? to co uchwala,to lud dzielnie wykonuje,czasami sie buntujac,
                > jak zle ustawy zarzadza,to i tak nikt mimo checi nic nie zrobi,
                > bo prawa urzedasy sie trzymajawink

                Tyle, że...nikt nie może ustanowić takiego prawa, które by zakazywało UMIEĆ
                i POTRAFIĆ, a ja sądzę, że właśnie UMIEĆ, POTRAFIĆ i REALIZOWAĆ... to sedno
                sprawy...rdzeń liderowania wink

                Spójrz na to wszystko troszku moimi oczami:
                mnie się tak myśli, że LIDER to któś, kto po prostu JEST w czymś DOBRY i już!
                Potrafi COŚ wręcz doskonale, umie COŚ wrecz perfekcyjnie, a o tym na ile
                człowiek stara się uczyć by umieć i potrafić to już ...nie za wiele politycy
                mają tutaj do gadania.

                Ja wiem, że od polityków zależą np. dotację na oświatę, jednak... tak po
                prawdzie, najwspanialszy nauczyciel niczego nie zdziała, nie poradzą nic
                najdoskonalsze pomoce naukowe jeśli uczniowi nie będzie się chciało chcieć.

                Nie twierdzę, że Polska jako kraj jest bezkonkurencyjna bo to oczywiście byłaby
                bzdura dowodząca wprost mojej ignorancji i po prostu zwyczajnej głupoty.
                Jednakże wiem, że są dziedziny - nazwę to ogólnie - produkcji i usług,
                w których mamy jako kraj prawdziwie czym się poszczycić i z czego być dumni.

                Faktem jest także, że wybitne jednostki rodzą się w każdym kraju. W jednych
                jest im łatwiej rozwijać talenty w innych trudniej, jednakże... często bywa
                i tak, że właśnie czym trudniej tym z większym zaangażowaniem własnym, większym
                uporem pokonują - nie na skróty - ale bardzo rzetelnie wszystkie przeszkody
                i każda to pokonywanie uczy ich czegoś o czym innym nawet się nie śni.

                Inna rzecz, że...sami politycy powinni być liderami, jednakże...to ...inny
                rodzaj "liderowania"...przynajmniej ...jak narazie.
                • kendo Re: do czasu to...może i od polityków, ale... 04.05.05, 21:26
                  no i znow masz racjewink
                  ale ja i tak to widze z stad to innymi oczami....
                  a moze po prostu brak mi argumentacji.
                  • mala20033 Putin.. 06.05.05, 16:26
                    Mnie interesuje ta postac.KGBowiec.I ostatnio wszedzie go pelno...Z kazdym
                    przywodca panstwa chce sie spotkac...wszedzie chce miec swe wplywy...Co bedzie
                    dalej???
                    • kendo Re: Putin.. 06.05.05, 16:41
                      a mnie wcale ten temat nieinteresujesad(
                      wogole polityka to nie moje zainteresowania.
    • mala20033 Re: POLITYKA....można i o polityce...a może trzeb 21.09.05, 20:53
      Wlasciwie to nie polityka a huragan Rita ktory ma dopasc Stany...
      • kendo Re: POLITYKA....można i o polityce...a może trzeb 21.09.05, 21:11
        juz na Cubie zrobil swoje...
        zobaczymy jak teraz Stany bede przygotowane ?
        mieli juz pierwsze podejscie,z ktorym bardzo sie zle uporalisad(
        • mala20033 Re: POLITYKA....można i o polityce...a może trzeb 21.09.05, 23:03
          Huston ewakuluja..zniszczy miasto(??)
          • kendo Re: POLITYKA....można i o polityce...a może trzeb 22.09.05, 10:41
            powiadaja,ze moc Rity,jest silniejsza od Katrin
            • aniouek1 [...] 08.04.06, 20:44
              Post został usunięty przez adminów lub założyciela forum .
    • aniouek1 Re:POLITYKA...można i o polityce..a może trzeba? 08.04.06, 20:57
      aniouek1 napisała:

      > "Polityka" - wg.Encyklopedii PWN to:
      >
      > 1/świadoma i celowa działalność dotycząca głównie stosunków między klasami
      > społecznymi, państwami i narodami, związana z walką o zachowanie lub zdobycie
      > władzy państwowej jako narzędzia regulacji i kształtowania tych stosunków;
      > 2/określona część, program lub kierunek tej działalności.
      >
      > Stąd też...znamy pojęcia takie jak: polityka gospodarcza, polityka
      > kulturalna, polityka naukowa, polityka oświatowa, polityka pro-rodzinna,
      > polityka społeczna, polityka wyznaniowa itp.itd.


      A CO Waszym zdaniem można zmieścić (a może nic nie należy mieścić?)
      w pojeciach (o ile w ogólne mogą takie pojęcia zaistnieć):

      1. "polityka Pana Boga"?
      2. "polityka kościoła Katolicjkiego"?
    • mala20033 Re: POLITYKA....można i o polityce...a może trzeb 09.05.06, 20:18
      Czytam ze czarne to szare...czytam ze biale ktos blotkiem ochlapal...
      • kendo Re: POLITYKA....można i o polityce...a może trzeb 09.05.06, 20:31
        wlasnie przez sciane slysze polskie wiadomosci
        i az sie serce kraje z tych wszystkich dochodzacych mnie wiescisad(

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka