skiela1
20.07.06, 04:59
Są młodzi, wykształceni, mają świetną pracę. Dzieci nie mają i nie planują.
Chcieliby w spokoju jeść lunch, dlatego domagają się utworzenia w kawiarniach
i restauracjach stref wolnych od dzieci.
Elegancka restauracja w centrum jednego z dużych miast. Pora przerwy
obiadowej. Przy stolikach głównie pracownicy okolicznych biurowców. Gazety,
laptopy, niezbyt ożywione rozmowy towarzyskie. Nikt nie zwraca uwagi na
siedzącą w rogu parę z czteroletnim może dzieckiem.
Niestety po pewnym czasie znudzona pociecha zaczyna głośno domagać się lodów.
Perswazja słowna nie robi szczególnego wrażenia na rodzicach, dlatego malec
decyduje się zastosować bardziej ofensywną taktykę. Użyte w charakterze
pocisku ziemniaki trafiają jednak nie w tatusia, który najwyraźniej nauczony
doświadczeniem zdążył się uchylić, ale w siedzącą za nim panią w beżowym
kostiumie.
Choć opisaną sytuację można by uznać za przesadzoną, członkowie ruchu
walczącego o powstawanie tzw. stref wolnych od dzieci (ang. child-free zones)
uczynili swoim priorytetem pozbycie się tak niewygodnej klienteli z kawiarni i
restauracji.
wiadomosci.o2.pl/?s=513&t=6995