Dodaj do ulubionych

Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyciśnie

02.11.06, 13:59
Pora zadbać o pewien porządek :)
Zakładam zatem specjalny wątek, z myślą o tych z Was, którzy potrzebują oceny.
Wklejajcie tutaj i tylko tutaj swoje próbki literackie, dobrze?
Obserwuj wątek
    • dudek123456 Teksty do oceny 02.11.06, 14:06
      5:00 czasu środkowo europejskiego!
      Budzik rozdzwonił się jak oszalały. Po trzech godzinach snu Nitkowi nie w
      głowie było wstawanie. Półprzytomny nastolatek nie patyczkując się, rzutem o
      ścianę na wieczność uciszył przedmiot, który go obudził. Naciągnął poduszkę na
      głowę i gdy właśnie ponownie miał odpływać na zwiedzanie krainy wiecznych łowów
      olśniło go!
      -O fack za godzinę jest pociąg!
      Ten impuls był dla Nitka tym samym, czym jest wystrzał startowy dla sprintera.
      W jednej dziesiątej sekundy wyskoczył z łóżka, i osiągając prędkość F-16 udał
      się do łazienki. Ponieważ przyspieszenie bardzo mu się spodobało w drodze
      powrotnej także chciał pobawić się w amerykańskiego bombowca. Jednak tym razem
      w pokonaniu bariery dźwięku przeszkodziło mu arcydzieło architektury klockowej
      autorstwa młodszej siostry niespodziewanie przecinające jego trajektorię lotu.
      Budynek zamieszkiwany przez rodzinę państwa Nitkowskich zachwiał się w posadach
      a wszyscy domownicy (łącznie z psem Berdetem) wylegli z łóżek zobaczyć, co się
      dzieje!
      -Czego się gapicie F-16 tez czasem może mieć awarię!
      Z pozycji podłogi zmieszany Nitek burknął do tłumnie zgromadzonych
      obserwatorów, poczym skołował do swojego pokoju w celu ostatniego przeglądu
      ekwipunku i pozapinania wszystkich troków.

      Przed żadnym z wyjazdów Nitek nie robi listy rzeczy, które musi wziąć ze sobą i
      zawsze pakuje się na ostatnią chwile. Nie inaczej było i tym razem! Załadunek
      swego plecaka skończył o 3 w nocy, (dlatego spał tyko trzy godziny) a spis
      tego, co miał zabrać posiadał nie na papierze lub w komputerze a w głowie.
      Wobec powyższych faktów nic dziwnego nie było w tym, ze po zapięciu troków swój
      śpiwór, czyli rzecz, bez, której żaden tramp obyć się nie może młody podróżnik
      znalazł pod łóżkiem a latarkę na biurku...

      Nitek jest wielkim przeciwieństwem swojego towarzysza Olivera, który już od
      dawna był zwarty i gotowy do eskapady.
      Kilka tygodni temu pod wpływem niezadowolenia państwa Nitkowskich z planów
      odbycia przez syna samotnej podróży i możliwości nie wyrażenia przez nich na
      nią zgody Nitek rozpoczął poszukiwanie odważnego, który zechciałby udać się
      razem z nim na podbój wschodu.
      Chłopiec był na tyle zdeterminowany by spełnić marzenie, że ze zgodą czy bez
      niej i tak by pojechał. Obchodziła go ona mniej więcej tak samo jak polityków
      obchodzi spełnianie przedwyborczych obietnic. Jednak w imię zasady, „Po co
      sobie psuć relacje z rodzicami, jeżeli może zabraknąć Ci kasy na powrót do
      kraju” nastolatek zaczął rozglądać się za chętnym na wycieczkę.
      Znalezienie odpowiedniego kandydata było łatwe „inaczej”. Okazało się to wręcz
      niemożliwe. Żaden młody człek, bowiem, którego znał Nitek nie wyobrażała sobie
      przeznaczyć swoich oszczędności na coś innego niż nowy komputer, super ciuchy
      czy na tym podobny badziew. Trafił tylko na jedne, ekstremum, które było gotowe
      na wypad w nieznane. Niestety nie posiadało ono obecnie odpowiedniej ilości
      środków płatniczych potrzebnych do zrealizowania ambitnego planu oraz szczypty
      asertywności niezbędnej do wymuszenia na rodzicach zgody na wędrówkę.
      Pewnego wieczora wróciwszy z poszukiwań zmęczony i lekko podłamany Nitek
      rozłożył się na kanapie i włączył telewizor. Jego humor w skutek perspektywy
      rychłego pogorszenia relacji rodzinnych zaczął niebezpiecznie przypominać wynik
      zmieszania humorów kłapouchego i psa marki doberman. Chwilowym lekarstwem na
      ten stan rzeczy okazało się przyssanie do kartonu soku pomarańczowego oraz
      długa wędrówka po kanałach. Na jednym z nich właśnie leciał film o łagodnej jak
      baranek i pogodnej jak słoneczko Amelii a ponieważ przeciwieństwa się
      przyciągają nastolatek postanowił na dwie godziny odsunąć od pełnienia swoich
      obowiązków pilota i obejrzeć perypetie sympatycznej i nietuzinkowej żabojadki.
      Bohaterka filmowej opowieści okazała się młodą pełną fantazji osóbką. Kimś w
      rodzaju dobrego duszka, który pomaga innym spełniając drobne, ale jakże ważne
      uczynki.
      W pewnym momencie Nitkowi zabiło mocniej serce. Na ekranie pojawił się, bowiem
      coś, co mogło rozwiązać podróżniczo rodzinny problem chłopca a tym samym wysłać
      jego kłapouchodobermani humor na wiele lat w kosmos. Nastolatek zeskoczył z
      kanapy i zbliżył się do telewizora no odległość 30 centymetrów. Chciał
      sprawdzić czy to, co widzi jest prawdą czy może to tylko omamy wzrokowe
      spowodowane nadmierną ilością witaminy c buszującą w jego organizmie.
      • moony7 moim zdaniem 02.11.06, 17:13
        1/ Chyba nie przeczytałeś (-łaś) tekstu przed wklejeniem na forum. Trochę za
        dużo literówek, błądów ortograficznych i interpunkcyjnych.
        2/ Za bardzo się starasz, żeby wyszło śmiesznie. Upychasz w związku z tym
        wszędzie żarty i wychodzi z tego "kłapouchodobermani humor".
        3/ "skołować" ja odczytuję jako "skombinować" a nie odjechać;
        4/ swego plecaka - a czyj miał pakować?
        5/ od trzeciej do piątej jest dwie, a nie trzy godziny;
        6/ taki kwiatek interpunkcyjny: "rzecz, bez, której... ". W tym samym zdaniu
        brak przecinka trochę dalej.
        7/ "Ci" z dużej litery; tu powinno być z małej.
        8/ "łatwe inaczej" hm...
        9/ "jedne ekstremum" - jedno...
        10/ dwa okrrropne zdania, z których trudno cokolwiek zrozumieć; "Jego humor..."
        i "Kilka tygodni temu...".
        11/ "nadmierną ilością witaminy C, buszującą w jego..." - powinno
        być "buszującej w jego...".

        Jest potencjał, ale dużo pracy przed Tobą. Przede wszystkim nie wpychaj żartu
        do każdego zdania, bo zamęczysz czytelnika. Straci wątek i się znudzi. Tak się
        pisze skecz, ale nie powieść. Czytelnik nie może brnąć z latarką przez każde
        zdanie w poszukiwaniu podmiotu i orzeczenia. Ale to tylko moja opinia.
        Powodzenia i wytrwałości!

        • dudek123456 Re: moim zdaniem 02.11.06, 17:40
          Dzięki za cenne rady!
          Co do błędów ortograficznych, kurcze wkleiłem to do worda i nie licząc tych
          wyrazów które sam niejako "stworzyłem" nie wychwyciło żadnych błędów
          ortograficznych. Możesz mi wskazać gdzie takowy błąd się znajduje? Bo mimo
          moich szczerych chęci by je znaleźć nie potrafię, zresztą podobnie do literówek
          które także są dla mnie nie widoczne.
          A co do interpunkcji się zgadzam.

          Samoloty z pasa startowego kołują do hangaru (albo na pas startowy) stąd to
          wyrażenie

          „Łatwe inaczej” – to od „sprawnego inaczej” też miało być śmieszne, ale chyba
          nie wyszło
        • bosastopka Re: moim zdaniem 04.11.06, 21:26
          5/ od trzeciej do piątej jest dwie, a nie trzy godziny;


          od trzeciej do piątej SĄ dwie, a nie trzy godziny;
          • bosastopka Re: moim zdaniem 04.11.06, 21:27
            to było do moony...
      • elkana Re: Teksty do oceny 02.11.06, 18:03
        Tekst bardzo dobry, moim zdaniem. Nadaje się na początek powieści dla młodzieży
        w wieku 13-18 lat. Dynamiczny wstęp, jak to mówią filmowcy, zaczął się od
        trzęsienia ziemi, aż sam jestem ciekaw, co Nitk zobaczył w "Amelii". I to dobry
        pomysł, żeby intrygę oprzeć na znanym dziele, bo (jak napisał Umberto Eco)
        wszystkie książki mówią o książkach wcześniej napisanych (i filmach). Fajnie
        też wprowadzasz postaci. Nie piszesz: "Nitk był nastolatkiem, który...", "Jego
        siostra, która...", "Nitk miał psa..." itp. Po prostu wplatasz ich w klimat.

        Nie podobało mi się zdanie <<-O fack za godzinę jest pociąg!>>, a zwłaszcza
        jego początek. Denny.

        Nie przejmuj się redaktorsko-korektorskimi uwagami moony. Od takich spraw jest
        właśnie redakcja i korekta, a jeśli tekst jest dobry w treści, to na przecinki
        i literówki nikt nie zważa. Uwierz, że Masłowska bie była odciebie lepsza.
        Korekta tekstu najczęściej wraca do autora i szybko wyłapisz, z czym masz
        problem. Potem się wyrabiasz i jest ok. Ja sam, na przykład, dopiero z korekty
        własnej książeczki się dowiedziałem, że przed "a" stawiamy przecinek (!?).

        ...
        • moony7 Re: Teksty do oceny 02.11.06, 19:41
          Czy rzucenie budzikiem o ścianę jest dynamicznym wstępem? Może, szkoda tylko, że
          niewiele z niego wynika. Nie uważam też, ze wszystkie książki odwołują się do
          książek już napisanych. Moje uwagi są uwagami autora, który napisał i wydał trzy
          powieści dla młodzieży i trochę innego badziewia. Jestem zdania, że błędy takie,
          jak w tekście powyżej dyskwalifikują autora, bo ma on prawdopodobnie duże luki
          czytelnicze albo jest abnegatem. Ale to moje zdanie. Pozdrawiam mimo wszystko.
          • permella Trochę wyrozumiałości. 02.11.06, 19:55
            Moony7 chyba trochę przesadzasz. Są błędy, ale wszystko się da poprawić. Każdy w
            końcu się myli.. Trochę wyrozumiałości. Tylko mi nie pisz, że wydawnictwo
            takowej cechy nie posiada.
            • skajstop Re: Trochę wyrozumiałości. 02.11.06, 20:04
              No cóż, a ja się w znacznym stopniu z Moony7 zgodzę. Może nie z abnegatem :)
              niemniej, to nie jest tak, że wydawcy są wyrozumiali, a redaktorzy wprost
              uwielbiają poprawiać po dwadzieścia błędów na stronie tekstu. Nawet nienagannnie
              napisany tekst nie jest gwarancją sukcesu, zatem takimi, o jakich mowa, zajmują
              się _wyjątkowo_.

              Dlatego namawiam na ostre poprawianie, zanim się tekst komuś wyśle.
            • skrybcia Re: Trochę wyrozumiałości. 02.11.06, 20:08
              Widze, ze tylko jedna Moony stac tu na bezwzgledna szczerosc. Tez uwazam, ze
              autor powinien oddawac wydawcy tekst IDEALNY (przynajmniej wg niego), nie
              liczac na to, ze ktos poprawi wszelkie jego niedorobki. Z tym mozna sie
              przeliczyc, czego przykladem jest (sa?) ksiazki niektorych debiutantow
              chwalacych sie niedawno na tym forum, ktorych fragmenty przeczytalam na ich
              stronach internetowych. Na szczescie nie tylko mnie razi niechlujstwo tych
              tekstow.
          • dudek123456 Re: Teksty do oceny 02.11.06, 20:36
            Mam wrażenie, że mało, kto odważy się teraz dać coś do oceny na forum, bo od
            razu zostanie przyrównany do abnegata…
            Jestem zdecydowanie na samym początku drogi, która kiedyś, w dalekiej
            przyszłości może zaprowadzi mnie do momentu, w którym wyślę książkę do
            wydawnictwa.
            Moony gratuluje napisania trzech książek, ale przyznasz chyba, ze Ty tez od
            czegoś musiałaś zaczynać, prawda?
            Pozdrawiam
            • skrybcia Re: Teksty do oceny 02.11.06, 20:45
              Poczatek drogi usprawiedliwia wszystko :)
              Z uwag Moony wyciagnij jednak wniosek i mierz jak najwyzej.
              Pozdrawiam!
            • moony7 Re: Teksty do oceny 02.11.06, 20:57
              Jeśli oddajesz swą robotę do oceny, musisz się liczyć z oceną negatywną. Stajesz
              w rzędzie ludzi piszących i Twoja robota jest oceniana pod kątem poprawnej
              polszczyzny. Dlatego nie bocz się, przyjmij uwagi i czegoś się z nich naucz.
              Kiedyś zrozumiesz, że tylko to pozwala Ci być coraz lepszym. Chyba że nie chcesz
              się uczyć, tylko słuchać pochwał. Na pewno Ci tu ich nie zabraknie. Pozdrawiam.
              • martttyna To ja się tu troszkę wtrącę 02.11.06, 21:02
                Ja dlatego nie zamieszczam swoich teksów, obarczam nimi moich zaufanych
                przyleli, a im to nie przeszkadza ;) przynajmniej się nie skarżą.

                moony7 Każdy kiedyś zaliczył krytykę. Zgadzam się z tobą, choć nie do końca.

                No i są fora n których takie teksty można bez obawach pokazać. Tz. Nikt Cię nie
                obrazi

                Pozdrawiam
                Martyna ;)

                • martttyna Re: To ja się tu troszkę wtrącę 02.11.06, 21:03
                  Przyjaciel,
                  Przepraszam za mały błąd.
              • dudek123456 Re: Teksty do oceny 02.11.06, 21:03
                Kto powiedział, ze się boczę? Absolutnie NIE!
                Chodziło mi tylko o tego abnegata.
                A to, że wszystkie uwagi są dla mnie cenne napisałem już wcześniej
            • gamblerka wytykanie błędów ma swój sens 03.11.06, 10:25
              dudek, tylko spokojnie...:) Błędy są po to, żeby je poprawiać, sama wiem to
              najlepiej. Niedawno debiutowałam z bajką dla dzieci i doszło do tego, że miałam
              przez chwilę żal sama do siebie, że przed odesłaniem korekty autorskiej gdzieś
              urywków tekstu nie zamieściłam - choćby i tu właśnie. Kilka osób zwróciło mi
              bowiem uwagę na błędy, które pozwoliłam sobie zbagatelizować, skoro
              redakcja "puściła". Otóż błąd! Trzeba było te wątpliwości zgłaszać i poprawiać,
              a nie machać ręką, że skoro poszło, to znaczy że cacy. Nie jest cacy!
              Korzystaj więc z okazji, że ktoś chce i poprawia. Jeśli ktoś Ci pisze, że
              całość do kitu, trudno, nie wszyscy wszystko lubią, ale zwracaj uwagę na błędy
              natury "technicznej", bo warto! Tym bardziej, że komuś, kto patrzy z boku i bez
              emocji, o wiele łatwiej przychodzi w miarę obiektywne sprecyzowanie, gdzie
              coś "zgrzyta". Kilka razy natknęłam się na forum na czyjąś BARDZO DOBRĄ radę,
              aby teskt przeczytać sobie na głos (też z kilka razy ;)), oraz żeby po
              napisaniu zostawić rzecz na jakiś czas. Potem do niej wrócić i ocenić chłodnym
              okiem. Mnie tego zabrakło przy debiucie, bo kończyłam pisanie, kiedy już
              materiał praktycznie trafił na warsztat. Tak akurat wyszło, mam jednak nauczkę
              na przyszłośc :) powodzenia.
      • skajstop Re: Teksty do oceny 02.11.06, 18:18
        Błędów językowych masz od groma :) i nie zgadzam się, że to poprawi redakcja -
        owszem, poprawi, o ile tekstu nie odrzuci, zniechęcona tymiż właśnie błędami :-)

        F-16 raczej jest samolotem wielozadaniowym lub myśliwcem, zatem "bombowiec" mi
        zgrzyta.

        Tekst da sie czytać, ale niepotrzebnie komplikujesz zdania. Dla przykładu:
        > Załadunek swego plecaka skończył o 3 w nocy, (dlatego spał tyko trzy godziny)
        > a spis tego, co miał zabrać posiadał nie na papierze lub w komputerze a w
        > głowie.

        To jest opis prostej czynności, taki na "Skończył pakować plecak o 3 nad ranem i
        złapał tylko trzy godziny snu" <bo dalszy ciąg ze spisem to zbędny balast, moim
        zdaniem>, a ty zrobiłeś z tego epopeję i sto zakrętów stylistycznych :)
      • martttyna Co do tekstu 02.11.06, 21:09
        Ciężko się mi go czyta, nie jest jak dla mnie płyny.
        • dorcyk583 Re: Co do tekstu 03.11.06, 10:00
          Moim zdaniem:
          - tekst jest nieprzemyślany interpunkcyjnie - jesli w tylu miejscach
          (szczególnie na początku)stosujesz wykrzykniki, w jaki sposób później zaznaczysz
          szczególnie ważne wydarzenie albo ważną myśl?
          - wyolbrzymiasz wydarzenia, które nie sa istotne, a tym samym wtedy, gdy Twoje
          poczucie humoru jest naprawdę OK, czytelnik będzie juz zmęczony poprzednimi
          "eksplozjami" i nie rozsmakuje się w kilku naprawdę niezłych zdaniach
          - łatwośc operowania słowami (to zaleta) nie może wiązać się z beztroskim
          przelewaniem ich na papier. Wiecej dyscypliny i być może będzie całkiem nieźle.
          - kłopoty z przecinkami (poważne) i z ortografią
          - tekst wysyłany do jakiejkolwiek redakcji musi być maksymalnie wyczyszczony,
          jasny stylistycznie, w miarę możliwości bezbłędny. Chęć zostania pisarzem
          zobowiązuje.
          Życzę powodzenia. Poprawianie tekstu też może być frajdą:)
      • pepaipu A może tak: 03.11.06, 07:59
        Jak oszalały budzik dzwonił. „Nie wstanę, tak będę leżał”, pomyślał Nitek, gdyż przez chwilę wydało mu się, że jest Jerzym Szturem. Potem wyciągnął rękę, pomacał, chwycił, zrobił obszerny zamach i... jak nie rzuci budzikiem o ścianę! Brzdelęk, rozległo się. Naciągnął poduszkę na głowę, potem naciągnął kołdrę, potem prześcieradło i tak leżał zawinięty. Nagle z krainy wiecznych łowów przybył Wielki Duch Manitou i dotknął go palcem w stopę.
        Itd.
      • braineater Re: Teksty do oceny - dudek 03.11.06, 14:44
        Patyczkując - z kimś, lub z czymś. Patyczkowanie dla samego patyczkowania
        rzadko w przyrodzie wystepuje. Wiem, że podmiot domyślny, ale troche zgrzyta i
        nie lubię się domyslać:)

        Fack - albo spolszczyć i wtedy normalnie, po bożemu 'fak', albo zostawić w
        tradycyjnym zapisie, bo tak to jakiś trochę polisz-inglisz Wuzzel:)

        Kraina wiecznych łowów - troche nieszczęśliwie, chyba, że budzik przerwał
        Nitkowi próbę samobójczą polegającą na wyspaniu się na śmierć. Skojarzenie,
        przynajmniej ja mam, jednoznaczne i bynajmniej nie wiąże mi się z Indianami w
        narkolepsji:)

        Z pozycji podłogi - ciekawa metamorfoza, choć mało kto lubi zmieniać się w
        parkiet. Dość nieszczęśliwe określenie, ale chyba egzystuje w j. polskim.

        Skołował - wygrywa znaczenie slangowe - 'załatwić coś'. Mało kto skojarzy z
        kołującym samolotem, w dodatku mam wrażenie, że samoloty po katastrofie raczej
        średnio kołują.

        Drugi i nastepne akapity - dość dziwna zmiana czasu w stosunku do akapitu
        otwierajacego. Nie to że błąd, ale wyglada dziwnie, jak brutalne cięcie
        montażowe dokonane teksańską piłą.

        nic dziwnego nie było w tym - kup swojej polonistce kwiatki, może się nie
        wystraszy jak zobaczy coś takiego w druku. "Nie było w tym niczego dziwnego"

        Trzeci akapit - znowu dziwne cięcie, ale to pewnie taki styl.

        z planów odbycia przez syna samotnej podróży - z synowskiego planu odbycia
        samotnej podróży.

        ze zgodą czy bez niej - za ilość znaków płacą tylko tłumaczom i dziennikarzom.
        Pisarz może byc oszczędny - 'niej' jest zupełnie zbędne.

        wycieczkę - eskapada, podbój Wschodu, a tu naraz banalna wycieczka. Psuje
        klimat.

        Znalezienie odpowiedniego kandydata było łatwe „inaczej”. Okazało się to wręcz
        niemożliwe - rozumiem humorystyczny zamysł, natomiast jest to trochę
        niezgrabne. Może tak: "Znalezienie odpowiedniego kandydata było
        łatwe. "Inaczej" łatwe. Wręcz niemożliwe.

        Człek - a ten archaizm to po co? Nitek jak na razie wygląda na luzaka i trochę
        to słowo do niego nie pasuje.

        jedne, ekstremum - i dalej. Zgodnośc gramatyczna leży. Jedno ekstremum.

        kłapouchego - no odrobina szacunku do klasyka!:) Kłapouchego.

        Bohaterka filmowej opowieści okazała się młodą pełną fantazji osóbką. Kimś w
        rodzaju dobrego duszka, który pomaga innym spełniając drobne, ale jakże ważne
        uczynki - troszeńkę zalatuje stylem wypracowania 'opisz dziecino film, co cię
        wzrusza i bawi'.

        Ogólnie fragmencik fajny, wkręca w opowiastkę o Nitkach, może trochę
        przehumoryzowany w stylu: to będzie tekst o normie 300 praczetów na arkusz
        wydawniczy, ale jest o.k.
        Interpunkcja i gramatyka do gruntownego przegladu, tu nie pomogę, bo wiem
        tylko, że przecinek przed 'że':)

        P:)
    • dorcyk583 Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 02.11.06, 14:21

      A reszta napisze, co myśli, tak?
    • dorcyk583 Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 02.11.06, 14:27

      Za zimno na myślenie...No tak, napiszą, co myślą, bo po co by to było? Dobry
      pomysł.
    • aarek.slon Króciutki fragment do recenzji 03.11.06, 10:24
      Skajstop napisał, żeby zamieszczać tutaj fragmenty, jak już kogoś bardzo przyciśnie... Nie czuję się wprawdzie przyciśnięty, ale uległem pokusie i zamieszczam trzy krótkie akapity mojej radosnej twóczości. Twórczość jest przeznaczona dla nastolatków. Proszę o wyrozumiałą ocenę...

      W końcu do klasy weszła Sylwia. Obserwowałem ją kątem oka, żeby przypadkiem nie zauważyła, że ją obserwuję. To by mnie mogło zgubić. Chyba niczego tym razem nie zauważyła, przeszła tylko przez pół sali do swojego miejsca w rządku ławek, gdzie z gracją usiadła. Siedziała mniej więcej w połowie, a ponieważ ja siedziałem na końcu, mogłem się jej teraz spokojnie przejrzeć. Miała na sobie ten beżowy sweter i kolorowe getry. Jaka ona była piękna. Zacząłem się zastanawiać, czy była u fryzjera, ale chyba nie, bo przecież by było widać.
      Kiedy zadzwonił dzwonek, przyszła nauczycielka i zaczęła sprawdzać listę. Jako Ciesiełkiewicz byłem trzeci (po Beju i Chwale), Ela jednak znajdowała się przy końcu, więc musiałem chwilę zaczekać, żeby usłyszeć jej głos. W końcu powiedziała „jestem”. Trwało to sekundę, ale jej „jestem” dźwięczało mi potem w uszach, rozbrzmiewało w mojej głowie coraz słabiej i słabiej, aż w końcu przeminęło.
      Tego dnia przeminęło zresztą szybciej niż zwykle, bo nauczycielka przystąpiła do pytania i z niejasnych dla mnie przyczyn zapytała właśnie mnie. Musiałem iść, nie było rady. Odpowiadało się przy tablicy, stojąc twarzą do klasy, a więc także do Eli. A by to język polski, niestety, nuda taka, że człowiek prędzej by umarł, niż się czegoś nauczył. Spodziewałem się najgorszego.

      • aarek.slon Re: Króciutki fragment do recenzji 03.11.06, 10:31
        Ups... Zapomniałem pozmieniać Elę na Sylwię. Chodzi w każdym razie o tą samą postać. Sorry!
      • dorcyk583 Re: Króciutki fragment do recenzji 03.11.06, 12:26

        Moim zdaniem:
        - już w drugim zdaniu powtórzenia, a jest ich znacznie więcej
        - całość przypomina nieco szkolne wypracowanie. Brakuje "iskry". Czytając
        fragment nie czuję zachwytu narratora, ani jego znudzenia lekcją, ani też lęku
        przed odpowiedzią przy tablicy. Czytam relację. A to może troche za mało?
        - łatwiej mi się "wymądrzać", niż zamieścic swój fragment:)
        • aarek.slon Re: Króciutki fragment do recenzji 03.11.06, 12:49
          Bo bohater nie jest znudzony lekcją i nie boi się odpowiedzi. Powinnas czuć co innego, ale skoro i tego nie czujesz (bo nic nie mówisz, że to czujesz albo nie), to widocznie źle to napisałem. W każdym razie dzięki za opinię.
    • mz64 Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 03.11.06, 15:39
      U mnie to sie tak wszystko zaczyna:
      Deszcz walił o szyby od kilku godzin. Jak na początek lata, było bardzo
      jesiennie. Właściciel nocnej wypożyczalni video, pan Marcel, odłożył czytaną
      książkę i spojrzał na zakapturzoną postać stojącą przed witryną. Postać była
      nieduża, kaptur wielki, a czarne przeciwsłoneczne okulary nadawały jej
      tajemniczy wygląd. Postać patrzyła na pana Marcela. Na jego skórzaną kamizelkę
      założoną na gołe opalone w solarium ciało, szeroki łańcuch na szyi i tatuaże na
      wygolonej czaszce, które oplatały skronie niczym kolorowe węże. Trzeba
      przyznać, że ten oryginalny rzucik pasował niezmiernie do kolorowych wzorków na
      muskularnych ramionach i szyi. I tylko dziewczyna pana Marcela wiedziała, gdzie
      jeszcze dumnie prężył się kolejny kolorowy wąż. A właściwie smok, jak mawiał z
      dumą sam pan Marcel. Teraz jednak w nocy, w pustej wypożyczalni, kolorowe
      rzuciki na łysej głowie wyglądały blado i smętnie.
      Zakapturzona postać zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi wypożyczalni. Podeszła
      do pana Marcela i przez chwilę stała jak wyrzut sumienia z rękami głęboko
      wbitymi w kieszenie. Lekko chrząknęła, jakby chciała się pozbyć chrypki.
      Eeee... Poproszę film, w którym ... eee... kobiety gnębią mężczyzn.
      W nagłej ciszy kolejne zakłopotane chrząknięcie zabrzmiało niczym salwa. Pan
      Marcel spojrzał w czarne okulary ledwo wystające spod kaptura. Wymownie
      pomilczał, a potem pokiwał ze zrozumieniem wytatuowaną głową.
      - Zdradził?
      Ostra bródka wystająca spod kaptura pokiwała gwałtownie.
      - I porzucił – przyznała uczciwie.
      Pan Marcel z ciężkim westchnieniem powędrował między regały.
      - Mężczyźni to świnie, proszę pani. Wiem, co mówię. Jak się człowiek napatrzy
      na te filmy, to krew zalewa, jak sobie ścierwa poczynają - stwierdził
      starannie wybierając kasety z filmami.
      Ze zmarszczonymi brwiami podszedł do zakapturzonej postaci i podał pierwszą
      kasetę.
      - Dla niektórych to się naprawdę źle kończy, proszę pani – stwierdził ponuro
      przytrzymując róg kasety.
      Zakapturzona postać łapczywie chwyciła pudełko z filmem i sapnęła z wysiłku,
      próbując wyrwać je z olbrzymich rąk.
      - O, mogę z tym żyć...- stwierdziła z przekonaniem.
      Ostrzegałem - westchnął pan Marcel.
      Puścił pudełko i zaczął mozolnie spisywać dane z prawa jazdy tajemniczej
      klientki . Przez chwilę doznał wrażenia dejavu, że gdzieś już tę twarz ze
      zdjęcia widział.
      - Jagoda Kalita - przeliterował. - Czy my się znamy?
      Ostra bródka wcisnęła się głębiej pod kaptur.
      - Na pewno, nie.
      Pan Marcel z namysłem spojrzał w ciemne okulary. Zobaczył jednak tylko własne
      blade obicie i nieruchomy, jak u Sfinksa, fragment twarzy. Mruknął coś
      niezrozumiale i leniwie sięgnął pod ladę. Wyjął buteleczkę whisky i nalał
      trochę do plastikowego kubka. Podsunął go klientce pod nos.
      - Na frasunek dobry trunek – burknął.
      Ciemne okulary wpatrywały się przez chwilę w kubeczek. Coś na kształt uśmiechu
      zarysowało się w cieniu kaptura. Jagoda Kalita sięgnęła do kieszeni i
      pieczołowicie wyjęła własną piersióweczkę.
      - Taaa... lepszy łyczek, niż stryczek – pociągnęła gładko, stukając się
      kurtuazyjnie z butelką gospodarza.
      Szczera twarz pana Marcela rozpłynęła się nagle w uśmiechu. Chętnie
      wytarmosiłby z czułością ten kaptur, ale szacunek dla ludzkich uczuć, to pan
      Marcel miał zawsze. Zawiedziona miłość nie znosi czułego tarmoszenia od osób
      postronnych. Szybko pomaszerował więc między półki i przyniósł jeszcze jedną
      kasetę.
      - No, tu to już prawdziwe jatki - szepnął konspiracyjnie. - Jajka skwierczą,
      mózg na ścianie! Mówię ci kobieto.
      - I bardzo dobrze! - klientka wyraźnie ożywiła się.
      Zakapturzona osóbka po kolejnym zdrowym łyczku pożegnała się. Wyszła trzymając
      reklamówkę z filmami jak największy skarb. Pan Marcel znowu został sam. Sięgnął
      po odłożoną książkę. Ze zdjęcia na obwolucie uśmiechała się do niego młoda
      osóbka z ostrą bródką. Pan Marcel w chwili objawienia klasnął się otwartą
      dłonią w wytatuowane czoło. No jasne! Jagoda Kalita! Popatrzył na
      tytuł :,,Jaźń’’. Nad gotyckimi literami drobną czcionką wypisano nazwisko
      autora: Jagoda Kalita..
      • gamblerka Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 03.11.06, 16:11
        Podoba mi się od momentu pierwszej wypowiedzi klientki wypożyczalni. Gdyby opis
        Marcelka i Jagody dało się jakoś wcisnąć( trochę jakby mimochodem) w dialog
        między nimi, byłoby chyba lepiej. O kwestiach technicznych typu interpunkcja,
        składnia i takie tam, nich się lepiej wypowiedzą fachowcy :)
        • hophopi Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 03.11.06, 17:45
          eMZetko, fajne! i jakaż ulga przecinkowo-literówkowa, widać, że autor zadał
          sobie trud, żeby przeczytać po spłodzeniu :)
          • martttyna Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 03.11.06, 21:41
            hophopi napisała:

            > eMZetko, fajne! i jakaż ulga przecinkowo-literówkowa, widać, że autor zadał
            > sobie trud, żeby przeczytać po spłodzeniu :)


            hehe ;] Mi się też podba, szybko się czyta..
            • dorcyk583 Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 04.11.06, 12:45

              To teraz dla odmiany sentymentalny kawałek:

              Próbowała wtulić się w kołdrę. Przyjemnie świeża pościel, nieznacznie drapiąca
              ciało to zdecydowanie za mało. Odwróciła się gwałtownie na prawy bok, zmrużyła
              oczy, bo światło monitora dosięgało jej twarzy. Patrzyła przez moment na
              szczupłą sylwetkę pochyloną nad klawiaturą. Odchylenie pleców, znane
              skrzypnięcie fotela, beżowa koszulka opinająca ciało. Poczuła zapach drewna.
              „Taki zapach chyba jest żółty” – pomyślała.
              Ogarnęła wzrokiem wnętrze. Na wprost niej pyszniła się ściana pełna książek.
              Uwielbiała budzić się rano i natychmiast patrzeć na znajome grzbiety – ułożone
              niedawno książki na nowo zachwycały swoją różnorodnością. Teraz w nieznacznym
              tylko blasku, padającym z daleka, zaledwie zaznaczały swoje istnienie. Granatowa
              kanapa, schowana w kącie i mały stolik, obok skrzynia – siedzisko, którą dostała
              kiedyś od przyjaciół. I duże łóżko, właśnie to, teraz w połowie puste. Uniosła
              się na łokciu, rzuciła okiem na szpary w deskach podłogi – lubiła je. Gromadził
              się w nich domowy kurz, wszystkie tajemnice ranków i wieczorów, kurz spoufalony
              z właścicielami sosnowych desek.
              - Wiesz, jak późno już? – zapytała z uśmiechem.
              Mężczyzna wolno odwrócił krzesło w jej stronę. Patrzył na nią bez słowa.
              - No co? – Natalia patrzyła na męża z uśmiechem, chociaż jego reakcja
              zaniepokoiła ją nieco. Zwykle mruczał: „Tak, tak”, nie odwracając w ogóle głowy.
              Czekał, aż znów zaśnie i pozwoli mu spokojnie pracować.
              - Coś się stało? – Natka uniosła się wyżej – źle się czujesz?
              - Źle – usłyszała metaliczny głos.
              Odsunęła zieloną kołdrę. Wysunęła się spod ciepłego materiału i kiedy dotykała
              stopami chłodnych desek, usłyszała:
              - Nie kocham cię już.
              Nie zrozumiała. Usłyszała, ale nie zrozumiała. Spojrzała pytająco, jeszcze
              całkiem lekko, z resztką uśmiechu błąkającą się w kącikach ust.
              - Marcin?
              - Tak, nie kocham cię już – brunet powtórzył poprzednie zdanie, ściągając przy
              tym okulary i przecierając twarz znajomym jej gestem.
              - Jezus Maria – Natalia stała na środku rozległej antresoli. Krótka koszulka w
              pastelowe kwiaty nie ochroniła jej przed nagłym atakiem zimna – No tak.
              W pierwszym momencie, w kilkunastu pierwszych sekundach Natalia potraktowała
              usłyszane zdanie jako problem do rozwiązania.
              Od łóżka do fotela dzieliło ją kilka metrów. Kiedy stanęła przed szczupłym
              brunetem, zrozumiała, że to nie jest już problem do rozwiązania.
              Patrzył na nią. Trzymał w dłoni okulary, półdługie, falujące, czarne włosy
              założył za uszy. Milczał.
              Stała przed nim i wiedziała, że nie żartuje. Stała zaskoczona, otępiała,
              znieruchomiała. Przed oczami przebiegło jej kilka obrazów: spadająca roleta,
              powódź w łazience, jego ostatni wyjazd, jej spragnione ciało, pytania o fotki
              innych kobiet.
              - Czy jest ktoś inny? – zapytała drewnianym głosem.
              - Nie, nie o to chodzi – odrzekł cicho.
              Właściwie nie wiedziała, o co pytać, i czy teraz, w obliczu tego, co usłyszała,
              jest sens pytania o cokolwiek. Spojrzała na ekran monitora. Dochodziła 2.00.
              Sięgnęła po papierosa. Patrzyła na płomień wyskakujący z czarnego prostokątnego
              przedmiotu. Na próżno szukała w głowie jego nazwy.
              - Teraz? Dlaczego teraz? – zapytała.
              - Nie wiem...nie wiem...Może... – zawiesił głos i ciężko wstał z fotela.
              Podeszła do zamkniętego okna. Kaloryfer parzył jej uda. Odwróciła się gwałtownie.
              - Chcesz rozwodu? – usłyszała swój głos. Swój – nie swój.
              - Tak.
              W jej głowie eksplodowało światło, a zaraz później zapadła ciemność.
              Podeszła do łóżka, na którym leżał jej mąż. Usiadła obok, przesuwając pościel.
              - Marcin... – próbowała nawiązać jakąkolwiek rozmowę, oswoić szok, oswoić jak
              najszybciej, tak, jak robiła to zawsze. Wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać znajome
              ciało i wtedy dotarło do niej, że właściwie to ona chce być pogłaskana, obudzona
              z tego snu, przytulona.
              Nic takiego się nie stało. Nadal trwała lutowa noc, antresola zanurzona była w
              miękkim świetle lampki, delikatnie szumiał komputer, ona drżała z zimna, patrząc
              na twarz człowieka, który...
              Zaczęła myśleć. Na przekór sobie i sytuacji. Myśleć. Mieszkanie, kredyt, Iga,
              jutro od 8 rano zajęcia, jego choroba. Nie mogła płakać.
              „Powinnam płakać – pomyślała – Jasna cholera, powinnam płakać!” – krzyczała do
              wewnątrz siebie.
              Zamiast swoich, zobaczyła jego łzy. Leżał na wielkim łóżku i płakał. Najpierw
              cicho, powoli, później coraz głośniej i gwałtowniej. Zdumiona przysunęła się
              bliżej. Zamknęła jego twarz w ramionach i pomyślała:
              „ To jakieś szaleństwo. Zwariuję za moment.”
              - Nie umiem już tak dłużej... Nie potrafię... Patrzę na ciebie i wiem, że cię
              oszukuję...Nie umiem cię już kochać, chciałem, ale nie umiem...
              Odsunęła się. Zaczesała palcami gęste, ciemne włosy. Zsunęła się z łóżka i
              usiadła na podłodze.
              - Co teraz?
              - Wyprowadzę się. Zaraz. Zabiorę najpotrzebniejsze rzeczy.
              - Jak to, zaraz? – zapytała przytomnie i dopiero wtedy zrozumiała tak naprawdę,
              co się dzieje – Jak to, zaraz??? – łzy popłynęły niekontrolowanym strumieniem.
              Nie mówił nic. Siedział na łóżku i czekał, aż się uspokoi.
              - Zosia...chcę zadzwonić do Zośki, niech tu przyjedzie...nie chcę być sama! Nie
              mogę! – szlochała.
              - Dobrze – powiedział spokojnie – dobrze. Przywiozę ją.
              Natalię przeraził wyważony ton jego głosu. On wie, co zrobić. Jest zdecydowany.
              To koniec.

              • gina.parole Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 05.11.06, 01:04
                Dorcyku,
                jestem laikiem, więc... spójrz, proszę, na mój komentarz "z przymrużeniem oka".
                Podchodzę do sprawy intuicyjnie...
                - pierwsze "ale": "przyjemnie świeża pościel, nieznacznie drapiąca ciało to
                zdecydowanie za mało". Gryzący rym i zdanie zupełnie niepotrzebne.
                - za dużo słów: "I duże łóżko, właśnie to, teraz w połowie puste". Co powiesz
                na: "Ich wspólne łóżko, w połowie puste"?
                lub:
                "Tak, nie kocham cię już – brunet powtórzył poprzednie zdanie, ściągając przy
                tym okulary i przecierając twarz znajomym jej gestem".
                Ja napisałabym tak:
                "Tak..." - powiedział cicho brunet, ściągając okulary - "nie kocham cię już" -
                powtórzył, przecierając zmęczone oczy znajomym gestem.
                - za dużo powtórzeń: "w pewnym momencie, w kilkunastu pierwszych
                sekundach", "Stała przed nim i wiedziała, że nie żartuje. Stała zaskoczona
                (...)", "Wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać znajome ciało i wtedy dotarło do niej,
                że właściwie to ona chce być pogłaskana"
                - niespójność miejsca: Marcin siedzi przed komputerem czy leży w łóżku?
                Jak dla mnie największym mankamentem opowiadania jest zbyt duża ilość zbędnych,
                moim zdaniem, słów. Czytając twój fragment czułam, że powietrze jest gęste od
                niewypowiedzianych emocji. NIEWYPOWIEDZIANYCH. Za dużo tu mówienia "wprost".
                Może "zamiast" równoważniki zdań? Krótkie i konkretne. Pozostające w kontraście
                do gęstniejącej atmosfery uczuć.
                "Zosia...chcę zadzwonić do Zośki, niech tu przyjedzie...nie chcę być sama! Nie
                mogę!" – szlochała.
                "Dobrze – powiedział spokojnie – Przywiozę ją.
                Wyważony ton jego głosu. Zdecydowanie i spokój.
                "To się nie dzieje naprawdę, to tylko sen" - powtarzała raz po raz, jak mantrę.

                Dorcyku, jestem tylko laikiem. Gratuluję odwagi!
              • reksio_killer Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 05.11.06, 18:06
                Przeczytałem. A samo to już wiele znaczy. Zastanawiam się, co o tym powiedzieć.
                Nie mam, niestety, daru szybkiego myślenia.
          • mz64 Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 05.11.06, 06:58
            Dzięki za miłe słowa! Są czasem tak bardzo potzrebne! :)
            • prymula7 Tekst do oceny 05.11.06, 14:34
              Najnowsza wersja bajki, Piękna i bestia :P



              W pięknym zamku, otoczonym nie mniej pięknym ogrodem, mieszkała księżniczka
              Anneżob. Była jeszcze piękniejsza niż jej zamek i ogród, a na cześć jej
              mądrości poeci układali hymny pochwalne.
              W zamku oprócz księżniczki Anneżob mieszkał też młodzieniec, o imieniu Mada.
              Plotka głosi, że był to wierny giermek księcia, przyjaciela księżniczki, który
              zaginął bez wieści. Anneżob bardzo lubiła giermka i spędzała z nim dużo czasu.
              Mada wielbił swoją panią, jak tylko potrafił. A pewnie i podkochiwał się w niej
              po cichu. Ale wiedział, że szans nie ma żadnych, bo księżniczka Anneżob
              marzyła o księciu.
              Pewnej nocy, gdy księżniczka spała smacznie na swym wygodnym łożu, rozległo się
              pukanie do drzwi jej sypialni. Anneżob otworzyła oczy i wpatrywała się w
              ciemność. Pukanie do drzwi powtórzyło się, a po chwili dobiegł strwożony głos
              giermka:
              -Księżniczko, pani moja. W krzewach otaczających zamek ukrył się zwierz
              jakowyś. Straż nie daje rady wypłoszyć go stamtąd. Co robić, pani moja, co
              robić?
              Anneżob uchyliła drzwi sypialni.
              -Zwierz w moim ogrodzie? Jak wygląda? Czy jest wielki? Czy jest straszny?
              -Straszny, miłościwa pani. Łeb ma wielgachny. Ślepia mu świecą jak dwa
              księżyce. Kudłaty cały! A kudły na nim czarne niczym bezgwiezdna noc!
              Anneżob zadrżała.
              -Cóż mam począć? Cóż począć?- szeptała zbielałymi wargami.
              -Pani moja, rozkazuj. Jeśli przyjdzie mi zginąć w walce ze stworem, zginę!
              -Muszę go zobaczyć- oświadczyła nagle księżniczka- ale zrobię to przez okno. A
              potem przywołam ciebie.
              Giermek skłonił się głęboko i zamknął drzwi sypialni.
              Anneżob podbiegła do okna. Rozpłaszczyła swój zgrabny nosek na szybie. Krzewy
              poruszały się delikatnie w takt wiatru, a zbroje straży połyskiwały, oświetlane
              blaskiem księżyca. „Muszę wyjść z zamku, powiedziała do siebie półgłosem. Och,
              jak szkoda, że moja siostra Eneri wyjechała dziś rano. Razem na pewno
              wymyśliłybyśmy sposób na pozbycie się potwora”.
              Pokojówka pomogła ubrać się księżniczce. A przywołany giermek, niosąc przed
              nią palące się łuczywo, oświetlał korytarze, którymi biegła na spotkanie ze
              stworem.
              - Ostrożnie, miłościwa pani - ostrzegł ją strażnik, gdy zbliżyła się do krzewów.
              Księżniczka machnęła lekceważąco ręką, ale poczuła, że serce zabiło jej
              mocniej. Nie z lęku. Jakieś dziwne było to bicie. Jakby trzepot skrzydeł
              ptaka, szykującego się do lotu.
              Anneżob rozchyliła powoli gałązki krzewów.
              -Mada! Światło!- krzyknęła i wtedy poruszyło się coś w krzewach.
              -Miłościwa pani - zaczął dzielnym głosem giermek, ale księżniczka położyła mu
              palec na ustach
              -Ciiii...bądźmy cicho- szepnęła- może zwierz przybył do nas w pokojowych
              zamiarach...
              -W pokojowych?- zdziwił się giermek- to dlaczego ukrył się w zaroślach?
              -No właśnie. Dlaczego? - podchwyciła pytanie chórem straż.
              Księżniczka zadumała się na moment.
              -Macie rację - oznajmiła - gdyby przybył w pokojowych zamiarach, nie ukrywałby
              się. Brać go!
              Straż dobyła miecze i rzuciła się w zarośla.
              - Nie zróbcie mu krzywdy- poprosiła księżniczka.
              Po krótkiej szamotaninie, straż wróciła bez niczego.
              -Zaparł się nogami, i nijak nie można go wywlec- wysapał potężny drągal.
              -Ale, co to jest? Jak wygląda? Do czego jest podobne?- dopytywała Anneżob.
              -Wygląda jak pies.
              -Pies? Mam straż, która nie poradzi sobie z psem?- wykrzyknęła zdumiona
              księżniczka.
              -Ale ten pies silny jest, jak byk - tłumaczył drągal, chowając miecz.
              -Musi być jakiś sposób- rozmyślała na głos księżniczka- hmm, jeśli to jest
              pies, to przynieście jadło. Zapach kiełbasy na pewno go znęci, i wyjdzie z tych
              zarośli.
              -Ale ...ale...- jąkał się giermek- kucharz wypił beczkę piwa i zamknął się w
              spiżarni. A w kuchni pustki.
              -Co robić, co robić- niecierpliwiła się księżniczka.
              -Na łańcuch go i do lochu- podpowiedział drągal.
              -Na łańcuch? Tak, to jest myśl. Załóżcie mu łańcuch i wyprowadźcie go za mury
              zamku.
              Ale pies nie dał sobie założyć łańcucha. Po wielu nieudanych próbach, straż
              poddała się.
              -Miłościwa pani- zaczął płaczliwym głosem drągal- to bydlę ma łeb jak młyńskie
              koło. Nie damy rady.
              -Ja spróbuję- rzekł Mada.
              Wziął z rąk drągala łańcuch i wszedł między krzewy. Długo nie wychodził, a gdy
              już wyszedł, minę miał zasmuconą.
              -Miłościwa pani, to bernardyn. Wielki i silny. I wyjątkowo uparty. Założyłem mu
              na szyję łańcuch, ale zaparł się i sam go nie ruszę. Straż musi mi pomóc.
              -Zostańcie na miejscach - Anneżob powstrzymała ruchem ręki straż, gotową pomoc
              giermkowi- otwórzcie bramy. Może do rana sam wyjdzie. Wracam do komnaty. Mada,
              oświetl mi drogę.
              Giermek posłusznie ruszył przed księżniczką.
              Minęła noc.
              Gdy pierwsze promienie słońca połaskotały buzię księżniczki, ta otworzyła
              szeroko oczy i zastanawiała się, czy wielki stwór przyśnił się jej, czy
              naprawdę był w krzewach. „To tylko zły sen”, ziewnęła księżniczka i
              przeciągnęła się rozkosznie, aż zatrzeszczały jej kości. Usiadła na łożu,
              przetarła piąstkami oczęta, a potem boso podbiegła do okna.
              Wokół krzewów nie było nikogo. Wiatr trącał lekko gałęzie drzew, straż
              spacerowała wzdłuż murów. Zaczynał się normalny, spokojny dzien.
              Pokojówka, jak zwykle, pomogła ubrać się księżniczce. Anneżob wyszła z komnaty,
              by udać się na śniadanie, ale drogę zagrodził jej Mada.
              -Miłościwa pani, w krzewach nie ma już bernardyna. Poszedł sobie...
              -To nie był sen?- przerwała zdumiona.
              -Nie. To znalazłem wśród krzewów- powiedział ściszonym głosem, podając
              księżniczce rulon papieru- list jakowyś...
              -Przeczytałeś?
              -Jakże bym śmiał- żachnął się giermek- pieczęć nienaruszona.
              Skłonił się i odszedł.
              Anneżob udała się do komnaty, by spokojnie rozwinąć rulon. A, kiedy już go
              rozwinęła i wzrokiem swym sokolim przebiegła treść, osunęła się na fotel i
              siedziała nieruchomo.
              Słońce przewędrowało pół nieba, do komnaty zaczął wdzierać się półmrok, gdy
              księżniczka ocknęła się z odrętwienia. Spojrzała na rulon, przeczytała treść
              raz jeszcze:
              Księżniczko
              Porwała mnie zła wiedźma i zaklęła w psa bernardyna. Zaklęcie przestanie
              działać, jeśli przytuli mnie prawdziwej krwi księżniczka. Dlatego przyszedłem
              do Twojego ogrodu. Ale Ty kazałaś mnie wywlec na łańcuchu za mury zamku.
              Czy byłem agresywny? Nie. Czy próbowałem Cię skrzywdzić? Nie.
              Czekałem tylko na Twoje przytulenie. Zamiast mnie przytulić, rozkazałaś
              otworzyć bramę, bym sobie poszedł.
              Nie pojawię się więcej.
              Jeśli wierzysz w miłość, odszukaj mnie.
              Jeśli nie wierzysz w miłość, zapomnij o moim istnieniu.
              Książę Bernard.

              Następnego dnia Anneżob wyruszyła na poszukiwanie księcia.
              Wierzy, że spotka swą miłość...






              • skajstop Re: Tekst do oceny 05.11.06, 21:08
                No proszę, i to jest w dodatku bajka z pewnym kluczykiem...
                • prymula7 Jeszcze trochę 07.11.06, 10:24
                  pomilczycie, a wpadnę w samouwielbienie, że napisałam doskonałą bajkę:P
                  • sex_time Re: Jeszcze trochę 07.11.06, 14:20
                    A mnie zastanawia jeszcze jedno: jak pies mógł napisać list? No ale to bajka
                    przecie...
                    • pepaipu Re: Jeszcze trochę 07.11.06, 14:26
                      Mógł komuś podyktować.
                      • millefiori Re: Jeszcze trochę 07.11.06, 15:12
                        Taki Szarik np., to by potrafil napisac list, prawda?;)
                        • pepaipu Re: Jeszcze trochę 08.11.06, 08:32
                          Tak, bo się nauczył od Gustlika
                          • permella Re: Jeszcze trochę 08.11.06, 21:06
                            oh! co za poczucie humorku ;)
              • pepaipu Re: Tekst do oceny 07.11.06, 10:57
                Być może recenzenci sami boją się teraz narazić na krytykę... Jeżeli miałby już zaryzykowac i powiedzieć coś życzliwie - krytycznego, to powiedziałby, co następuje:
                1. Stylizacja dialogów na staropolszczyznę wydaje mi się trochę nieudana.
                2. Podejrzewam, że szanująca się straż nie obudziłaby księżniczki z powodu psa rasy bernardyn, który nie chce wyjść z krzaków. Powinien to być jednak jakiś przyzwoity potwór.
                3. Taka młoda księżniczka sama w zamku? A gdzie król, królowa, służące? No ale powiedzmy, że w bajce książniczka mogła spędzać sporo czasu z giermkiem swojego przyjaciela, i to sam na sam...
                4. Niejasne zakończenie: czy teraz książniczka będzie chodzić po świecie i przytulać wszystkie bernadyny, żeby znaleźć miłość?

                Ale ogólnie rzecz biorąc, całkiem ładna bajka.
                • pepaipu Re: Tekst do oceny 07.11.06, 10:59
                  Drugie zdanie miało oczywiście brzmieć: jeżeli miałbym już zaryzykowac i powiedzieć coś życzliwie - krytycznego, to powiedziałbym, co następuje: ...
                  • prymula7 Dziękuję 09.11.06, 22:44
                    za sympatyczne słowa i za żarty.
                    Skupiliście się na "yntelygencji" bernardyna, a pies pogrzebany jest w
                    imionach:P
                    • skajstop Re: Dziękuję 09.11.06, 22:53
                      Oczy moje te imiona zauważyły :)
                      • senseeko Re: Dziękuję 10.11.06, 16:08
                        Ale co w tych imionach ma być takiego niezwykłego?
                        Bo Bożena i Adam z niczym mi się nie kojarzą. Ani ze sferą polityki, ani z
                        historią. Może do jakiegoś serialu Autorka nawiązuje?
                        W kropcem.
              • senseeko Czarny bernardyn? 10.11.06, 16:04
                Chyba Autorce rasy się pomyliły. Czarny, przypominający bernardyna pies, to
                nowofundland.
                Ale nawet z nowofundlandem uzbrojona straż poradziłaby sobie bez problemu.
                No chyba, ze to zamek jakichś wyjątkowo pokojowo nastawionych chucherek, którzy
                noży uzywają tylko do krojenia marchewki.
    • dreammy Proszę o konstruktywną krytykę. 09.11.06, 00:04
      Oto początek powieści. Zaznaczam, iż jest przeznaczona dla dzieci, ale nie jest
      to bajka.

      " W POGONI ZA SŁOŃCEM"

      Promienie słońca przez cały dzień zaglądały w okna małego białego domku.
      Rankiem usiłowały podejrzeć, czy chłopiec i jego mama jeszcze śpią, czy może
      już wstali. W południe zerkały ciekawie co też chłopiec i jego mama jedzą na
      obiad. Po południu zaś towarzyszyły obojgu w miłych codziennych zajęciach.
      Czasem sprzątały z chłopcem jego pokój, czasem prasowały z mamą ubrania na
      jutro. Niekiedy zaś – gdy wraz z nadejściem jesieni, a potem zimy, dnie stawały
      się krótsze kładły się na biurku chłopca, gdy odrabiał lekcje, albo na
      ulubionym fotelu mamy, gdy czytała książkę. Grzały wtedy jej kolana niczym
      domowy kot.
      Domek, przytulony z jednej strony do ściany lasu, z trzech otoczony pięknym,
      choć nieco dzikim ogordem, zawsze zdawał się chłopcu być zanurzony w słonecznej
      kąpieli. Jeżeli nawet dzień był pochmurny, dom rozświetlało od środka ciepło
      płynące z dwojega jego mieszkanców: miłość chłopca do mamy i mamy do chłopca.
      Pewnego dnia słoneczny blask zaczął jednak przygasać. I niezauważalnie robiło
      się go coraz mniej i mniej.
      Na początku z buzi mamy zniknął uśmiech.
      - Czemu jesteś taka smutna? – pytał chłopiec, a mama odpowiadała wtedy,
      głaszcąc go po głowie.
      - Zmęczona jestem.
      Któregoś dnia z mamy pokoju zniknęło słońce. Po raz pierwszy, od kiedy chłopiec
      sięgał pamięcią mama położyła się po południu do łóżka, przed tem zaciągnąwszy
      zasłony i leżała tak – nie śpiąc – aż do wieczora.
      I wtedy, gdy zaniepokojony położył dłoń na jej czole, tak jak ona kładła dłoń
      na jego czole, gdy miał grypę, odrzekła uspokajająco:
      - Zmęczona jestem.
      Od tej pory mama odpoczywała w każde popołudnie, a chłopiec bawił się, czytał
      lub odrabiał lekcje w swoim pokoju, od czasu do czasu sprawdzając, czy niczego
      jej nie potrzeba. Ale mamie potrzebny był tylko spokój. I mrok. Słońce nie
      miało już wstępu do jej pokoju.
      Chłopiec zaniepokoił się nie na żarty dopiero wtedy, gdy pewnego dnia mama nie
      wstała, by wyprawić go do szkoły, a sama pójść do pracy. Ubrał się, umył buzię
      i zęby, posłusznie zjadł płatki na mleku, sam powędrował – choć zdarzyło się to
      po raz pierwszy – do szkoły i sam z niej wrócił. Dopiero gdy zjadł w samotności
      przyniesiony przez sąsiadkę obiad i na palcach wszedł do pokoju mamy, przytulił
      się i zapytał:
      - Bardzo jesteś zmęczona?
      Usłyszał słowa, od których małe kochające serduszko zamarło na chwilę.
      - Synku, jestem chora.
      Przytulił się do mamy jeszcze mocniej. Ukrył buzię w złotych włosach, kiedyś
      błyszczących jak słoneczny promień, teraz matowych i potarganych i zapytał
      cichutko, z trudem walcząc ze łzami:
      - Umrzesz?
      - Nie, skarbie, to nie jest śmiertelna choroba. Wyzdrowieję, muszę tylko dużo
      odpoczywać.
      - Ale na pewno nie umrzesz?
      Mama wzięła buzię chłopca w dłonie i odrzekła, patrząc prosto w jego szare oczy:
      - Nie umrę. Przyrzekam.
      Nieco uspokojony powrócił do swoich zajęć, ale nazajutrz…
      Nazajutrz słońce opuściło biały domek na zawsze. Mama zniknęła.
      • aarek.slon Konstruktywna krytyka 10.11.06, 10:20
        Czy jesteś pewien, że warto opowiadać dzieciom o śmierci rodziców? I może jeszcze czytać im to wieczorem do poduszki, żeby się przyśniły koszmarki? Ty chyba nie lubisz dzieci...
        • senseeko Re: Konstruktywna krytyka 10.11.06, 15:48
          aarek.slon napisał:

          > Czy jesteś pewien, że warto opowiadać dzieciom o śmierci rodziców? I może jeszc
          > ze czytać im to wieczorem do poduszki, żeby się przyśniły koszmarki? Ty chyba n
          > ie lubisz dzieci...

          To Ty chyba nigdy w życiu nie czytałeś Makuszyńskiego
      • senseeko Re: Proszę o konstruktywną krytykę. 10.11.06, 15:54
        Bardzo mi się podoba. Mimo stanowczo zbyt wielu literowek ;) Przepuść to przez
        sprawdzacz pisowni i poczytaj głośno.
        Ale język zdecydowanie bajkowy, czemu zatem piszesz, że nie jest to bajka? Bo
        nie będzie magicznych akcesoriów?
        Zakładam oczywiście, że wszystko skończy się dobrze?

        "Jeżeli nawet dzień był pochmurny, dom rozświetlało od środka ciepło
        > płynące z dwojega jego mieszkanców: miłość chłopca do mamy i mamy do chłopca.
        > Pewnego dnia słoneczny blask zaczął jednak przygasać. I niezauważalnie robiło
        > się go coraz mniej i mniej."

        Ten fragment stylistycznie jest chyba najsłabszy z całości. Trzeba go
        doszlifować. IMHO za dużo dookreśleń.

        Jeśli reszta utrzymana jest w podobnym tempie i stylu, to będzie to chyba coś
        bardzo ładnego? (Zakładając oczywiście, że masz pomysł na akcję) ;)
        • belinks Re: Proszę o konstruktywną krytykę. 10.11.06, 22:08
          A propos opowieści ze śmiercią rodziców w tle. Makuszyński? to już muzealny
          pisarz dla dzisiejszych dzieci. Bliższy im jest piewca tragicznych losów sierot
          Baudelair, Lemony Snicket, czy inna sierota- Harry Potter. Literatura po to
          jest, aby obłaskawiać tematy tabu, a temat śmierci rodziców takim jest.Fragment
          powyższy nie jest fragmentem baśni dla 3- latków, prawda?
          Język troszkę wg mnie "drewniany", ale na początku to się zdarza, zanim
          człowiek się rozpędzi w opowiadaniu historii.
          • dreammy Śmierć rodziców 10.11.06, 23:31
            Myślę, że książka o takiej tematyce (choć nie wiem, skąd wpadliście na pomysł,
            że Mama umarła, ona zniknęła, nie umarła) jest potrzebna. Śmierć, choroba, to
            nadal są w naszym kraju tematy tabu. Dzieciom wciska się jakieś kity, hoduje
            się "trupy w szafie", okłamuje, by tylko nie powiedzieć im prawdy: mama jest
            chora, trafiła do szpitala, wróci, gdy wyzdrowieje. Jak myślicie, co dzieje się
            w duszy, sercu i umyśle dziecka, który widzi, że coś jest z ukochanym rodzicem
            nie tak, słyszy jakieś uspokajające blebleble, widzi poszeptywania na boku,
            które milkną, gdy dziecko się zbliża, a potem nagle rodzic znika?

            Dlaczego zastrzegłam, że to nie będzie bajka? Bo to opowieść oparta na faktach.
            A pisana takim a nie innym językiem, bo przecież ma dotrzeć do dzieci, a nie
            dorosłych.

            Przepraszam serdecznie za literówki - tępię je u innych, a sama nie wyłapałam.
            Wstyd!

            Mam nadzieję, że będzie to coś ładnego - jestem to winna mojemu dziecku,
            którego mama kiedyś "zniknęła". Oczywiście skończy się dobrze. Słońce powróci
            razem z Mamą. :)

            Dziękuję za przeczytanie fragmentu i słowa krytyki, była bardzo łagodna. Nie
            wiem tylko co poradzić na drętwy język. Pierwszy raz piszę dla dzieci.
            • senseeko Re: Śmierć rodziców 11.11.06, 12:41
              dreammy napisała:

              > Myślę, że książka o takiej tematyce (choć nie wiem, skąd wpadliście na pomysł,
              > że Mama umarła, ona zniknęła, nie umarła) jest potrzebna.

              Ja nie wpadłam. Zniknęła, to zniknęła. W tym momencie dopuszczam obie mozliwosci
              i chociaz w Twojej ksiazce raczej spodziewalam sie choroby a nie śmierci, to
              jednak i ksiazka o smierci jest potrzebna. I tu dla mnie wzorem jest
              Makuszynski, ktory "oswaja" ten trudny temat i pokazuje, ze to jeszcze nie
              koniec świata. Natomiast zdecydownaie jestem przeciwniczką powiesci opiewających
              "smutną dolę sierot" w stylu choćby Dickensa czy "Małej księżniczki" zbyt to
              mroczne dla małych dzieci. Nazwiska wymienione przez poprzednika/czkę poza
              Harrym Potterem nic mi nie mówią i w naszej biblitece ich nie widziałam a jestem
              mniej więcej na bieżąco z literaturą dziecięcą. Natomiast Makuszyński nawet
              jesli tworzył dawno, ciągle jest IMHO aktualny. Jego "Wielka Brama" ma początek
              klimatem przypominający ksiażkę dreammy, a "Uśmiech Lwowa" czy "Awantura o
              Basię" też bardzo ciepło traktują ten niezmiernie trudny temat.

              > Śmierć, choroba, to
              > nadal są w naszym kraju tematy tabu. Dzieciom wciska się jakieś kity, hoduje
              > się "trupy w szafie", okłamuje, by tylko nie powiedzieć im prawdy: mama jest
              > chora, trafiła do szpitala, wróci, gdy wyzdrowieje. Jak myślicie, co dzieje się
              >
              > w duszy, sercu i umyśle dziecka, który widzi, że coś jest z ukochanym rodzicem
              > nie tak, słyszy jakieś uspokajające blebleble, widzi poszeptywania na boku,
              > które milkną, gdy dziecko się zbliża, a potem nagle rodzic znika?

              Zgadzam się, choć nie generalizowałaby tego aż tak. Wszystko zależy od rodziny.
              Powiedziałabym raczej że w Polsce ludzie z natury mają tendencję do przeginania
              pały. Albo "tabu i trup w szafie" albo "brutalna prawda". Czytałam kiedyś
              artykuł jednej takiej pani przeginajacej w drugą stronę (nazwisko litościwie
              zmilczę) ktora dowodziła, ze najlepsze bajki to takie, ktore kończą się źle, że
              trzeba mówić o kupie i smarkach, a najlepsza bajka to taka w której rodzina
              zakopała dziadka w ogródku, a wcześniej trzymała go w pokoju, póki nie zaczął
              się rozkładać.
              >
              > Dlaczego zastrzegłam, że to nie będzie bajka? Bo to opowieść oparta na faktach.

              A to akurat nie ma znaczenia. Bajkę tworzy język i klimat. Mówienie o pewnych
              sprawach poprzez aluzje i symbole.

              Odsyłam do świetnej bajki, która porusza podobny problem, mianowicie
              "zniknięcia" ojca. Wprawdzie nie było to zniknięcie poprzez chorobę, ale na
              dobrą sprawę każde dziecko bez ojca, moze sobie swoje własne "zniknięcie" podstawic.
              To "Mio mój Mio" Astrid Lindgren.

              Zyczę powodzenia i mam nadzieję, ze książka będzie niebawem dostępna w księgarniach.
            • belinks Re: Śmierć rodziców 11.11.06, 13:12
              dreammy napisała:
              Nie wiem tylko co poradzić na drętwy język.

              Mnie pomaga słownik wyrazów bliskoznacznych, chyba najbardziej zaczytana
              książka w moim domu. Ale przede wszystkim wprawki, typu: siadasz na 4 literach
              i opisujesz wszystko co się teraz wokół, choc pozornie nic się nie dzieje.
              Wyobrażasz sobie słońce i piszesz jego opis długi,nt blasku promieni. To dla
              plastyczności jezyka dobrze robi,jako ćwiczenie, choć w opowieści dla dzieci
              jest nie do strawienia, więc matforyczny język trzeba dawkować ostrożnie.
              Andersen, melancholijny Andersen może być inspiracją, chociaż trzeba być
              czujnym, aby w dobrej wierze nie powielić. No, a poza tym, praktyka czyni
              mistrza...
              • belinks Re: cd 11.11.06, 13:22
                He he, wybacz, rad udzielam, jak bym Skajtopem była.Ale i mnie się uczyć trzeba
                dużo.
                • skajstop Re: cd 11.11.06, 13:51
                  Twoje rady w tym przypadku są takie, że i ja z nich skorzystam :)
                  • dreammy drętwy język 11.11.06, 19:00
                    Myślę, że drętwy język lub lekkie pióro nie zależą od pracy ze słownikiem
                    (korzystam, a jakże), ale są wrodzonymi darami/talentem. Tzn. lekkie pióro jest
                    talentem, a na drętwotę języka, jeśli już na nią choruję, praca nic nie da.
                    Może w tym przypadku powodem takowej jest pisanie początku powieści po raz
                    drugi. Zawsze pisanie "wymuszone" okolicznościami jest trudniejsze niż pisanie
                    ot tak, lekką ręką, z potrzeby serca.
                    Faktycznie w tekstu nie wynika jasno, co się stało z Mamą, dopiero w następnym
                    akapicie jest to wyjaśnione, a ja z nieznanych sobie przyczyn wkleiłam tylko
                    fragment, który wkleiłam.
                    Myślę, że bajki dla dzieci - dla dorosłych zresztą też - powinny się kończyć
                    dobrze. Zbyt wiele rzeczy w naturze kończy się źle, by jeszcze w bajkach było
                    tak samo. I nie zamierzam pisać o kolejnej sierocie. Nieco wyeksploataowany ten
                    temat, poza tym w naszym kraju nie ma sierot w domach dziecka, są tylko sieroty
                    społeczne, wiem, bo pracowałam jakiś czas w takim przybytku. Smutne to lecz
                    prawdziwe :(
                    • belinks Re: drętwy język 12.11.06, 15:01
                      Talent literacki to takie coś,że kiedy pisze się frazę to ona płynie, przewija
                      się obrazami, migocze niuansami. Ale na początku, nie każdy fragment pisany
                      jest z taką swadą, niektóre akapity są mniej lub bardziej drewniane i to trzeba
                      po prostu dopracować i już. Pierwsze ksiązki zazwyczaj są obdarzane zaufaniem
                      na zapas, także z powodu niektórych niedoróbek warsztatu. Nie wiem, czemu
                      Dreammy tak mało wiary w siebie, czemu od razu wycofujesz się rakiem.

                      dreammy napisała:
                      Tzn. lekkie pióro jest talentem, a na drętwotę języka, jeśli już na nią
                      choruję, praca nic nie da.

                      Ale przyjemność pisania... jeśli ona się pojawia, kiedy sięgasz po pióro, to
                      warto pisać nawet do szuflady. Ale jeśli jej nie ma to są inne sposoby
                      zadawania sobie cierpienia, prawda? :-)))))))))))))))
                      • permella Re: drętwy język 15.11.06, 22:07
                        belinks napisał:

                        > Talent literacki to takie coś,że kiedy pisze się frazę to ona płynie, przewija
                        > się obrazami, migocze niuansami. Ale na początku, nie każdy fragment pisany
                        > jest z taką swadą, niektóre akapity są mniej lub bardziej drewniane i to trzeba
                        >
                        > po prostu dopracować i już. Pierwsze ksiązki zazwyczaj są obdarzane zaufaniem
                        > na zapas, także z powodu niektórych niedoróbek warsztatu. Nie wiem, czemu
                        > Dreammy tak mało wiary w siebie, czemu od razu wycofujesz się rakiem.
                        >
                        > dreammy napisała:
                        > Tzn. lekkie pióro jest talentem, a na drętwotę języka, jeśli już na nią
                        > choruję, praca nic nie da.
                        >
                        > Ale przyjemność pisania... jeśli ona się pojawia, kiedy sięgasz po pióro, to
                        > warto pisać nawet do szuflady. Ale jeśli jej nie ma to są inne sposoby
                        > zadawania sobie cierpienia, prawda? :-)))))))))))))))

                        Tak.. ;)) Masz racje ;)
    • skajstop Porządki - recenzja z twórczości pewnego Mysza :) 10.11.06, 14:30
      Hophopi napisała, a ja przeniosłem do właściwego wątku:

      no dobra, to ponieważ mam dziś jakieś ciągoty w kierunku mnożenia postów, od
      ręki zakładam wątek męczeński :)

      nie wiem, nie znam się, ZAROBIONA JESTEM!!. mimo/i z powodu zarobienia
      przeczytałam /tylko/ 1,5 str. - ale co tam, już można pomęczyć.
      no więc tak: tytuł mi się nie podoba, pierwsze zdanie mi się nie podoba /"a
      przy otwartym oknie" - powinno być coś w sensie "z powodu" = "okno było
      otwarte i ..."/, nie podoba mi się szyk w zdaniu o flamastrze i białej
      koszuli i sformułowanie "podciągnął szybę" :P
      ale dialogi naturalne i podobają sięę miii i mam ochotę na c.d., lecz arbajt
      goni...
      jakoś Vian mi się przypomina, gdy to czytam, mam ochotę go odgrzebać:)

      zmykam
      • gornhard Re: Porządki - recenzja z twórczości pewnego Mysz 11.11.06, 17:37
        Ooo, musowo muszę coś zamieścić. Oczywiście proszę o komentarze. Pozdrawiam :)

        -=-
        - Pomóż mi! - wrzeszczy jakiś opętany samarytanin.
        Myślę - spierdalaj facet. Ale podchodzę, choć miałem zamiar przejść obok tego i
        tyle. Po prostu przejść, jak każdy normalny człowiek. Ale nie, napatoczy się
        taki jeden, co i pijaka z rynsztoku weźmie pod rękę i zaprowadzi do domu. Do
        domu. Zaprowadzi by bydle leżało i śmierdziało, a obok jak co wieczór, płakała
        żona, a przy niej dzieci.
        - Pomóż mi! - krzyczy coraz głośniej.
        Widzę jak stara się go podnieść. Podwinął kantówy, zakasał rękawy marynarki,
        błyszczącymi lakierkami brodzi w śniegu po kostki i się z nim siłuje. Na darmo,
        sam nie da rady cielsku pijaczyny. Obok leży jakiś zdezelowany rower. Wygięta
        rama, a obok pijaka mała czerwona plama. Uśmiecham się w myślach.
        - Chodź tu! - wciąż mnie woła, nawet na mnie nie patrząc.
        Podchodzę powoli, tak jakbym mógł to odwlec. Mogę przecież uciec, nic złego w
        tym że nie chcę nosić na swych barkach mendy z browaru. Ale nie mogę uciec,
        wciąż więc powoli brodzę do przodu.
        Przeklęty facet w garniturku. Coś do mnie mruczy. Weź go pod rękę, weźmiemy go
        razem, złap tak jak ja... O co mu chodzi? Przyglądam się twarzy pijaka. Mam
        ochotę użyć glana.
        Wraz z garniturowcem bierzemy go pod ramiona. Facet wyraźnie nie wie co robić. A
        ja głupi, mówię mu, że wiem gdzie pijaczyna mieszka, a więc on do mnie żebym
        prowadził.
        I ciągniemy łajzę kilkadziesiąt metrów wzdłuż drogi. Facet ze zmęczenia sapie
        głośniej niż pijak co wciąż jęczy bełkotem, że musi się napić. Wciąż mu za mało.
        Już skończył w rowie, więc czego jeszcze chce się dorobić?
        W końcu staje ze zmęczenia. Po chwili zrzuca z siebie ramię pijaka i odchodzi.
        Tak po prostu.
        - Co jest? - pytam głośno. Ten tylko macha ręką. - Samarytanin! Kurwa! - rzucam
        mu w plecy, ale ten nie ma zamiaru wrócić.
        Nie daję rady sam dźwigać tego śmierdziela, upadam, a on na mnie. Leżymy twarzą
        w twarz, z trudem przewracam się na bok i jakoś się wydostaję spod jego cielska.
        Nie wytrzymuję i spluwam na niego. Czuję się nieco lepiej. Jesteśmy na małym
        pagórku, u dołu wije się rzeczka. Używam glana. Bezwładne ciało stacza się w
        dół. Chciałeś się napić? Wciąż ci mało? To pij tatuśku i obyś się utopił. Nie
        wiem czemu, jestem głupi, ale płynie mi po policzku łza.
        Kilkadziesiąt metrów za mną, obok leżącego roweru, zapalają się reflektory
        jakiejś osobówki i ta powoli rusza. Jedzie w moją stronę, kilka sekund później
        jest koło mnie. Wydaje mi się, że za kierownicą siedzi facet w garniturze,
        przejeżdża obok i dalej pruje ile gazu w mercedesie. Z oddali słychać pisk opon,
        trzask giętej blachy, a ciągi samochodów wciąż gnają w swoją stronę.
        Odwracam wzrok.
        Wyglądam za okno. Między kratami, gdzieś w dole dostrzegam jakiegoś włóczęgę.
        Siedzi oparty o rozsypujący się murek i przygląda mi się. Nie chcę na niego
        patrzeć, ale nie mogę oderwać wzroku. A ten tylko wyciąga butelkę, przechyla
        gwint i dziwnie się śmieje. Szyderczo.
        Idę na widzenie, w drodze z cmentarza, odwiedziła mnie matka.
        -=-
        • prymula7 Do senseeko 11.11.06, 20:02
          Wiem jak wygląda bernardyn, ale to giermek oznajmia księżniczce, że potwór
          jest czarny. Jak wiesz strach ma wielkie oczy i przeważnie wszystkie potwory
          widziane w bezgwiezdną noc są czarne. Pod koniec bajki wiemy już, że ten
          potwór, to bernardyn. Liczyłam na domyślność czytających i dlatego nie
          wyjaśniłam, że czarny przypominający bernardyna pies, to nowofundland, ale w
          mojej bajce będzie to bernardyn. Rozumiem, że z zawodu jesteś kynologiem a
          wrzucanie recenzji, to Twoja pasja ;)
          Jeśli chodzi o imiona, jak sam widzisz, jedynie Ty zwróciłeś uwagę, że
          czytane „od tyłu” nie są już takie oryginalne. Imiona nie muszą Ci się z
          niczym i z nikim kojarzyć. Bajkę napisałam dla Bożenny, która w swej naiwności
          kobiecej ciągle czeka na księcia, i której to wizytę w ogrodzie złożył nocą
          cudzy pies rasy bernardyn.
          • senseeko Re: Do senseeko 12.11.06, 12:08
            prymula7 napisał:

            > Wiem jak wygląda bernardyn, ale to giermek oznajmia księżniczce, że potwór
            > jest czarny. Jak wiesz strach ma wielkie oczy i przeważnie wszystkie potwory
            > widziane w bezgwiezdną noc są czarne. Pod koniec bajki wiemy już, że ten
            > potwór, to bernardyn.

            Tekst powinien bronić się sam. A z Twojego tekstu niestety nie wynika, ze
            giermek się pomylił. Raczej wynika, ze pomylił się Autor. No niestety.
            Wystarczyłby drobny wtręt w rodzaju zdziwionego okrzyku księzniczki, ze pies nie
            jest czarny. Chociaz prawde mowiac kolor psa nijak sie ma do fabuły i budowania
            nastroju. Ale to moje zdanie.

            > Liczyłam na domyślność czytających i dlatego nie
            > wyjaśniłam, że czarny przypominający bernardyna pies, to nowofundland, ale w
            > mojej bajce będzie to bernardyn.

            A gdzie takie wyjasnienie Twoim zdaniem powinno sie znaleźć? Jesli to od
            poczatku miał to byc bernardyn to po co w ogóle wprowadzac nowofundlanda? :P

            > Rozumiem, że z zawodu jesteś kynologiem

            A jesli Ci napiszę, że tak, to poczujesz się lepiej?

            > a
            > wrzucanie recenzji, to Twoja pasja ;)

            No chwila. Jest to wątek zatytułowany "teksty do oceny jeśli kogos juz bardzo
            przyciśnie" albo jakoś tak, zakładam zatem, ze zamieszczony tu tekst błaga o
            recenzję. Czyż nie?

            > Jeśli chodzi o imiona, jak sam widzisz, jedynie Ty zwróciłeś uwagę, że
            > czytane „od tyłu” nie są już takie oryginalne.

            Podejrzewam, ze wszyscy czytający zwrócili na to uwagę, bo tego typu łamigłówkę
            potrafi rozwiązać nawet dziecko, więc każdy zauważył, ale nie przywiązał do tego
            wagi. To Ty napisałaś, że klucz jest w imionach. Stąd moje poszukiwania jakiegoś
            dodatkowego klucza, bo ten z odwróceniem wydał mi się zbyt prosty.

            > Imiona nie muszą Ci się z
            > niczym i z nikim kojarzyć. Bajkę napisałam dla Bożenny, która w swej naiwności
            >
            > kobiecej ciągle czeka na księcia, i której to wizytę w ogrodzie złożył nocą
            > cudzy pies rasy bernardyn.

            Innymi słowy jest to bajka tylko dla Bożenny z kontekstami i kluczamu
            zrozumiałymi tylko dla jej ścisłego grona. Nie bardzo wiec rozumiem jaki sens
            poddawania jej pod ocenę grona obcego. Przecież my tych kontekstów nie rozumiemy
            i nie zrozumie jej żaden przypadkowy czytelnik, innymi słowy, bajka nie nadaje
            się do szerszej publikacji.
            To trochę tak, jakbyś zamieściła na forum pisania listów urzędowych prywatny
            list i poprosiła o ocenę jego treści i stylu.

            Nie wiem czy dość jasno się wyrażam. Nie jest intencją tego listu zdołowanie
            Ciebie albo dokopanie Ci. Po prostu Twoja bajka jest jak prywatny list i nie
            nadaje się do oceny przez osoby spoza "kręgu Bożenny" ani do publikacji.
            Musiałabyś przerobic ją na "bajkę ponadczasową"

            Bez urazy

            (Oczywiście jest to moje prywatne zdanie z którym reszta forum zgadzac się nie musi)
            • prymula7 Do senseeko 12.11.06, 14:09
              Doceniam Twój trud włożony w napisanie odpowiedzi. Nie zgadzam się z nią, ale
              pozostaję bez urazy:P
        • kill_yourself Re: Porządki - recenzja z twórczości pewnego Mysz 24.01.07, 02:06
          Gdyby tylko zakończenie było na tyle jasne, zeby można je było zrozumieć - to
          bardzo by mi się podobało :)
          Pisz dalej :)
          Pozdrawiam.
          • ratonsitoblanco Re: Porządki - recenzja z twórczości pewnego Mysz 24.01.07, 20:31
            Nie chciałem niczego narzucać czytelnikowi, zakończenie więc pozostaje kwestią
            interpretacji. Poza tym to pierwsza cześć sześciotomowej sagi. Dziękuję za miłą
            opinię. Aha, czy wiesz, że Twój nick wśród odrzuconych autorów jest jak iskra na
            stacji benzynowej?:P
            • ratonsitoblanco Re: Porządki - recenzja z twórczości pewnego Mysz 24.01.07, 20:36
              Przepraszam najmocniej. Teraz się zorientowałem, że Tobie chyba chodziło o tekst
              Gorhnarda. To nic, załapałem się na komplement na krzywego ryja:P Dobre i to.
    • almale ROZMOWA Z TOBĄ, O TOBIE, O NAS 28.11.06, 15:16
      ROZMOWA Z TOBĄ, O TOBIE, O NAS

      Wieczorami nie oglądam telewizji. Pije sok, rozmawiam z Tobą, czasami piwo,
      czasami z nim. Kończy się dzień ale nie moje życie. Kiedy pije sok, trwa na
      pomarańczowo, kiedy piwo, czasami mam wrażenie że jednak się kończy. A potem się
      budzę i widzę puste puszki ... wchłonęłam ich zawartość a ono wyssało moją.
      Cześć mnie jest tam, a potem je wyrzucam, nie chce wiedzieć czego się pozbyłam,
      patrzeć na swoją stratę – sabotaż udany. Pozbywam się siebie kawałek po kawałku.
      Wyrzucam na śmieci ... przyjeżdża śmieciarz i zabiera wszystko. Patrzę przez
      okno jak odjeżdża już za późno by pobiec i go zatrzymać ... A na zakręcie nie ma
      wypadku, nie rozsypuje się, bezpiecznie dociera do wysypiska i grzebie się to
      wszystko. Ale życie się nie kończy, nie ma tak łatwo ... potem spływa na mnie to
      znowu z deszczem, deszcz miesza się z łzami, łzy spływają po policzku, są słone
      i spadają ... Mogą spaść na list, list o miłości o cierpieniu, ale nie wymarzą
      tego ... rozmażą pismo, ale nie wspomnienia, one dalej wiszą u mej szyi. Odcinam
      je, patrzę chwile jak zostają w tyle, ale potem odrastają. Już nie płaczę ale
      na liście są ślady po moich łzach. Nie rozumie tego dopóki znowu nie przeczytam
      tych słów jeszcze raz. Pamiętam strach w swoich oczach, kłamstwo w Jego.
      Kłamstwo w swoich, miłość w Jego. Byliśmy zaślepieni, skłamaliśmy ... ja ze
      strachu On z miłości. A teraz w strachu szepcze do mnie. Ja płacze. Nie, to nie
      przez Ciebie. Dziękuję, że nie zadajesz pytań, Ty wiesz jak to jest. Mówisz
      „aż” gdy ja mówię „tylko”. Aż ... tak wiele to dla mnie znaczy. Ale zrozumiem to
      naprawdę dopiero gdy to stracę. Wiem, tak nie można. Wiem, że stracę. Skąd wiem?
      Bo już nie raz coś straciłam, bo cały czas tracę. Nie przywiązuj się, nie ufaj,
      niczego nie posiadaj. Nie przełamie się ... chyba że ktoś to zrobi. Chcesz mnie
      przełamać? To znaczy że mnie zranisz, wszyscy jesteście tacy sami, jesteśmy, ja
      też jestem ... Nie przywiązuj się do mnie, nie ufaj mi, nie posiadaj mnie. Tyle
      o Tobie wiem, musisz liczyć się z tym że wykorzystam to przeciwko Tobie. A potem
      znowu zapłacze nad sobą i nad Tobą. Ubędzie mnie ... zapełnię lukę czymś innym.
      Co akurat będę miała pod ręką. Słucham co mówisz i nie rozumiem. Nie wiem
      dlaczego to mówisz, coś ze mną dziwnego się dzieje. Uśmiecham się i lubię
      patrzeć na Ciebie. Zaczynam rozumieć. On pyta, on rozumie, on jest. Aaa i
      jeszcze powraca. Kiedy jestem sama nie ma Go, czai się z boku tez samotnie.
      Podchodzę do okna, przylepiam nos do szyby ... zimno. Szkło zaparowało ale to
      mija. Siedem lat minęło odkąd On minął. Mówi że mniej, lubie symbole. Teraz
      znowu powraca. Bierze mnie za rękę, przytula, całuje w główkę ... tak wiele
      potrafi. To mu wychodzi najlepiej. Pokazuje mi detale budowli gotyckich,
      opowiada o smokach i rycerzach, i o księżniczkach i o ich warkoczach po których
      by się wspiął gdyby był on mój. I mówi o wojnie. I o topieniu kotów. Albo nic
      nie mówi. A wiesz ... nie lubię jak śnieg skrzypi mi pod nogami. Zima już to do
      siebie ma że ulice nim zalegają. Ulice są pełne ludzi, nie spostrzegam ich od
      razu. Muszę się przyjrzeć zanim wyodrębnię ich sylwetki z krajobrazu. Tak jak w
      powietrzu jest dużo pyłków których nie zauważamy. Pyłki ... ktoś się ze mnie
      zaśmieje. Też się śmieję. Potrafię oderwać się od ziemi mimo tego wszystkiego.
      Powiedział że mam nos zadarty wyżej niż latają helikoptery. Teraz sama mogę tam
      latać. Patrzeć na siebie z góry. Ależ mam powodów do śmiechu, jestem taka mała
      na linii życia, On jest cały czas obok. Dwoje ludzieńków. Śmieję się gdy zakłada
      kapelusz. I gdy idziemy razem na ryby. Patrzymy się w tafle wody i wypatruje tam
      czegoś a ja widzę niebo w niej. Patrzę skąd przyleciałam i poznaję księżyc.
      Złapiesz go dla mnie na wędce? Zmieści się w mojej kawalerce, nie będzie już tak
      pusto. Powiedziałeś że będziesz mnie w niej odwiedzał ... urządzimy sobie
      romantyczną kolacje na nim. Zobaczymy kto lepiej potrafi ugotować wodę.
      Pokłócimy się o to. Kłócę się z Nim. Mówi że to sama przyjemność. Nigdy się nie
      obrażam i nie płaczę. Dopiero gdy zgasimy światło będę udawać że mam katar. W
      ciemności można się schować. Naciągnąć kołdrę na głowę i już nic nie istnieje.
      On też przestaje istnieć. Jego istnienie uniemożliwiało by moją ucieczkę więc
      musi stać się pyłkiem. Gdybyś wtedy podszedł i się spytał powiedziałabym Ci.
      Powiedziałabym Mu to, czego nie mówi się facetom, to co już tak dawno chciał
      żebym Mu powiedziała, i o co by jeszcze tylko zapytał. I tak mówię Mu za dużo.
      Uzewnętrzniam się bo może wtedy nie zniknę tak bardzo a może właśnie wtedy w
      końcu stracę wszystko. Mogę stracić, czemu nie, straciłam Jego, nie musiał
      wracać. Dał mi kamień. Czy to symbolizuje Twa naturę? Już dawno nie patrzyłam na
      moje kamienie. Mają to samo znaczenie co kwiatki które uschły, książka która
      jest niedokończona. Szuka swojej ogrodniczki, moje łzy niczego nie ożywią. Ale
      On wie jak mnie podlać ... tylko On to wie. Potrzebuję Go. Potrzebuję Cię. Tak
      długo byliśmy na pustyni. Błądziliśmy samotni aż w końcu się znaleźliśmy.
      Nastało jutro ... jutro jest nasze. Nie gub mi się więcej i nie pozwól mi się
      zgubić. Dobrze?

      Wtorek, 03-01-21 21:06:50

      wkleilam tutaj i tylko tutaj:)
      M.
      • ratonsitoblanco Re: ROZMOWA Z TOBĄ, O TOBIE, O NAS 28.11.06, 19:33
        Taka drobna sugestia...

        Napisalas:
        "I mówi o wojnie. I o topieniu kotów. Albo nic
        > nie mówi.

        "o topieniu kotow" - hmm... to ostre sformulowanie moze tylko niepotrzebnie
        wzbudzic wsrod czytelnikow sympatie dla mialczacego menelstwa. Ja bym raczej
        napisal: I mowi o wojnie. I o kastrowaniu kotow...:P

        r.
      • belinks Re: ROZMOWA Z TOBĄ, O TOBIE, O NAS 29.11.06, 21:28
        To miał być wiersz, ale nie wyszedł? Jakieś nastroje rwą się i upadają. Ona
        kocha a on, co?
        • ratonsitoblanco Re: ROZMOWA Z TOBĄ, O TOBIE, O NAS 29.11.06, 22:14
          belinks napisał:

          > To miał być wiersz, ale nie wyszedł? Jakieś nastroje rwą się i upadają. Ona
          > kocha a on, co?

          Ona kocha a on, co? Czy aby nie za wczesnie na tak kategoryczne postawianie
          sprawy?:)) Kiedys poproszono tow. Mao o opinie na temat Rewolucji Francuskiej, a
          on na to, ze jeszcze jest za wczesnie, aby cokolwiek powiedziec. A ty, droga
          Belinks, chcesz wiedziec wszystko tak od razu. No nie, to tak nie dziala,
          zwlaszcza w milosci... A ze sie nastroje rwa, to wcale nie musi przeszkadzac w
          okazywaniu uczuc. Mozesz sie o tym przekonac w listach milosnych tow. Mao do
          Ciang Cing.
          r.
          • belinks Re: ROZMOWA Z TOBĄ, O TOBIE, O NAS 30.11.06, 17:51
            Jawohl! Herr General Ratonsitoblanco !!!
            • ratonsitoblanco Re: ROZMOWA Z TOBĄ, O TOBIE, O NAS 02.12.06, 17:44
              belinks napisała:

              > Jawohl! Herr General Ratonsitoblanco !!!

              Wychodzac naprzeciw Twoim gustom spiesze z kolejnym przykladem. Ponizej kilka
              fragmentow z pamietnika Ewy Braun, ktora zali sie na niedojrzalego Adolfa.

              11 marca 1935 r.: "Jestem niespokojna. Kupilam sobie znowu proszki nasenne.
              Kiedy znajduje sie w stanie polswiadomosci, nie mysle o nim tak intensywnie".

              16 marca: "Domyslam sie, ze On potrzebuje mnie do "wiadomego" celu. W ten
              sposob niczego nie osiagne. Kiedy On mowi, ze kocha mnie, wyznanie takie odnosci
              sie tylko do "danego momentu". Podobne sa jego obietnice, ktorych zwykle nie
              spelnia, nie dotrzymuje!"

              1 kwietnia: "Zostalam zaproszona na kolacje. Siedzialam obok Niego. Rozmawial
              wylacznie z goscmi. Przez trzy godziny nie zamienil ze mna slowa. Na pozegnanie
              wreczyl mi dyskretnie koperte z pieniedzmi. Ucieszylby mnie pozdrowienia albo
              mile wyrazy pamieci. Niestety, tego On nie dolaczyl".

              Wystarczy tego... Czyli Ewa juz niby wie, ze Adolf to niepoprawny swintuch, ale
              tak naprawde dalej nie wie. Zatem Twoje szekspirowskie "Ona kocha a on, co?"
              zostalo mocno zakwestionowane rowniez przez burzliwa relacje Ewy i Adolfa. Ale
              nie poddawaj sie, Belinks. Temat milosci jest bardzo skomplikowany i niejeden
              juz medrzec polamal sobie na nim zeby. Ale probowac warto. Powodzenia.

              r.
      • bytrytroool Re: ROZMOWA Z TOBĄ, O TOBIE, O NAS 13.11.07, 17:19
        w/g mnie najlepszy "tekst do oceny" w całej I i II cz. (jak
        dotychczas:-)
    • kadoro1969 Wiersze 11-latki - proszę o ocenę 10.01.07, 17:17

      • skajstop To chyba nie jest dobry pomysł 10.01.07, 17:30
        To chyba nie jest dobry pomysł, aby oceniać wiersze tak młodego dziecka, Kadoro.
        Bardzo się cieszę, że ona pisze, natomiast nie powinno się jej ustawiać w
        rywalizacji z dorosłymi poetami...

        Oczywiście, mogę się mylić. To delikatna kwestia, zdaję sobie z tego sprawę.
        • kadoro1969 Re: To chyba nie jest dobry pomysł 10.01.07, 17:42
          Tak, wiem, masz rację. Nie chciałam porównywać ani rywalizować z dorosłymi.
          Chodzi mi po prostu o to, że nam ze względów emocjonalnych trudno je ocenić.
          Karolinka pisze stylem, dziś już bardzo rzadko stosowanym. Śmiejemy się czasem,
          że powinna urodzić się zupełnie w innych czasach;)
          • skajstop Re: To chyba nie jest dobry pomysł 10.01.07, 17:50
            Jeżeli będzie pisać, najwcześniej za 5-6 lat powinna być oceniana. Wcześniej
            niech pisze dla przyjemności. Inaczej można jej chyba zrobić krzywdę. A i ona
            się zmieni... sama wiesz, jak to jest z dziećmi, one się bardzo szybko
            zmieniają. Kto wie, co będzie robić za kilka lat?

            W każdym razie powodzenia.
            • kasia-asia1 Re: To chyba nie jest dobry pomysł 19.01.07, 23:41
              Muszę zgodzić się ze Skajstopem. Nie ma nic gorszego w wychowaniu, niż
              przekonanie całej rodziny, że geniusz rośnie. Wiersze niezwykłe jak na ten
              wiek, ale myślę,że schować do szuflady i niech dziecko czyta, bawi się,
              przyjaźni z rówieśnikami.Z cudownych dzieci rzadko wyrastają cudowni dorośli.
              • hophopi Re: To chyba nie jest dobry pomysł 20.01.07, 08:52
                > Z cudownych dzieci rzadko wyrastają cudowni dorośli.

                tak? prowadzono jakieś badania statystyczne?
                • kasia-asia1 Re: To chyba nie jest dobry pomysł 20.01.07, 14:51
                  Od czasu do czasu przewijają się artykuły w prasie na ten temat. Ale wszystko
                  zależy od postawy najbliższej rodziny.
                  Należy zatem życzyć powodzenia i mieć nadzieję, że dyskretne wsparcie bez
                  obciążenia ambicjami, które zawsze posiadają rodzice w stosunku do własnch
                  dzieci, pomoże tej dziewczynce rozwinąć się swój talent z wiekiem. Albo
                  bezboleśnie, i bez uczucia zawodu ze strony rodziny, zmienić zainteresowania,
                  gdy jej przyjdzie na to ochota.Powodzenia zatem !
                  • hophopi Re: To chyba nie jest dobry pomysł 21.01.07, 23:36
                    aaa no właśnie, czyli oni jednak tak sami z siebie nie „wyrastają na zwykłych
                    dorosłych”? :P
                    po prostu zwykli dorośli systematycznie uzwyklają niezwykłych nieletnich, bo
                    nie potrafią sobie z tą niezwykłością poradzić. zamęczają przerostem ambicji
                    albo wystudiowanym brakiem zainteresowania /„odłożyć do szuflady” i w
                    przyczajce czekać na rozwój wydarzeń, co by się dziecięciu nie przewróciło w
                    głowie/. a jednak talent trzeba rozwijać. i przecież nie chodzi o porównywanie
                    z Noblistami, natychmiastowy druk, czołobitność… raczej o stwierdzenie, że
                    talent ma, więc na teraz trza głaskać po główce, notować, notatek nie gubić i
                    dużo dużo jej czytać. rzeczy różnych...

                    o ile to jest 11-letnia dziewczynka;))
                    • skajstop Re: To chyba nie jest dobry pomysł 22.01.07, 11:09
                      Hopi, właśnie o to chodzi - nie wplątać ani siebie, ani dziecka w bezsensowny
                      wyścig szczurów, a jednocześnie być dla niego wsparciem w rozwijaniu talentu.
                      Ciężka sprawa...
                      • kasia-asia1 Re: To chyba nie jest dobry pomysł 22.01.07, 19:03
                        Ciężka sprawa i cienka linia, którą można łatwo przekroczyć.
                        Dzieci szybciej się zmieniają niż wyobrażenia rodziców o nich. Jeśli to jest
                        11 letnie dziecko to ok.4-5 klasa podstawówki,tuż przed wejściem w okres
                        dojrzewania.Jeśli jest rzeczywiście.
      • przedwiosnie1 Re: Wiersze 11-latki - proszę o ocenę 16.01.07, 19:06
        wiersze są fantastyczne, jeśli pisało je 11-letnie dziecko, to niech mnie
        piorun...albo lepiej nie.
        • hemeczka Re: Wiersze 11-latki - proszę o ocenę 19.01.07, 15:23
          To nie chodzi o to że człowiek ma 11 lat. wiem że to fajnie wygląda przy
          promocjii książki ale w niczym nie pomoże w konkurencji z 40-stolatkami.


          a wierszyki fajn e tylko że nie kupiłabym tego tomiku.
      • isabelle7 wrażliwość ma 27.01.07, 17:48
        bardzo ładne
        Ma wrażliwość

        A z poezją to jest tak, jak z Nikiforem, jego obvrazki ktoś uznał za dziecinne..
        Jets poezja coś a la Mickiewicz, rymowana, uduchowiona, ale serce poruszająca

        Jets taka przyrodą malowana, jak ta...
    • petroniusz0015 To teraz moja kolej. 02.02.07, 18:55

      - Obudziłeś się. – szepnęła cicho jakby bała się, że jej głos spłoszy tę
      nowonarodzoną iskierkę życia, którą znowu ujrzała w jego oczach jak co dzień
      rano, gdy podnosząc powieki pierwsze co dostrzegał to jej zmęczoną, choć lekko
      uśmiechniętą twarz na tle śnieżnobiałych ścian. Tak było już od dawna. Za
      każdym razem nieruchomiała w panicznej niepewności, a w głowie huczało jej jak
      dzwon przerażające w swej realności pytanie: Czy przeżył tę noc? Wiedziała, że
      tak, lecz teraz, kiedy siedząc obok mogła spotkać jego wzrok który przywracał
      jej spokój, w jednej chwili przeżywała skrajność uczuć: od radości, że dano im
      jeszcze jeden dzień, po nieubłagalnie powracające, wywołujące rozpacz pytanie:
      Co będzie jutro? Ale to nieważne. Jutro to daleka przyszłość, dzisiaj – to
      wieczność. Jej oczy stały się szkliste i pierwsza łza popłynęła po policzku.
      Jak zawsze.
      - Nie…spałaś? Powinnaś się położyć..., odpocząć…ode mnie…- wypowiedział powoli,
      z trudem zbierając myśli. Ulatujące resztki snu i krążąca w żyłach morfina
      zalegały jak kamień w jego głowie. Nie pamiętał gdzie jest, widział tylko przed
      sobą te wpatrzone w siebie oczy, jak zastygłe w bezradnym krzyku, który stał
      się milczeniem. Znał te oczy. Tylko one jeszcze nieugięcie trwały – wczepione w
      niego haki życia, łączące go z pulsującym światem. Ale świata już nie było.
      Były tylko jej oczy, które stały się całym światem, jego światem.
      Pamięć powoli wracała niosąc znane obrazy: białe fartuchy, długie korytarze,
      szeregi lamp, krzyczący ludzie, głos dobiegający z daleka „Zaraz przestanie
      boleć”. I ten ból…przewiercający ciało jak rozżarzone ostrza, przeszywający
      każdy nerw i mięsień, ból dziki – żywioł żyjący własnym życiem, niegasnący
      płomień wewnątrz kruchego ciała. Który to już dzień? Tydzień? Miesiąc?
      Powracały daty, wyblakłe punkty dawnych wschodów i zachodów, jakby tamtego
      życia nigdy nie było. Znowu rano, kolejne ogniwo w łańcuchu wieczornych śmierci
      i porannych narodzin, doby zlewające się w jeden strumień snu i jawy. Zamknął
      oczy. Poczuł jej rękę na swojej dłoni.
      - Jestem tutaj…ty wiesz…ja zawsze…- nie mogła. Uchwyciła tylko jego dłoń
      mocniej i tak zastygła.
      - Wiem.- odparł po dłuższej chwili. Widział ją coraz wyraźniej, siedzącą na
      małym krześle tuz obok stojaka z kroplówkami. Miała na sobie biały fartuch
      zapięty czarnymi guzikami aż po samą szyję, na której błyszczał w świetle
      porannego słońca malutki krzyżyk, złoty, choć wypłowiały symbol dawnych mitów,
      dzisiaj już zgasłych jak ten metal.
      Wytężył słaby wzrok, poszukiwał jej obecności. Spojrzała w jego oczy. Najpierw
      nieśmiało i jakby z lękiem że nie podoła, że nie będzie miała wystarczającej
      siły. Zebrała się w sobie, spojrzała jeszcze raz. Teraz utkwiła już wzrok
      głęboko w jego drżącym spojrzeniu, a początkowy ciężar jej oczu szarpanych
      bezsilnością, zaczął powoli ustępować miejsca niemej obietnicy składanej
      rozpaczliwie po raz wtóry. Nawet nie wiedziała skąd napływają do niej te znane
      słowa tak niedawnej przysięgi: „I nie opuszczę cię aż do śmierci”. I nie
      opuszczę cię aż do śmierci…nie opuszczę…nie…Poczuł jak ogarnia go kojąca fala
      spokoju. Więc ona jest tutaj, siedzi obok, trwa. Dostrzegał w jej źrenicach
      coś, co dla niego było już przeszłością. Widział w nich siebie. Nie pozwalała
      mu zapomnieć, odejść. Wierzę ci – te słowa nagle przecięły jego wyblakłe myśli,
      krążyły w głowie i nasilały się coraz bardziej. Wierzę ci – dudniło echem,
      przypływało i odpływało, by ponownie wrócić. Wierzę ci – jego drobne ręce
      oplotły jej dłoń.
      Patrzyła na niego, nie wiedząc, co się z nią dzieje. Myśli przetaczały się
      przez jej głowę jak rwąca rzeka. Mocno utkwiła spojrzenie w jego oczach,
      chciała mu dodać sił, pocieszyć, obiecać, że wszystko będzie dobrze. Lecz
      pogubiła się i nie potrafiła już stwierdzić, czy patrzy na leżącego obok,
      żywego człowieka, czy też to tylko wspomnienie o nim mami jej zmysły i plącze
      świadomość. Nie zabijaj – huczało jej w głowie – nie zabijaj go. Walczyła. Tak,
      musi walczyć, bez przerwy walczyć. Bo on tu jest, prawdziwy, ten którego znała
      od lat, tyle lat. Nagle runęły wspomnienia, cała kaskada obrazów zalała jej
      myśli. Jak klatki z poszarpanego filmu przesuwały się przed jej oczyma znajome
      widoki dawnych dni. Czy to się działo naprawdę? Nie, czarna prawda jest teraz,
      tamto było snem. Byle o tym nie myśleć. Jest dzisiaj i tylko dzisiaj, to jedyny
      ratunek przed rozpaczą. Opanowała się, trzeba wziąć się w garść. Dla niego.
      - Dobrze ci się spało? Siedziałam przy tobie od świtu, ale musiałam zasnąć.
      Kawa tutaj jest podejrzanie słaba, chyba zacznę przynosić ją z domu – przerwała
      na chwilę. Nic nie odpowiedział, więc znowu spróbowała – Doktor Kowalczyk
      powiedział, że jutro zmniejszą ci dawkę morfiny, to dobrze. Im mniej, tym
      lepiej, będziesz miał więcej sił.
      Spokój w jego oczach ustąpił miejsca irytacji. Odwrócił głowę do okna, lecz
      poranne słońce oślepiło go, spojrzał więc ponownie na nią: wydała mu się nagle
      kimś obcym, nieznanym, tak bardzo dalekim. Jej słowa, jej zachowanie – to
      wszystko czym była, pozostało nagle gdzieś w tyle, poza nim. Ogarnęło go
      uczucie, jakby patrzył na pusty ekran telewizora z którego płyną nic nie
      znaczące słowa próbujące stworzyć nowy świat. Jego świat był już od dawna gdzie
      indziej. Czy ona tego nie rozumie?
      - Jutro? – odezwał się cichym głosem przerywając milczenie – Jakie jutro?
      - Nowy dzień kochanie, wiesz, jakie to ważne – udała, że nie rozumie.- Doktor
      mówił, że twój stan się stabilizuje, może nawet pozwolą ci wrócić do domu.
      Dom. To dawno nie słyszane słowo, nieużywane, zapomniane, bez znaczenia – teraz
      powróciło nagle niosąc strzępy obrazów. Zamknął oczy…
      …Dom…
      • petroniusz0015 Re: To teraz moja kolej, cz.2 02.02.07, 22:05
        Dom. To dawno nie słyszane słowo, nieużywane, zapomniane, bez znaczenia – teraz
        powróciło nagle niosąc strzępy obrazów. Zamknął oczy…
        …Dom….
        Tak, było coś takiego. Bardzo, bardzo dawno temu. W otchłaniach pamięci, za
        mgłą, dostrzegał jakieś niewyraźne kontury, rozświetlone pomieszczenia, znajome
        kształty, dziwne przedmioty jakby z innego świata, niosące niezrozumiałe
        skojarzenia. I ujrzał człowieka: ów kręcił się przy samochodzie (chyba go
        naprawiał), uśmiechał się, coś podśpiewywał…Obraz znikł. Zacisnął silniej
        powieki. Znów go zobaczył: tym razem siedzącego przy stole, jedzącego,
        czytającego z zainteresowaniem gazetę, spoglądającego co jakiś czas w stronę
        okna. Scena nasilała się coraz bardziej, obrazy zaczynały się powoli zmieniać:
        ujrzał grupę ludzi siedzących przed niewielkim stołem, wznosili toasty i śmiali
        się głośno. Znikli. Pojawił się ogród, jakieś drzewa, krzewy, gdzieś w dali
        szczekał pies…I znów był w domu: skrzypiące schody prowadzące na piętro, kwiaty
        w wazonie wyciągające się do słońca, dywan w dziwne wzory…obrazy przesuwały się
        coraz szybciej: pralka trzęsąca się rytmicznie w ciemnej łazience, ponura
        piwnica zatopiona w mdłym półmroku, kapiący cicho kran, zardzewiały rower pod
        drzwiami…szybciej…biurko, książki, listy, zdjęcia…szybciej!
        szybciej!...telefon… Znowu biurko! Znowu rower! Znowu drzwi! Tama pękła, już
        nie mógł powstrzymać rwącego potoku – płot! psy! Okno, dużo okien…lustro!
        Lampa, zdjęcie! „Póki śmierć was nie rozłączy”, ściana – czarna, biała
        niebieska, sufit! (niebo?), chmury, komin, dym! – myślał, że za chwilę
        oszaleje – i znowu - talerz, kubek, piwnica, coraz szybciej i szybciej! Boże,
        nie! – książki, kartki, listy, pióro – Zwariuję! – buty, klucze, wszystko,
        wszystko, wszystko!
        Stop.
        Zatrzymał się.
        Obrazy nagle zniknęły. Zapadła ciemność, milcząca i dusząco gęsta. Zastygł w
        oczekiwaniu. Wtem usłyszał płacz…płacz małego dziecka dobiegający gdzieś z
        głębin kruchej pamięci. Poczuł nagły ścisk w gardle, jakby go coś od wewnątrz
        szarpnęło i wyrwało do góry. Zacisnął jeszcze mocniej powieki, uchwycił się
        tego głosu jak mógł najsilniej, tak, by żaden, nawet najcichszy nawet dźwięk
        nie zaginął w czeluściach niepamięci. Słyszał już tylko ten dziecięcy płacz
        wypełniający całą przestrzeń dokoła, przepływający przez głowę, znikający w
        ciemnościach. I wtedy zobaczył kołyskę…małą, niebieską kołyskę stojącą samotnie
        po środku pokoju. Znał ten pokój i tą kołyskę. Czy to…? Tak! Mateuszek! –
        huknęło mu w głowie jak dzwon. Leżało w niej małe dziecko, niemowlak jeszcze.
        Potrząsało grzechotką, poruszało nóżkami, uśmiechało się. To był on – jego syn.
        Tak oczekiwane i tak ukochane spełnienie najdawniejszych snów, urzeczywistniona
        obietnica nadziei niosącej życie. Ścisnęło go w gardle tak, że już nie mógł
        złapać oddechu. Zacisnął pięści, a spod powieki popłynęła łza. Znieruchomiał.
        - Śpisz? – usłyszał jej głos. Otworzył oczy. – Myślałam, że zasnąłeś. Źle się
        poczułeś?
        - Gdzie jest Mateusz? – zapytał powoli, usiłując stłumić drżenie głosu. Chciał
        wiedzieć tylko to jedno: co się dzieje z jego synem. Odczuł bowiem, że musi
        upewnić się, czy ten dziecięcy płacz który przed chwilą słyszał w myślach był
        prawdziwy, czy kiedyś naprawdę istniał.
        - Mateusz jest u mojej mamy, jak zwykle. Dziś wieczorem przyjdą cię odwiedzić.
        Mały już nie może się doczekać. Wiesz, ciągle się dopytuje, kiedy wrócisz do
        domu. Nie chce się nawet niczym bawić, tylko bez przerwy mówi, żeby iść do
        taty, bardzo za tobą tęskni,…jak my wszyscy – dodała niepewnie.
        - Chciałbym…- spojrzał na nią, by dobrze zrozumiała – Chciałbym go zobaczyć,
        zanim…- spuścił wzrok, nie pozwoliła mu dokończyć.
        - Jak ci się polepszy, to będę go częściej przyprowadzać, byś mógł z nim trochę
        pobyć. Teraz nie chcę żebyś się przemęczał , musisz odpoczywać, bo wiesz…,
        jeszcze się nim zdążysz znudzić…no…zobaczysz…tak będzie, zobaczysz kochanie, -
        wyrzucała z siebie szybko słowa próbując ukryć roztrzęsienie. – Wszystko będzie
        dobrze, nie martw się. Teraz tylko odpoczywaj.
        Słuchał jej uważnie, lecz coraz mniej z tego co mówiła docierało do
        niego. Na tle nieruchomej ciszy otaczającej ich ze wszystkich stron słyszał jej
        słowa aż nazbyt wyraźnie, ale z trudem przychodziło mu odnalezienie w nich
        sensownej treści mogącej oznaczać cokolwiek. Czuł wzrastające zmęczenie samą
        jej obecnością. Tak, kochał ją. Kochał, jak nikogo wcześniej, lecz miał
        nieodparte przeczucie, że ona chce tego, co było ponad jego siły: powrotu,
        choćby iluzorycznego, do normalności. Tego nie mógł jej dać.
        - Zostaw mnie, chcę odpocząć.- powiedział stanowczo i odwrócił głowę do okna.
        Słońce zaszło za chmury pokrywając przebudzony świat chłodem półcienia.
        - Oczywiście kochanie, prześpij się. Ja tymczasem porozmawiam z doktorem
        Kowalczykiem o tej nowej metodzie, której mówił nam wczoraj. Wrócę za godzinę.-
        wstała z krzesła i z lekko wymuszonym uśmiechem pocałowała go w policzek, po
        czym wyszła z sali upewniwszy się najpierw, czy mu na pewno niczego nie
        potrzeba.
        • petroniusz0015 Re: To teraz moja kolej, cz.3 03.02.07, 11:47
          - Oczywiście kochanie, prześpij się. Ja tymczasem porozmawiam z doktorem
          Kowalczykiem o tej nowej metodzie, której mówił nam wczoraj. Wrócę za godzinę.-
          wstała z krzesła i z lekko wymuszonym uśmiechem pocałowała go w policzek, po
          czym wyszła z Sali upewniwszy się najpierw, czy mu na pewno niczego nie
          potrzeba.
          Leżał na boku ze wzrokiem utkwionym w świat za oknem. Znał na pamięć
          ten widok tak niezmienny od tylu miesięcy. Obraz statycznie zastygły na
          cienkiej tafli szkła nie ulegał prawie żadnym zmianom: lekko kołyszące się na
          wietrze drzewa dawały cień ławkom stojącym tu od niepamiętnych czasów, zielone
          trawniki pokryte świeżo skoszoną trawą wabiły dziesiątki gołębi rozrzuconymi tu
          i ówdzie okruchami chleba, rzędy samochodów lśniących w promieniach słońca
          czekały jak co dzień na swoich właścicieli stojąc cierpliwie na pobliskim
          parkingu, w dali ruchliwa ulica przynosiła dźwięki zgiełku miejskiego życia,
          kot-włóczęga jak w każdy poranek oczekiwał swojej porcji resztek przed drzwiami
          szpitalnej kuchni. Niezmienny porządek świata biegł tu własnym torem. Czasami
          miał wrażenie, że ten niewielki budynek wraz z otoczeniem znajduje się poza
          czasem, że tutaj wszystko jest wieczne. To odczucie mącił jednak jeden tylko
          element: przypominał sobie twarze ludzi, których tu widywał, spacerujących za
          oknem. Zrazu zdrowe jeszcze, opalone, z błyskiem nieugiętego optymizmu w
          źrenicach – na przekór wszystkim i wszystkiemu, z każdym dniem stawały się
          coraz bledsze, chudsze, bez wyrazu. A im bardziej gasły oblicza tych ludzi, tym
          lepiej dostrzegał ich oczy – z każdym tygodniem bardziej zapadnięte, ale i
          coraz większe, jakby chciały skupić na sobie całą uwagę otoczenia, zasłonięte
          mgłą, utkwione bez ruchu w dalekim punkcie przestrzeni. Później niektórzy z
          tych ludzi przestawali się nagle pojawiać na codziennym spacerze, a po kilku
          dniach zauważał innych, wybiegających z płaczem i histerią z budynku szpitala,
          słaniających się na nogach i krzyczących. Nieczułe drzewa pochłaniały szaleńcze
          groźby i żale, a gdy w końcu zapadała cisza, kolejne ciało trafiało do
          kostnicy. Tak tykał Zegar, objawiając mu swoje istnienie jedynie w tych
          twarzach, których obraz wciąż uporczywie stawał mu przed oczyma…Ilu ludzi
          leżało tu przed nim? Dziesiątki? Setki? Tysiące? A jakie to ma znaczenie? Nie
          interesowało go to ani trochę, nie potrafił wykrzesać z siebie nawet odrobiny
          zainteresowania przeszłością tego miejsca, które zdawało mu się być poczekalnią…
          tak, to dobre słowo – wielką, białą, zatłoczoną poczekalnią w drodze…dokąd? Do
          śmierci? Uśmiechnął się sam do siebie, pokręcił lekko głową jakby chciał
          odgonić tę niewinną i niepoważnie rozweselającą myśl. Ponownie zapatrzył się w
          niebo.
          Śmierć…
          Tak…ten dawniej przerażający żywioł, którego imię paraliżowało, który stale
          obecny w tyle głowy przychodził czasami w bezsenne noce czarnych rozmyślań, by
          prowadzić go w żelaznym uścisku na skraj szaleństwa, gdzie jedynym ratunkiem od
          niej wydawała się być…ona sama. Który stawiał go bez przerwy na progu bezdennej
          otchłani rozpaczy potęgując niezrozumiałe uczucie potężnej klaustrofobii we
          własnym ciele. Więc ten właśnie demon minionych dni – absolutny władca myśli i
          przeczuć, był dziś już dla niego jedynie pustym wyrazem bez znaczenia. Śmierć,
          tylekroć odmieniona we wszystkich osobach, trybach i czasach, naocznie
          stwierdzana każdego niemal dnia, wszechobecna, stawała się coraz bardziej
          nieuchwytna, jakby przechodząca obok, lecz kompletnie niedostrzegalna. A może
          to on nauczył się jej nie widzieć? Przypomniał sobie ten paniczny lęk, który
          jeszcze do niedawna ogarniał go, gdy zbliżał się zmierzch. Strach przed
          zaśnięciem był tak silny, tak przeszywający, tak duszący, że gdy budził się
          nazajutrz rano odczuwał większe zmęczenie, niż dzień wcześniej, gdy kładł się
          do snu. Z czasem zaczął wierzyć, że wraz z nadejściem nocy naprawdę umiera, by
          wraz ze wschodem słońca narodzić się na nowo takim samym, lecz nie tym samym
          człowiekiem. To mu przynosiło ukojenie
          Leżąc teraz w pustej sali, wpatrując się nieprzerwanie w chmury za
          oknem, nie potrafił zrozumieć tego swojego, ówczesnego „filozofowania”, z
          którego tak niewiele pozostało do dnia dzisiejszego. Gdyby wtedy wiedział, co
          było dla niego tak oczywiste teraz, gdyby wiedział, że nawet straszliwa rozpacz
          ma w końcu swój kres poza którym nie ma już strachu i lęku, gdzie wewnętrzny
          krzyk nagle milknie, a dzika, rozpaczliwa bezsilność ustępuje miejsca poczuciu
          bycia „ponad”. Gdyby tylko wiedział w tamtych dramatycznych dniach, że istnieje
          takie wyzwolenie…Tym wyzwoleniem była obojętność, błogosławiony stan
          apatycznego odrętwienia, cudownie rozluźniający na dnie przepaści rozpaczy. To
          niesamowite, jak ludzka świadomość potrafi bronić się przed zalewem tego, czego
          ciężaru nie byłaby w stanie udźwignąć. Odczuł niemal podziw dla samego siebie,
          gdy z pamięci wydobył moment w którym natężenie szaleńczego lęku przekroczyło
          punkt krytyczny, gdy nagle wszystko ucichło i dokonał się zwrot na czarnej
          drodze – z powrotem do świata żywych. Dobrze pamiętał tę chwilę: to było jak
          nagłe olśnienie, gdy oczyma wyobraźni ujrzał to, co dotychczas tak go
          przerażało – rzeczywistość bez niego, w której wszystko płynie tak jak zawsze,
          od zawsze. Świat który powinien przeminąć wraz z nim będzie istniał nadal.
          Historia się nie zamknie, a gwiazdy nie spadną z nieba. „Wygrałeś, nie mam już
          sił. Pozwól mi wrócić, pogodzić się ze światem”. To chyba Stachura. Tak, na
          pewno. Zresztą, nieważne. Od tamtej pory coraz bardziej pochłaniała go ta
          obojętność, coraz częściej łapał się na tym, że nie myśli o niczym, coraz
          trudniej przychodziło mu skoncentrowanie uwagi na czymkolwiek. I tylko jedno
          uczucie stale narastało: samotność, nie do opisania, nie do przekazania.
          Samotność tak niezwykła i niepojęta, jaką może odczuwać jedynie nieobecny
          pośród obecnych. Samotność przynosząca lodowaty chłód ścinający krew w żyłach,
          lecz będąca konieczną ceną za luksus niemyślenia. Już się do niej przyzwyczaił.
          Przyrosła do niego, a on nie potrafił i nie chciał się od niej uwolnić.
          • petroniusz0015 Re: To teraz moja kolej - co o tym sądzicie? 03.02.07, 12:05
            Tekst, który wkleiłem wyżej w trzech częściach nie jest oczywiście całością.
            Powstał on w pewnej trudnej dle mnie sytuacji - po śmierci mojego 29-letniego
            kuzyna. Zmarł na raka. To wydarzenie było dla mnie szokiem, a ten tekst
            stanowił próbę zmierzenia się z tym dramatycznym doświadczeniem. Napisałem go z
            wewnętrznej potrzeby. Myślę, ten tekst stanowił swoiste pożegnanie z bliską mi
            osobą. Pomimo smutnej tematyki, miał on jednak dawać nadzieję.
            Co o nim sądzicie?
            • belinks Re: To teraz moja kolej - co o tym sądzicie? 06.02.07, 22:02
              No dobra, nikt się nie bierze za opiniowanie, to ja się wezmę.

              O trudnych tematach, które się w formie terapii chce się odreagować, pisać
              można a nawet trzeba. Ale pojawia się pytanie, na ile nasze emocje nie
              przysłonią precyzji i jasności wypowiedzi.
              • skajstop Re: To teraz moja kolej - co o tym sądzicie? 07.02.07, 19:12
                Belinks, ale tu nie ma reguły. Bywa że teksty pisane "na emocjach" są lepsze od
                tych wyrozumowanych.
                • belinks Re: Pisanie na emocjach 07.02.07, 21:24
                  OK, Skaj. Ludzie różne książki piszą. Czasem niesie nadmiernie emocjonalna
                  fraza, rwie się, może wkurza czytającego, ale także rezonuje z jego jego
                  emocjami, bo po prostu jest dobrze napisana, a każde słowo, jeśli nawet
                  powtarzane dla melodii, to i tak na swoim miejscu.
                  Szczerze mówiąc, gdy chciałam coś napisać w ramach autoterapii, nie
                  potrafiłam stanąć "obok" tekstu, spojrzeć na niego z tym lodowatym dystansem,
                  który konieczny jest do jego przeredagowania. Zbyt przywiązana byłam do
                  obrazów, zdań, aby to po prostu wywalić dla jego lepszej jakości.
    • maciejcebula Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 05.03.07, 10:33
      To i ja dodam fragment:

      Tego wieczoru piliśmy drinki z wódki i dodatków, które skrupulatnie mieszał
      Robert. Tak typ – musiał być perfekcyjny we wszystkim, co robił. Drinki to była
      kolejna dziedzina, w której koniecznie chciał uchodzić za mistrza. Alkohol,
      rozprężony nastrój, coraz większy bałagan w mieszkaniu. Poszedłem do kuchni
      wstawić do wazonu porzucone na stole konwalie, które przyniosła mi Anka. W
      kuchni, oparta o blat stała Ada i dużymi łykami piła swojego drinka z wysokiej
      szklanki.
      - Nudzisz się? – zapytałem bo nic innego nie przyszło mi do głowy.
      - Nie. Zastanawiam się. Taki jesteś poukładany, porządny… Cały Twój dom to
      książki, inne rzeczy ograniczone do minimum. Nawet kurze ścierasz… - Uśmiechnęła
      się. – Przepraszam, nie powinnam robić ci takiego podsumowania. Miło tu u ciebie.
      Nie wiedziałem co jej odpowiedzieć. Chciałem stać w tej kuchni i dalej z nią
      rozmawiać, ona jednak spoglądała już w stronę pokoju, z którego dobiegały
      dzikie, pijane wrzaski i głośna muzyka.
      - Ada, nic się nie stało. Nie szkodzi. Właśnie taki jestem, poukładany, samotny
      facet przed trzydziestką… - Chciałem to zdanie rozwinąć, ostatecznie obrócić
      całą sytuację w żart. Przerwała mi.
      - Dlaczego jesteś sam? – Zapytała bezczelnie przechylając głowę do tyłu. Nie
      widziałem jej jeszcze takiej wyzywającej. Pomyślałem, że to przez dużą ilość
      wódki. Ada opierała się teraz o kuchenny blat wyciągniętymi w tył rękami,
      ostentacyjnie celowała we mnie piersiami. Celowała we mnie biodrami. I kołysała
      się lekko do przodu i do tyłu.
      - Czy ty przypadkiem za dużo nie łyknęłaś? – zaśmiałem się. Ada opuściła głowę.
      Ciemna grzywka na chwilę zasłoniła jej połowę twarzy. Zaraz potem odrzuciła
      głowę do tyłu. Błysnęły lśniące włosy, błysnęło cos dziwnego w oczach, zza
      skrzywionych ironicznie warg błysnęły zęby. Ada odepchnęła się rękami od blatu,
      zrobiła jeden krok do przodu. Chciałem się odsunąć i nie zdążyłem. Stała kilka
      centymetrów ode mnie. I wtedy Ada po raz pierwszy pocałowała mnie w usta.
      • belinks Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 05.03.07, 12:25
        Podoba mi się ten fragment. Pare powtórzeń,(no.błysnęło, błysnęły), ale nic to.
      • jisw Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 06.03.07, 10:41
        W ostatnim akapicie nie wymieniałam już jej imienia , a poza tym ok :)
        Aż chciałoby się dowiedzieć , co dalej ?
    • tejbe Re: Teksty do oceny 22.03.07, 18:28
      Czy kogokolwiek tekst ten "złapał"?

      "Pif paf!" uslyszal nagle ponad glową. Poderwal wzrok i zobaczyl Renę oraz
      wymierzoną w niego lufę malego czarnego rewolweru. Uśmiechnąl się. -Pif paf!-
      powtórzyla wyraźnie oczekując czegoś innego.
      Jęknąl wykrzywiając twarz.
      -No.- powiedziala i wsunęla broń do kieszeni. -Jak tam?- zapytala i rozejrzala
      się. -Widzę, że trochę ludzi zaprosileś. Znajdziesz dla mnie chwilę?
      -Dobrze, ale prędko.- odpowiedzial. -Siadaj.
      Mial ochotę objąć ją w pasie i przycisnąć do siebie. W tańcu Pod Minogą byli
      już i tak znacznie bliżej. Tymczasem teraz, w samo poludnie, siedzial sztywno
      próbując przybrać minę glębokiego wejrzenia w rzeczywistość, minę mądrości,
      świadomości o wielkiej skali, dystansu i calego tego egzystencjalnego popisu,
      jak przystalo na mlodego czlowieka, któremu nie najlepiej się wiedzie. Minę
      czlowieka, który zostal napotkany przypadkiem, w chwili nurtujących przemyśleń.
      -Co ci się śnilo na nowym miejscu?- zapytala. -Pierwszy sen na nowym miejscu
      sprawdza się.
      -Śnilo mi się, że się przeprowadzam.
      -Pewnie.- odparla z niedowierzaniem. -No powiedz. Uwielbiam sny.
      Dwunasty udal zainteresowanie starszym mężczyzną, przechodzącym obok,
      odprowadzil go kawalek wzrokiem, co wymagalo odchylenia glowy nieco w bok,
      kiedy tamten oddalal się zakryty przez grupę turystów. Powrócil do rozmowy.
      -Śnilo mi się coś, że stoję na takim wielkim placu i na coś czekam.
      -Co za akcja!- zawolal po chwili nie doczekawszy się kontynuacji. -To wszystko?
      Nic się więcej nie wydarzylo?
      -Potem podszedl do mnie stary facet, bardzo stary i powykręcany, siny i brudny,
      jakby wygrzebany z piachu, ale pamiętam, że kogoś mi przypominal, że go niby
      skądś znam.- Dwunasty przerwal. Podrapal się po szyi za uchem i mówil dalej. -
      Podszedl do mnie i powiedzial, żebym napisal o nim, że kiedyś mial wszystkiego
      w brud. Zdziwilem się, dlaczego mam to pisać, po co i komu, że być może też mu
      kogoś przypominam i z tym kimś mnie pomylil. Powiedzialem mu, że jestem
      znachorem, a on rozbawiony na to, żebym mu w takim razie powiedzial, co go
      czeka w przyszlości. Wyjaśnilem, że nie jasnowidzem, tylko znachorem, a on
      popatrzyl na mnie tak, jakby się coś dalej nie zgadzalo i poczulem też, że to
      ja może się mylę, a nie on. W ogóle mialem go dość, bo wlaśnie czekalem na coś,
      a nie wiedzialem na co, wiedzialem tylko, że to jest coś ważnego. Na odczepne
      dalem mu papierosy, prawie calą paczkę, sobie zostawilem tylko jednego, a on na
      tych swoich zesztywnialych drżących rozkraczonych nogach zatrząsl się caly i
      balem się,że od zemdleje, upadnie, czy coś w tym stylu, a ja będę musial jakoś
      go ratować i robić sztuczne oddychanie, usta usta. Ale on tylko zapytal
      pocierając brodę, czy wiem jak go nazywają. I nie czekając na odpowiedź
      zakrzyknąl: Hemingway! I że też pisze książkę. Zachrypial: "Droga..." i
      podrzucil roztrzęsioną rękę gdzieś przed siebie. Wszyscy dookola, bo nagle
      okazalo się, że ludzie przysluchują się nam i przyglądają, spojrzeli w tamtą
      stronę, a on dokończyl: "Donikąd!". Byl nędzny do potęgi, zaraz wyciągnąl jedną
      fajkę, upuszczając przy tym jeszcze jedną na ziemię, ale szybko ją podniosl i
      trzymal dwie. W taki sposób, jakby ktoś wcisnąl mu nagle chińskie paleczki do
      ryżu. Przyzwyczail się do petów i nie radzil sobie z calymi.
      Dwunasty zamilkl i gapil się przed siebie w swoim stylu, jakby chcial śledzić
      ruch uliczny odbywający się za kamienicami, które otaczaly Stary Rynek.
      -I co dalej?- dopytywala Rena.
      Dwunasty wzruszyl ramionami. -Nic. Poszedl sobie.
      -Nic już nie bylo dalej?
      -Potem śnilaś mi się ty.- oznajmil patrząc na nią
      -Jak?
      -Różnie.- odpowiedzial wciąż na nią patrząc.
      Pokręcila glową.
      Pod ratuszem zaczęlo się chóralne liczenie. Jeden! Dwa! Trzy!
      Oboje podnieśli się z lawki i przeszli kawalek tak, żeby widzieć koziolki. Rena
      widzial juz je setki razy, wciąż robily na niej wrażenie w sensie bardziej
      obywatelskim, niż prawdziwego zainteresowania. W gruncie rzeczy nie bylo na co
      za bardzo patrzeć, punkt dwunasta drzwiczki wysoko w górze, ponad zegarem,
      otwieraly się, na niewielkiej platformie wyjeżdżaly koziolki, zwracaly się ku
      sobie i trykaly dwanaście razy. Widzowie odliczali. Rena uczestniczyla w tym
      widowisku z poczucia obowiązku. W przeciwnym razie miasto zginie, straci jedną
      z cech, osobliwości i w ten sposób zmieni się. Tak, jakby z nazwy Poznań ktoś
      wyrzucil jedną literę, albo choćby kreskę nad n.
      -Masz jakiś program tego spotkania? Pójdziemy gdzieś?
      -Możemy.- odpowiedzial.
      Chcialbym przede wszystkim powiedziec ci cos.
      Rena zmarkotniala. Ktos przerywal grę. Zaraz się zacznie. Widzial, ze nie
      podoba jej się to, chociaz probowala udawac, że niczego się nie domyśla.
      • hophopi Re: Teksty do oceny 22.03.07, 20:45
        bałaganiarskie okrutnie, z tą polskich znaków połowicznością, nie podoba mi się
        ta jego mina w samo południe i nie wiem, czy jeśli kiedyś miał "wszystkiego w
        brud", to znaczy, że teraz ma już czyste? :D
        do pokreślenia, ale ja się łapię:)
    • ktdabrowski Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 01.04.07, 00:35

      "Naśmierciny"

      Pamiętam wielką oślepiającą światłość, uczucie bezgranicznego szczęścia i
      przepełnienia wszechogarniającą miłością. Zostałem wyrwany z tego stanu.
      Wessany do ciemnego tunelu. Pochwyciły mnie dwie świetliste istoty. Cudowne
      światło coraz bardziej się oddalało, aż znikło zupełnie...raj utracony. Nie
      czułem żadnego lęku, wszystko było rozkosznie obojętne.
      Gdy zlecieliśmy na ziemię istoty puściły mnie. Znalazłem się obok swego
      ciała. Stałem spokojnie i patrzyłem. Z początku było mi ono zupełnie obojętne -
      jakbym ogladał jakiś nudny eksponat w muzeum, lecz coś zmusiło mnie, bym
      wniknął w powłokę cielesną, a wtedy stosunek do niej diametralnie się zmienił.
      Ożyłem. Leżałem teraz na chodniku, czując silny ucisk w piersi. Zaczęły powoli
      powracać zmysły, przez kilka chwil mocno otumanione. Naśmierciłem się -
      pojawiłem na tym świecie doznając rozległego zawału.

      Momentalnie pojawiła się świadomość całego życia, które mnie czeka.
      Najdziwniejsze jest to, że prawie do dzieciństwa znałem je w najdrobniejszych
      szczegółach. Wiedziałem już, że przez kilkadziesiąt lat bedę bibliotekarzem i
      że nie spełnią się moje marzenia o zawodowym pisarstwie. Cóż za okrucieństwo -
      człowiek pojawia się na tym świecie i ma świadomość, że będzie nikim, że przed
      nim wiele nudnych lat przepełnionych niespełnieniem i rozczarowaniami.
      Najgorsza jest świadomość, że każdego czekają odrodziny; moje będą za 78
      lat, trzy miesiące i pięć dni. Przez pewien okres życia ubywanie lat jest
      błogosławieństwem. Przybywa sił, dręczy cię coraz mniej chorób.Zyskujesz
      sprawność, zarówno cielesną, jak i umysłową. Niestety w wieku dwudziestu kilku
      lat pojawiają się pierwsze symptomy tego, co nas czeka. Człowiek popełnia coraz
      więcej głupot. Coraz mniej ma życiowego doświadczenia i pieniędzy. W końcu
      zaczyna być uzależniony finansowo od rodziców. Idzie na studia i tam robi się
      powoli coraz głupszy. Apogeum zdebilnienia jest na początku szkoły
      podstawowej. Następuje wtedy demencja młodzieńcza. Nie umiesz już czytać ani
      pisać, a stan umysłu jest opłakany.

      Gdy tak wspominam czekającą mnie kiedyś młodość, przypominają się obiadki
      rodzinne. To będzie codzienny rytuał domowy. Zaczyna się w chwili, gdy matka
      brudzi w zlewie naczynia i sztućce, po czym idzie tyłem w kierunku stołu. Gdy
      ustawi już wszystkie upaćkane resztkami talerze, wtedy w różnej kolejności
      zasiadamy do stołu i zaczynamy posiłek. Początkowo odżuwam wydobywający się z
      trzewi pokarm. Pod koniec tego odżuwania z ust wychodzi kawałek kotleta, który
      natychmiastowo nadziewam na widelec i odkładam na uświniony talerz. Za chwilę
      do tego kawałka doczepiam następny i w ciągu kwadransa na talerzu mam już
      calusieńki gorący i świeżutki kotlecik!
      Po posiłku, kiedy wszystko jest już na talerzach, matka bierze je do
      kuchni, by po pewnym czasie wstawić do lodówki - obiad porozdzielany na różne
      części składowe. Dalsze losy posiłku wyglądają tak: Mija parę dni i matka
      wyciąga to wszystko z lodówki, pakuje do toreb i idą z ojcem odnieść je do
      supermarketu. Gdy wracają w portfelu jest dużo nowych pieniędzy. Jedyną wadą
      obiadów jest to, że zazwyczaj potem przez pewien czas człowiek jest głodny...

      Dzieciństwo to koszmar. Człowiek się kurczy, traci rozum. Coraz więcej
      czasu poświęca na beztroskie, idiotyczne zabawy w rodzaju dekonstruowania
      budowli z klocków lub zamku w piaskownicy. Z czasem dramatycznie maleje zasób
      używanych słów. Później zaczynasz wydawać jakieś dziwaczne dźwięki i już nawet
      wysrać się sam nie potrafisz. To objawy niemowlęctwa, wtedy to nikniesz w
      oczach i nawet nie masz już zbyt wiele świadomości. Ma to jednak, paradoksalnie
      swoje plusy - w tym fakt, że nie zdajesz sobie sprawy ze zbliżających się
      wielkimi krokami odrodzin. A to przecież kres twej drogi na tym łez padole.
      Kres polega na tym, że gdy jesteś już tak głupi jak miska z budyniem malinowym
      to trafiasz z rodzicielką do szpitala i tam jej organizm cię wchłania. Potem
      nosi w brzuchu przez 9 miesięcy, aż kompletnie przestaniesz istnieć ale wtedy
      jest tobie to już obojętne - nie istniejesz.

      Wracając do mego życia. Mam teraz 78 lat. Za trzy lata nastąpią naśmierciny
      Anny - ukochanej żony. W tej chwili moje wspomnienia o niej już troszkę
      wyblakły i pożółkły w odmętach czasu, ale wiem, że rozbłysną pełnią barw i
      wyrazistości z momentem jej naśmiercin.
      Zanim dojdzie do aktu naśmiercin i zstąpi dusza, ciało musi dojrzeć w
      cielsku matki ziemi. Z prochu tworzy się szkielet, który potem obudowywuje się
      trzewiami i mięśniami, a te z kolei obrastają naskórkiem. Kilka dni przed
      naśmiercinami ciało jest zimne i blade. Wydobywamy je wtedy z ziemi w miejscu
      zwanym cmentarzem. Wraz z upływem czasu w ciało wnika dusza i zaczyna się nowe
      życie.
      Gdy naśmierciła się żona, czułem jakby mi ktoś w głowie przestawił jakiś
      przełącznik, uruchamiając inny sposób postrzegania rzeczywistości. Koniec
      samotności. Teraz ona była częścią mego życia. Poczułem głęboką przyjaźń i
      więź; jakby była częścią mnie samego. Momentalnie uświadomiłem sobie te
      wszystkie nasze dole i niedole, przez które jakoś przebrniemy. Za 54 lata
      czeka nas płomienny, pełen namiętności romans, który będzie poprzedzał...jej
      zniknięcie z mojego życia. To straszne, że kiedyś muszę ją stracić. Pewnego
      dnia zniknie z mej świadomości fakt, że w ogóle istniała. To jest tak
      przygnębiające, że aż ciężko wyrazić słowami; niestety każdemu to przeznaczone.
      Niedługo naśmiercą się moi rodzice, zaledwie kilka lat po naśmiercinach
      żony. Ich dusze zstąpią do ciał w momencie potężnego karambolu. To oni będą
      towarzyszyli mi kiedyś w mych ostatnich chwilach.

      Zabawne jak to ludzkość głupieje. Coś jest, a później tego nie ma. Ludzie
      korzystają z wynalazków a potem te znikają - zapomnieli o nich naukowcy. I tak
      cofamy się w rozwoju w niewytłumaczalny sposób - i jest to naturalne. Nasza
      cywilizacja marnieje w oczach. Nie wiem, co było przed moimi naśmiercinami.
      Niestety tak już jest, że z każdą chwilą umyka nam to, co działo się przed
      chwilą. Tracimy to bezpowrotnie. Domyślam się, że na pewno jako ludzkość
      byliśmy bardziej rozwinięci. Z nauk, które zaznam w młodości w różnych
      szkołach dowiem się, że cywilizacja powoli chyli się ku upadkowi. Czekają nas
      dwie okrutne wojny światowe. Znikną komputery, telewizory i auta. Skończymy
      jako dzikie małpoludy z maczugami, ale...ale to już nie jest mój problem. Mam
      przed sobą 78 lat nudnego przewidywalnego życia i kilka chwil radości. To na
      nie będę czekał z utęsknieniem nim nadejdzie kres mych dni...
    • tristero Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 26.05.07, 14:29
      o!
      • bytrytroool Re: Teksty do oceny, jak już kogoś (bardzo) przyc 13.11.07, 17:22
        O!!!!!!!!!!!
        jedno małe o! to za mało, dzięki ktdabrowski:-)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka