A to Polska cz. II

IP: *.zabrze.sdi.tpnet.pl 05.11.02, 18:23
A przecież nie on jeden po cichu uważa, że jeśli ceną za dostosowanie
polskiego rolnictwa do poziomu europejskiego (gdzie na wsi mieszka cztery,
pięć razy mniej ludzi niż u nas) ma być masowa migracja ludności wiejskiej do
miast, gdzie nie ma dla niej pracy - a więc powstaną wokół Warszawy slumsy
zamieszkane przez "białych Murzynów" - to trzeba tę cenę zapłacić. Przesada?
Tylko 26 proc. Polaków uznało, że o dopłaty dla rolników rząd powinien
walczyć do upadłego. Ciekawe, jak reszta ankietowanych wyobraża sobie los
chłopów, którzy nie umieją produkować nowocześnie, na skalę przemysłową - tak
jak europejscy farmerzy, beneficjenci unijnej polityki rolnej?
Przed kilkoma laty węgierski filozof Janos Kis napisał, że jeśli w Europie
kryje się widmo nowego faszyzmu, to nie w marginalnych antysemickich
partyjkach. Faszyzm to ideologia, pod którą chronią się klasy średnie, gdy
mają poczucie zagrożenia. W Polsce to one mogą chcieć wykluczyć ze
społeczeństwa tych, którzy nie nadążają, zawadzają nam w biegu do Europy,
przeszkadzają nam gromadzić dobra i konsumować je w spokoju. Bezrobotnych,
chłopów. Tych cholernych nieudaczników.
100 lat temu Roman Dmowski w swoich "Myślach nowoczesnego Polaka" sformułował
podobne rozwiązania. Wtedy w Polsce po powstaniu styczniowym zdziesiątkowane,
zbiedniałe elity szlacheckie żyły dawnym mitem Polski królewskiej,
niepodległej. Były też niezliczone, niepiśmienne masy chłopskie, dopiero co
ukazem carskim wyzwolone z wiekowego niewolnictwa. Posługiwały się gwarami,
nikt im nie mówił o Polsce, nie czytał Mickiewicza. Z panami łączyła ich
wiara katolicka - ale też nie wszystkich. Po klęsce powstania styczniowego
stało się jasne, że nie będzie żadnej Polski, dopóki polski chłop nie stanie
się Polakiem.
Rozumiał to Dmowski i wyciągnął z tego skrajne wnioski. Według jego programu,
ceną za integrację Polaków miało być wykluczenie ze społeczności mniejszości
narodowych i innowierców. Przede wszystkim Żydów - żydowski handel i
drobnomieszczaństwo miały ustąpić miejsca polskiemu. Ten konflikt w pełni
rozgorzał w Polsce niepodległej, w czasach kryzysu lat 30. Jak pisał Ksawery
Pruszyński, mały sklepik ledwo wystarczał żydowskiej rodzinie, by utrzymać
się na powierzchni. Ale chłopu bez ziemi ten sklepik wydawał się bogactwem.
Chciał mieć taki sam. Albo ten sam.
I tak właśnie się stało. Awans tysięcy polskich rodzin dokonał się w czasie
wojny, gdy masowo zajmowano opustoszałe sklepy i mieszkania żydowskie w
centrach miast. Do dziś jest to w Polsce temat tabu, do dziś ten rodowód
odbija się czkawką w naszej psychice zbiorowej.

I tak właśnie się stało. Awans tysięcy polskich rodzin dokonał się w czasie
wojny, gdy masowo zajmowano opustoszałe sklepy i mieszkania żydowskie w
centrach miast. Do dziś jest to w Polsce temat tabu, do dziś ten rodowód
odbija się czkawką w naszej psychice zbiorowej.
Dziś grozi nam paradoksalne powtórzenie błędu Dmowskiego. Wykluczeni mogą
zostać nie członkowie mniejszości, bo tych już nie ma, ale ci z nas, którzy
na integracji europejskiej stracą: małorolni, pegeerowcy. Także niedoszła
klasa średnia, ci, którzy nie zdążyli zamienić szczęk na sklepy. I ci, którym
handel najlepiej szedł za komuny, bo wyposzczony naród kupował wszystko jak
leci. Powiedzmy sobie szczerze: oni wszyscy nie są nam do niczego potrzebni.
Najchętniej byśmy się ich pozbyli. Musimy ich za sobą wlec do Europy, wbrew
ich woli. I jeszcze podstawiają nam nogę, grożą referendum.
To oczywiście rozumowanie krótkowzroczne i naiwne. Amerykański filozof Dinesh
D'Souza pisze: "Ameryka pozostaje atrakcyjna dla każdego emigranta z każdego
kraju świata, nie dzięki swojemu bogactwu, ale klarowności wspólnych celów -
elit i reszty społeczeństwa". Jeśli nasi "Europejczycy" i wygrani nie wezmą
sobie tego do serca - przegramy wszyscy. Unia niczego za nas nie załatwi. To
nie deus ex machina.
Pełna wersja