negritha
05.07.05, 14:50
Jeszcze przed koncem sesji zaplanowalam sobie caly lipiec. W lipcu mialam
przede wszystkim uczyc sie codziennie na kursie, a przez wiekszosc czasu
odpoczywac, czytac, sluchac muzyki, uprawiac sport, dbac o siebie (kosmetyki)
i rozsadnie jesc. Zalezalo mi tez oczywiscie zeby schudnac bo moj chlopak
akurat wyjechal i tak bardzo chcialam zeby zobaczyl mnie po powrocie choc
troche szczuplejsza.. Wydawalo mi sie ze tak duzo nie oczekuje od siebie, ze
spokojnie dam rade..
Tymczasem spie do poludnia, obzeram sie slodyczami, opuszczam kurs, leze caly
dzien na kanapie (nie potrafie sie zmusic do ruchu w taki upal). Jestem na
siebie po prostu wsciekla. Najgorsze oczywiscie jedzenie. Wiedzialam ze musze
teraz schudnac bo potem jak moj chlopak wroci to bede juz tylko tyc (to co jem
z nim to zazwyczaj pizza i slodycze, bo on sie nie odchudza a jemy przeciez
razem..). Ech, jak utyje jeszcze pare kg to po prostu nie pozwole mu sie
dotknac i bardzo mnie to martwi. Dlatego tak bardzo chce schudnac teraz, poki
mam okazje. Poki nie musze prowadzic zycia towarzyskiego i moge skoncentrowac
sie na prtzygotowywaniu dietetycznych posilkow i czytaniu gazet o odchudzaniu.
A najgorsze jest po prostu to ze wiem ze te zalozenia od poczatku do konca sa
zle. Nie powinnam koncentrowac sie na zadnej diecie, tylko normalnie zyc i nie
myslec o jedzeniu. Tak bym zrobila gdybym byla sama. Gdybym wiedziala ze
nikomu nie musze sie podobac, ani przed nikim sie rozbierac, odpuscilabym
sobie. Wstydze sie swojego ciala i tylko dieta i sport jest to wstanie
zmienic. Zadne mowienie sobie ze wygladam ladnie, ze mam kobiece kraglosci
(choc nie wiem czy duzy brzuch mozna nazwac kobiecym), czytanie artykulow na
temat akceptacji, kompletnie nic nie daje. Ciagle wole byc zgrabna, a nie
otluszczona. Wiec ciagle probuje i zalamuje sie najdalej po 3 dniach.. I
naprawde nie probuje sie glodzic, jem ok (choc dokladnie nie wiem) 1500 kcal
wiec nie powinnam byc glodna. Ale ja po prostu wole lezec przed tv i objadac
sie buleczkami. Moze to po prostu kwestia lenistwa.
Tak strasznie wkurza mnie to ze kwestia kilku kg decyduje o moim samopoczuciu
i checi do zycia. Czuje sie jak niewolnik jedzenia lub niejedzenia. Po prostu
nie umiem sie przez to cieszyc zyciem. Z jednej strony nie spotykam sie z
przyjaciolmi bo tam bedzie piwo i zarcie, z drugiej obzeram sie na drugi dzien
w domu.. Boze, najbardziej boje sie chwili gdy moj ukochany dowie sie z jak
zalosna osoba sie zwiazal. Nigdy nie dalam mu odczuc ze jedzenie jest dla mnie
takim problemem, ze nienawidze jedzenia i chcialabym zeby czlowiek swoja
dzienna dawke energi przyjmowal w bezsmakowych tabletkach (fajny pomysl,
nie?). Nie chce mu sie do niczego przyznawac, wiec po prostu musze przez
wakacje rozwiazac ten problem i skonczyc z tym pi***nym zarciem. Tylko
jak?????????????????????????????????????????????????????????????????????
Przepraszam ze slowna agresje, ale musialam to z siebie wyrzucic