Dodaj do ulubionych

uffff..... :)

30.07.05, 10:42
Czesc dziewczyny (i ewentulane chlopaki:),
jak znosicie upaly? Ja wczoraj okolo poludnia odkrylam rzecz zdumiewajaca,
mianowicie: nie chcialo mi sie jesc!!! Ciekawa reakcja, jak na moj organizm.
Moze to jest metoda, moze to jest terapia - wyjechac do jakiegos cieplego
kraju typu Portugalia... na okraglo jesc tylko mrozone owoce..

Moze zauwazylyscie, ze w poniedzialek jest jednoczesnie pierwszy dzien nowego
miesiaca. Dwie magiczne daty, od ktorych (przynajniej mnie) latwiej cos
zaczac, cos pozmieniac w zyciu. Ciekawe czy magiczna moc sie kumuluje:) Nie
wiem jak Wy, ale ja mam zamiar sprawdzic to na wlasnej skorze. W koncu musi
sie udac!!!

ps moze ktos ma ochote wspierajaca znajomosc korespondencyjna via email?
Jesli tak to zapraszam: xitax@gazeta.pl
Obserwuj wątek
    • wersia Re: uffff..... :) 30.07.05, 16:47
      Upał rzeczywiście straszny, niestety mnie nie powstrzymuje przed jedzeniem. Ale
      mam nadzieję, że 1 sierpnia naprawdę będzie magiczny – od tego dnia po raz
      kolejny zaczynam starania o lepsze życie – życie bez objadania się.
      • xitax Re: uffff..... :) 30.07.05, 20:23
        No to trzymam za Ciebie kciuki... Tylko ze wiesz co? jak dla mnie to metoda "na
        zawsze" zupelnie nie dziala. Wiem, ze tu tkwi moj blad: zaczynajac nowy etap
        zycia zakladam, ze bedzie to zycie bez objadania sie: ze juz NIGDY wiecej tego
        nie zrobie. I oczywiscie wczesniej czy pozniej zdarzy mi sie zjesc wiecej niz
        planowalam a wtedy... Moze to znasz, takie uczucie, ze wszystko stracone, ze
        nie ma sensu sie dalej powstrzymywac, bo skoro juz zjadlam te jedna czekolade
        to i tak nie ma mowy o nowym etapie i zmianach.
        Wiec zakladam, ze bede jeszcze miala wpadki, ze jeszcze sie bede objadac, ale
        pracuje nad tym, zeby to bylo rzadko. Latwo mi pisac, bo mam za soba w miare
        udany dzien. (Po tygodniu ciaglego jedzenia i niewychodzenia prawie z domu,
        hehe) Powiedzmy tyle: widze promyk nadziei, ale swiadoma jestem, ze moge nigdy
        nie pozbyc sie tego swinstwa "na zawsze".
        Naszczescie Ty jestes zupelnie inna osoba, i Tobie sie na pewno uda, "na
        zawsze". A co robisz dzien przed obrana data "poczatku"? Ja zwykle robie zakupy
        i wielkie zarcie :/
        Trzymaj sie, i wszystkie sie trzymajcie.
        • wersia Re: uffff..... :) 30.07.05, 21:57
          Masz rację – metoda „na zawsze” nie działa, ale ja przy każdej kolejnej próbie
          chce wierzyć, że tym razem to już na pewno się uda i z dnia na dzień skończą
          się moje problemy z jedzeniem. Tak więc od poniedziałku po raz enty zaczynam
          akcję dietowanie + ruch na świeżym powietrzu + pielęgnacja:-)
          Przed datą „początku” zwykle kupuję torbę słodyczy do szybkiej konsumpcji, ale
          na jutro wyjątkowo nic nie mam (dziś wchłonęłam wszystko – przeterminowane
          ptasie mleczko też).
          Gratuluje udanego dnia – oby takich było jak najwięcej!
          Pozdrawiam
          • xitax Re: uffff..... :) 31.07.05, 10:22
            Nie przejmuj sie ptasim mleczkiem. Daty przydatnosci do spozycia na zywnosci
            nigdy nie sa umieszczane "na styk". Kilka dni na pewno nie robi roznicy, nic Ci
            nie bedzie.
            Dieta+ruch+kosmetyka, ach znam ja ten zestaw az nazbyt dobrze:) A jaki rodzaj
            ruchu na swiezym powietrzu preferujesz? Ja uwielbiam wprost samotne spacery
            przy ruchliwych ulicach (zdrowiej by bylo po lesie, ale juz taka ze mnie
            industrialna kobieta:) a do lasu daleko). Najlepiej mi sie chodzi miedzy 21 a
            23. Tylko ze teraz dzieci maja wakacje, i co za tym idzie wlasnie w tych
            godzinach kreca sie akurat w miejscu mojego spaceru. Lubie dzieci, ale nie te,
            ktore mi proponuja kradziez komorki lub stosunek seksualny na ulicy :) A
            powaznie: troche sie boje, ot co.
            Mam tez w wiecznych planach poranne bieganie. Kto tego probowal to wie, ze
            trudno jest wstac o tej 6, zeby nikt z sasiadow w dresie nie przyuwazyl. Bo
            niestety (przynajmniej na moim osiedlu) bieganie wciaz nie jest popularne.

            Pochwale sie, bo mi sie wczoraj udalo. O 23 mialam taka szybka mysl: "caly
            dzien tak sie trzymalas, zaslugujesz na zjedzenie czegos dobrego TERAZ". ale
            zajelam sie czyms innym, czyli spaniem:) i przeszlo. Dzis tez bedzie dobrze,
            czuje to w kosciach (czyli pod tluszczem:))

            Trzymaj sie, pomysl ze od jutra (hej, a moze od dzis?) koniec z tym, wroci
            normalnosc i dobre samopoczucie. Trzymam za Ciebie mocno kciuki.
            • wersia Re: uffff..... :) 31.07.05, 11:49
              Też uwielbiam spacery, szczególnie po lesie, a że akurat mam niedaleko to dziś
              się wybieram:-) Od wtorku zaczynam wieczorami biegać, tzn. truchtać;-) [mam
              nadzieję, że napisanie tego na forum dodatkowo mnie zmobilizuje – byłoby mi już
              wstyd pisać po raz kolejny, że znowu nie wyszło]. Może i lepiej byłoby rano
              (mniej osób przyuważyło by mnie w dresiku;-), ale coś ostatnio nie mogę się
              dobudzić (pewnie przez siedzenie przed komputerem do późnych godzin nocnych).
              Ostatnio „chodzą” za mną rolki – tylko, że u mnie nie bardzo jest gdzie
              jeździć, no i nie mam z kim – a z bratnią duszą zawsze raźniej.
              P.S. Mam przeczucie, że będzie dziś dobrze:-)
              • xitax Re: uffff..... :) 31.07.05, 16:40
                No coz, pewnie nie mieszkasz na mojej ulicy, to sobie razem nie pobiegamy, ani
                na rolki nie pojdziemy. Ale co tam. Wymyslilam cos innego, a wlasciwie Twoj
                post mi podsunal mobiizacje... I jutro RANO (o szostej, powazna sprawa:) ide
                biegac. Koniec, kropka. Juz nawet spodenki sobie naszykowalam i Rodzine
                powiadomilam, nie ma odwrotu:)
                I mala pozytywna wibracja: zjadlam dzis 3 (slownie: trzy) cukierki. Nie trzy
                paczki, tylko trzy sztuki, i juz:)))). Nie chwale dnia przed zachodem, ale cos
                mam przeczucie, ze bedzie ok. A Ty jak, gotowa na Wielki Dzien, czyli na jutro?
                • wersia Re: uffff..... :) 02.08.05, 09:08
                  Uwaga – chwalę się – wczoraj był pierwszy od długiego czasu beznapadowy dzień:-
                  ) W dodatku jadłam zgodnie z zasadami diety:-)
                  A co u Ciebie? Biegałaś rano?:-) Ja umówiłam się wstępnie na wieczorne bieganie
                  z koleżanką i psem:-)
                  Miłego dnia!
                  • xitax Re: uffff..... :) 02.08.05, 13:01
                    Gratuluje, pierwsza dobra wiadomosc dzisiaj.
                    Gdzies juz to pisalalam w watku "zNOWU JA i małe pytanko do Was" , zycie mi sie
                    nie uklada, co oslabia wybitnie moja odpornosc na dzialanie jedzenia. Wczoraj
                    wieczorem i dzis no to po prostu masakra. Siedze przed kompem, czekam az
                    przejdzie bol brzucha i od nowa.
                    Nie mam motywacji, zeby sie zmienic, zeby wstac rano nawet nie po to, zeby
                    biegac, ale w ogole zeby wstac. Nie dziwie sie mu (facetowi, o ktorego wzgledy
                    sie ubiegam), ze mnie nie chce. Szkoda ze ja po raz kolejny okazuje sie na tyle
                    naiwna, zeby probowac. Nie dla mnie cudownosci zycia w zwiazku.

                    Wersia, mam nadzieje, ze Ci sie uda, wierze, ze tak bedzie, dieta, bieganie, ze
                    bedziesz zadowolona. Nie chce Ci smecic i psuc krwi, wiec koncze. Trzymaj sie.
                    • wersia Re: uffff..... :) 02.08.05, 15:51
                      Wcale nie smęcisz!!!
                      Głupio mi teraz, że się pochwaliłam…
                      Uwierz, że mi też jest ciężko, jeśli nie uporam się z jedzeniem do października
                      będę musiała wziąć urlop na studiach, bo nie pociągnę tak kolejnego roku. Po
                      każdym napadzie w domu awantura, mama najchętniej faszerowałaby mnie
                      fluoksetyną, byleby tylko skończyły się te moje napady. Na każdym kroku
                      odtrącam od siebie znajomych i chłopaka (nie wiem jak długo oni to jeszcze
                      wytrzymają). Nienawidzę swojego ciała, nie wychodzę z domu, bo po prostu
                      wstydzę się tego jak wyglądam. Z tego powodu zrezygnowałam też z wakacyjnego
                      wyjazdu. Nienawidzę bólu brzucha po napadzie, zdarzało mi się, że płakałam z
                      bólu, a potem jadłam dalej. Czasami naprawdę odechciewa mi się żyć… (to teraz
                      się nad sobą poużalałam).
                      Ale nie poddaję się i Ty też się nie poddawaj!!! Zrób to dla siebie, nie dla
                      jakiegoś faceta. Przed nami całe życie, dlatego nie myśl już o tym ile zjadłaś,
                      głowa do góry, jutro będzie lepiej! Trzymam za Ciebie kciuki!
                      • xitax Re: uffff..... :) 02.08.05, 22:34
                        Dzieki za cieple slowa. Naprawde sama sie dziwie, jak bardzo mi pomogly, choc
                        jestes tak daleko. Chyba dzialaja dlatego, ze mamy to samo. Po prostu wiesz o
                        czym mowa, w przeciwienstwie do "znajomych", ktorzy tego nie sa w stanie
                        zrozumiec (i dobrze dla nich!!!)
                        I niech Ci nigdy nie bedzie glupio chwalic sie dokonaniami "jedzeniowymi"!!!!!
                        Taki mejl, ze komus dobrze idzie, daje (mnie przynajmniej) duzo do myslenia, a
                        czasami nawet sile do dzialania. Poza tym ciesze sie z Toba razem, bo wierze,
                        ze sie powiedzie. W tej chwili wierze nawet w to, ze mnie sie uda, nie od
                        jutra, ale od teraz, po prostu przestaje jesc, i koniec kropka.
                        Z moich znajomych nikt nie wie, ze mam problemy z jedzeniem. Jest kilka
                        bliskich mi osob, ktore moga sie czegos tam domyslac, ale raczej pewnie
                        podejrzewaja bulimie. Bo przeciez to jedzenie kompulsywne to szczyt badziewiu,
                        zeby to zrozumiec trzeba wykazac duzo dobrej woli, no bo jak mozna jesc mimo
                        bolu zoladka....
                        Nikomu nigdy o tym nie mowilam. Jedyne co to pisalam pamietnik, od zawsze. Mam
                        moje zapiski z szostej klasy podstawowki, ktorych konkluzje sa identyczne do
                        dzisiejszych, z trzeciego roku studiow. Tylko ze wtedy zdawalo mi sie, ze to
                        kiedys minie. Nie tylko ze ktos mnie pokocha taka, jaka jestem (to jest raczej
                        niemozliwe, badzmy realistkami). Myslalam, ze z czasem bedzie... normalnie. Ze
                        wlasnie tak zaczne zyc: normalnie. Ale nie.
                        Jedyne co sie zmienilo na lepsze to fakt, ze juz mnie nie przezywaja od
                        grubasow. Fakt, kiedys wazylam duzo wiecej, a i ludzie z wiekiem nabieraja
                        oglady. Ale te przezwiska, to byla i jest trauma, łacznie z proba samobojcza po
                        jednym z tych zdarzen.
                        Hmmm, to sie rozpisalam:) Trzeba bylo nie pisac, ze "nie smęce", tylko mnie
                        zachecasz:))) A jak bieganie z psem i towarzyszka? Wyszlo?
                        Wielkie dzieki, nie poddajemy sie i zyjemy dalej. Pozdrawiam, ITA.
                        • i.waited.all.day Re: uffff..... :) 03.08.05, 12:04
                          Tak się zbieram i zbieram do napisania i chyba się wtrącę do Waszej rozmowy –
                          ostatnio tylko sobie trochę podczytuję. Faktycznie jest tu pustawo, coraz mniej
                          tych z nas, które pisały wcześniej. Niektóre czują się już o niebo lepiej:)
                          Jakiś czas temu wydawało mi się, że im bardziej roztrząsam sprawy, powiedzmy,
                          jedzeniowe, tym bardziej popadam w odrętwienie i zły stan psychiczny:(
                          Jakby nie było, najważniejsze jest nie stawiać jedzenia na pierwszym miejscu w
                          naszym życiu – trudne, prawda? Ale nie jest niewykonalne – trzeba tylko nad tym
                          popracować, ale rozsądnie, z głową, absolutnie nie w kategoriach walki – nie
                          stawiać sobie nigdy niczego na ostrzu noża. Ja zawsze patrzyłam na wszystko, że
                          coś ma być albo czarne albo białe; mam mieć wszystko albo nic…A tak się nie da,
                          po prostu się nie da:)
                          Mam za sobą wiele przykrych zdarzeń, dokładnie tak jak większość z nas– ciężko
                          jest przetrawić wszystkie złe wspomnienia, ale żeby ruszyć dalej trzeba się z
                          nimi uporać. Rozpamiętywanie nigdy nam nie służy i służyć dobrze nie będzie.
                          Ważne jest też uczyć się żyć ze sobą w zgodzie, być dobrym dla samego siebie
                          (kiedyś wydawało mi się, że to jest taki psychologiczny bełkot, ale uwierzcie
                          mi, to naprawdę działa). Dlaczego tak łatwo przychodzi nam pocieszanie,
                          wspieranie innych, a same dokopujemy jeszcze sobie w trudnych sytuacjach?
                          Dlaczego tak uparcie przez cały dzień potrafimy powtarzać sobie, że (np)
                          nienawidzimy siebie, jesteśmy brzydkie, niezdolne, mało atrakcyjne…(chyba każda
                          ma jakiś już swój utarty tekst, który powtarza w takich sytuacjach). To proste,
                          prawda? A gdyby tak powiedzieć sobie, że po prostu dzisiaj coś mi nie wyszło,
                          głupio się zachowałam, ale to tyle – czy ja mam monopol na popełnianie błędów?
                          Nie, każdemu może się zdarzyć, mnie też:) Wam też:) Strasznie to trudne, ale
                          można próbować. Trzeba próbować:)
                          Wczoraj zjadłam dużo, naprawdę dużo, nie wiem dlaczego – chociaż nie było
                          takiej odwiecznej spirali, nie wiem co mnie popchnęło (efekty końcowe te same
                          co zwykle oczywiście – ból brzucha niesamowity i to było najgorsze), nie
                          skończyłam tak jak zawsze. Nie zaczęłam płakać, nie zaczęłam powtarzać, że
                          wszystko wzięło w łeb (bo niby jakie wszystko?). Fizycznie źle się dzisiaj
                          czuję, to prawda, ale jakoś sobie poradzę, postaram się:)

                          Wersiu, jeżeli możesz jeszcze odkręcić sprawę i pojechać na wakacje, to proszę
                          zrób to – nie wycofuj się, inaczej dopiszesz to sobie do listy spraw, które się
                          w Twoim życiu nie powiodły przez chorobę.
                          I proszę żyjcie, odpoczywajcie, bo kiedy będziecie to robić? Za ile lat?
                          Kiedy? Moja psycholożka zadała mi to pytanie na naszym ostatnim spotkaniu przed
                          wakacjami i to mnie otrzeźwiło (oczywiście nie na tyle, żeby od razu rzucić się
                          w wir spotkań, wychodzenia, wyjazdów) ale na tyle, że teraz poważnie się
                          zastanawiam czy rzeczywiście lepiej się poczuję, jeżeli po raz kolejny nie
                          wyjdę na rower, na piwo, na spacer…

                          Jeżeli macie ochotę popisać ze mną, to zapraszam na maila gazetowego (a
                          niedługo i na gg:)
                          un_papillon_de_nuit@gazeta.pl
                          na forum nie zawsze można i nie zawsze chce się napisać wszystko:)

                          Buziaki, miłego słonecznego dnia.
                          • un_papillon_de_nuit Re: uffff..... :) 03.08.05, 12:07
                            Zagapiłam się i wysłałam z innego dawnego loginu, ale to ciągle ja - un
                            papillon de nuit, czyli po prostu nocny motylek, czyli ćma:)
                            Buziaki raz jeszcze
    • sonai Re: uffff..... :) 06.08.05, 10:55
      czesc przeczytałam na LIŚCIE OBECNOŚCI ze jestes zŁodzi.Powiem Ci szczerze ze
      sie ucieszyłam.Jaka dzielnica? Moi rodzice mieszkają na BAŁUTACH,ja mam do
      Łodzi około 20 km(Justynów -Janówka)Może słyszałaś?Normalnie dojeżdżam około 45
      minut.Kiedy przeczytasz co ostatnio napisałam,proszę cie o komentarz.Zależy mi
      na opinii.Jestem zdezorientowana.A moze popiszemy na GG?Oczywiscie jesli
      chcesz.Nic na siłę.Mój numer 5836816.PA
      • sonai Re: uffff..... :) 07.08.05, 14:44
        NO GDZIE TY JESTES?CHETNIE BYM Z TOBA JESZCZE POPISAŁA.JAK BEDZIESZ NA FORUM
        KONIECZNIE NAPISZ.WIDZISZ JEST KTOS KTO GDZIES NA CIEBIE CZEKA:-)TO TYLKO
        JA,ALE ZAWSZE...POZDRAWIAM

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka