Dodaj do ulubionych

Polski panteon SS

04.02.04, 15:13
Tygodnik "Wprost", Nr 1106 (08 lutego 2004)


Krwawymi jatkami podczas tłumienia powstania warszawskiego wsławili się
podwładni Oskara Dirlewangera

Hitlerowskich zbrodniarzy wojennych uczciły polskie i niemieckie władze,
przedstawiciele Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, kombatanci,
dostojnicy Kościoła, samorządowcy, policja, wojsko i harcerze. Oddali im hołd
na cmentarzu mauzoleum w Nadolicach Wielkich niedaleko Wrocławia (pisaliśmy o
tym w numerze 4. - "Polska czci SS"). Nad grobami oprawców i zbrodniarzy
wojennych powiewają polskie i niemieckie flagi, a cmentarz jest utrzymywany
m.in. z pieniędzy polskiego podatnika. Park Pokoju w Nadolicach miał być
symbolem polsko-niemieckiego pojednania, a stał się wielką kompromitacją.
Dziennikarze "Wprost" ustalili, jak doszło do uhonorowania oprawców.

Kto leży na cmentarzu w Nadolicach?
Na nadolickiej nekropolii spoczywają m.in. żołnierze ukraińskiej dywizji SS
Galizien. To oni zapędzili do drewnianego kościoła mieszkańców Huty
Pieniackiej na Wołyniu. Według zeznań naocznego świadka Stanisława
Krawczyka, "SS-mani w śnieżnobiałych mundurach upychali ludzi między ławkami.
Przechodzili i uderzali po głowach: trach, trach. Ogłuszeni padali pod ławki.
Wówczas wganiano następnych. Trzy warstwy dygocących ciał". Potem esesmani
podpalili kościół.
W Nadolicach spoczęli także żołnierze niemieckiej brygady SS Dirlewanger
odpowiedzialni za wymordowanie 1500 mieszkańców Woli podczas powstania
warszawskiego. Esesmanami dowodził Oskar Dirlewanger, którego podczas wojny
wypuszczono z więzienia, żeby zorganizował frontową jednostkę złożoną z
kryminalistów. Charles Sydnor Jr., amerykański historyk, w książce "Żołnierze
zagłady" napisał, że podwładni Dirlewangera wsławili się m.in. krwawymi
jatkami podczas tłumienia powstania warszawskiego. Hans von Krannhals,
niemiecki historyk, w swej książce "Der Warschauer Auf-stand 1944"
("Powstanie warszawskie 1944") twierdził, że okrutne gwałty dokonywane na
polskich kobietach przez ludzi Dirlewangera wywoływały wściekłość dowódców
regularnej armii, którzy wysyłali protesty do swych zwierzchników w Berlinie.
W Nadolicach pochowano też wachmanów z obozu koncentracyjnego Auschwitz. Ober-
scharführer Erich Seega z pułku SS Besslein (służyli w nim wartownicy z obozu
koncentracyjnego Auschwitz) zginął 17 lutego 1945 r. w obleganym przez
Sowietów Wrocławiu. Jest pochowany w bloku nr 4 nadolickiej nekropolii. W
księdze cmentarnej obok jego nazwiska nie ma jednak stopnia wojskowego
charakterystycznego dla formacji SS, tylko nazwa "Sturmann", oznaczająca
zwykłego żołnierza. Równie trudno odnaleźć innych esesmanów. Niemcy o
nazwiskach Greger, Seiffert i Sipl - upamiętnieni na tablicy "Zum Gedanken"
(ku pamięci) - zostali pochowani jako zwykli żołnierze. Wszyscy trzej byli
kolegami Seegi z pułku Besslein. Grób w Nadolicach ma jeszcze inny esesman z
tego pułku, o nazwisku Piontek.

Cmentarz najwierniejszych z wiernych
Zdobyliśmy dowody, że w Nadolicach uroczyście upamiętniono zbrodniarzy
wojennych. Może ich tam leżeć nawet kilka tysięcy. Na Śląsku od stycznia 1945
r. do końca wojny broniło się co najmniej kilkanaście tysięcy esesmanów.
Większość z nich zginęła, bo Sowieci rzadko brali do niewoli esesmanów,
zabijając ich na miejscu. W okolicach Wrocławia nie ma innego cmentarza,
gdzie leżą Niemcy polegli w walkach o miasto, co oznacza, że spoczywają oni w
Nadolicach.
Miesiąc przed zakończeniem wojny w pobliżu Jeleniej Góry wojska sowieckie
rozbiły 18. Ochotniczą Dywizję Grenadierów Pancernych SS Horst Wessel.
Składała się ona m.in. z węgierskich volksdeutschów, którzy brutalnie tłumili
powstanie na Słowacji. W oblężonym od stycznia do maja 1945 r. Wrocławiu
bronił się wspomniany już pułk SS Besslein i służący w nim wachmani z
Auschwitz. Karol Jońca i Alfred Konieczny w wydanej w latach 60.
monografii "Upadek Festung Breslau" wymieniają nazwiska byłych wartowników
największego obozu zagłady, którzy polegli we Wrocławiu. O walczących w
mieście esesmanach, pełniących funkcje policyjne wobec ludności niemieckiej,
wspomina w swych "Kronikach dni oblężenia" Paul Peikert, proboszcz
przedwojennego kościoła św. Maurycego.
Według Jońcy i Koniecznego, z zachowanych kartotek wojskowych wynika, że we
Wrocławiu południowo-wschodniego odcinka twierdzy bronili esesmani z wielu
rozbitych na froncie wschodnim jednostek. Także ze wspomnianej dywizji SS
Galizien, która dokonała masakry Polaków we wsi Huta Pieniacka. W okolicach
Wrocławia swój "szlak bojowy" kończyła też 35. dywizja policyjna SS oraz
niedobitki dywizji SS złożonych z Węgrów, Litwinów, Łotyszy, Estończyków,
Holendrów i Flamandów. Przed Sowietami na Śląsk uciekli również gestapowcy z
Krakowa, Warszawy, Łodzi i Radomia.

Łatwowierność rady
W październiku 2002 r. nadolicki cmentarz zamieniono w mauzoleum, do którego
ściągają wycieczki szkolne oraz turyści. Pochylają się nad grobami oprawców.
Stało się tak wskutek łatwowierności Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.
Wiedza o tym, kto zginął w walkach na Dolnym Śląsku, jest powszechnie
dostępna. Zanim otwarto mauzoleum, poświęcone przez metropolitę
wrocławskiego, kardynała Henryka Gulbinowicza, rada miała obowiązek
weryfikacji tożsamości żołnierzy pochowanych w Parku Pokoju. Gdyby ich
identyfikacja okazała się niemożliwa, należało zrezygnować z oddawania im
hołdu, a nie ryzykować uhonorowania członków zbrodniczej formacji.
Plany budowy na Śląsku jednego cmentarza dla poległych na tym terenie Niemców
powstały po podpisaniu w 1991 r. traktatu między RP a RFN o dobrym
sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Siedem lat później do Nadolic zaczęto
zwozić szczątki z całego Śląska. Prace ekshumacyjne nadzorował Narodowy
Niemiecki Związek Opieki nad Grobami Wojennymi, odpowiednik polskiej Rady
Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa (ROPWiM). Biorący udział w ekshumacjach
pracownicy niemieckiego Związku Opieki nad Grobami Wojennymi, tak jak ich
polscy koledzy, wiedzieli, że wśród odkrywanych szczątków są też prochy i
kości esesmanów. Przy szczątkach znajdowano bowiem na przykład trupie czaszki
z nierdzewnego metalu, które esesmani nosili na czapkach. Andrzej Przewoźnik,
sekretarz ROPWiM, który brał udział w uroczystościach na cmentarzu mauzoleum,
w odpowiedzi na nasze wątpliwości odpisał, że rada dostawała nazwiska
ekshumowanych osób od niemieckiej Fundacji Pamięć, która w Polsce jest
przedstawicielem Niemieckiego Związku Opieki nad Grobami Wojennymi. Jednak
dane te rada weryfikowała jedynie pod kątem "nazwisk osób skazanych wyrokami
sądowymi za popełnienie zbrodni wojennych. Osób takich nie odnaleziono".
Oczywiście, że takich osób nie mogło być, bo esesmanów na początku 1945 r.,
zwłaszcza tych martwych, nikt nie sądził. Idąc tym tropem, Adolfa Hitlera też
można pochować w Nadolicach z honorami, bo choć jest on zbrodniarzem
wojennym, to przecież żaden sąd go za to nie skazał. Dalej Przewoźnik
tłumaczy, że trzeba było pochować te szczątki, bo tak nakazuje konwencja
genewska. Owszem, ale ta konwencja nie narzuca, aby na cmentarzu osób z
formacji uznanych za zbrodnicze powiewała flaga państwowa, a podczas
uroczystości grano hymn narodowy.

Park wstydu
Na nadolickim cmentarzu pochowano 12,5 tys. poległych Niemców, z czego ponad
cztery tysiące to osoby nie zidentyfikowane. W tej ostatniej grupie może być
najwięcej zbrodniarzy wojennych. Na cmentarzu jest jeszcze miejsce dla
kolejnych czterech tysięcy szczątków, wciąż odnajdywanych w prowizorycznych
grobach na Dolnym Śląsku. Cmentarz w Nadolicach jest jednym z czterech
europejskich parków pokoju - obok francuskiego La Cambe w Normandii,
węgierskiego Budaöurs niedaleko Budapesztu oraz rosyjskiej Sołogubowki w
pobliżu Sankt Petersburga. Na wszystkich tych nekropoliach spoczywają
żołnierze niemieccy, ale nie z jednostek uznanych przez prawo międzyn
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka