witomir
27.06.06, 22:55
W dziejach światowej propagandy nowa książka Jana Tomasza Grossa „Fear:
Anti-semitism in Poland after Auschwitz” (Strach: antysemityzm w Polsce po
Auschwitz) zajmie na pewno poczesne miejsce. Jest to bowiem stek przeinaczeń i
konfabulacji. Jednak myliłby się ten, kto uważa, że „Strach” to tylko wymysł
chorej fantazji. To element szerokiej akcji, która ma na celu wymuszenie na
polskim rządzie „zwrotu” pożydowskiego mienia.
Najpierw Gross oskarżył Polaków w swojej książce „Sąsiedzi” o zamordowanie
niemal 1600 Żydów w Jedwabnem. Nic to, że taka liczba ludzi nie zmieściłaby
się w spalonej stodole, nic to, że po odkryciu, iż zabici mieli rany
postrzałowe (a to świadczyłoby o tym, że mordowali ich Niemcy) zaprzestano
ekshumacji z nakazu ówczesnego ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego.
Gross nie chciał o to pytać. I choć każdy zawodowy historyk po takim „dziele”
straciłby pracę z wilczym biletem na dokładkę, autor z uniwersytetu w
Prienston ma się doskonale.
Co więcej, ten zawodowy konfabulator nie mógł pozostać bezrobotny w swoim
antypolskim zacięciu. Otóż jego ostatnia książka, „Strach”, ma na celu
przekonanie czytelnika, że powojenne zabójstwa Żydów wynikały tylko z tego
powodu, że Polacy, którzy zagarnęli ich mienie w czasie wojny, nie chcieli
dopuścić do utraty majątku na rzecz prawowitych właścicieli. Dlatego zabijali
„ocalałych z zagłady”, idąc w ten sposób ramię w ramię z Niemcami. Gross
policzył nawet, że takich śmiertelnych ofiar miało być 1500.
Tylko że Polacy nie byli i nie są antysemitami. Wszak definicja ONZ tego
pojęcia mówi, że antysemityzm jest wrogością do osób o wschodniej urodzie i
posługujących się językiem hebrajskim. Tymczasem w powojennej Polsce, jeżeli
niechęć do Żydów była, to wyłącznie z powodu ich antypolskiej działalności.
Bo przecież większość Żydów była związana bezpośrednio lub pośrednio z
aparatem władzy i represji, i przez to na społeczność żydowską spadło odium
odpowiedzialności za całe to komunistyczne bagno. To aparat represji stał za
morderstwami, za łamaniem charakterów z Fejginem, Romkowskim i Mietkowskim na
czele. Czołowi propagandziści tamtego okresu, jak chociażby Jerzy Borejsza
(Beniamin Goldberg) odpowiadają za kłamstwa w historii. Hilary Minc za
niszczenie gospodarki. Luna Brystygierowa za walkę z Kościołem. To oni byli
winni, że w Polsce panował w tamtym okresie bałagan oraz szarość codziennego
życia. Bo kimże byli Berman (wówczas osoba nr 2 w Polsce), Fejgin, Zambrowski,
Radkiewicz, Brystygierowa, Świerczewski, by wymienić tylko nazwiska co
bardziej zapadające w pamięć?
Nie oznacza to jednak, że niechęć do Żydów przejawiała się w mordach. Otóż,
jeżeli podziemie zabijało szczególnie sadystycznego ubeka lub wyjątkowo
szkodliwego partyjniaka, to nie dlatego, że był Żydem, ale dlatego, że był
niebezpieczny dla polskiej ludności na danym terenie. Dlatego, że dzięki niemu
lub z jego ręki zginęło wielu. A Gross „liczy” tych wyjątkowych bandytów jako
ofiary „antysemityzmu”…
Po drugie, w przypadku wydarzeń w Krakowie w 1945 roku lub tak zwanego pogromu
kieleckiego rok później mieliśmy do czynienia z komunistyczną prowokacją.
Jakoś dziwnie rozruchy te dotykały Żydów wierzących, ewentualnie syjonistów,
nie komunistów, a zawsze gdzieś w tle przewiali się funkcjonariusze NKWD.
Przypadek?
Wreszcie sprawa najważniejsza – rzekomych polskich kradzieży. Otóż ruchoma
własność żydowska była z całą niemiecką precyzją katalogowana i przesyłana do
Reichu do dystrybucji wśród „narodu panów”. Polacy nie mieli nic do tego. Zaś
co do budynków i ziemi… Czy któryś z nas mógł wziąć sobie na plecy kamienicę?
Do Grossa jednak nie docierają żadne argumenty. Bo nie chce ich słuchać. Jego
zadanie nie polega bowiem na odkrywaniu prawdy, ale na pisaniu na zamówienie.
Nie przez przypadek jego książka wpisuje się w cały szereg wypowiedzi oraz
działań, które mają zrównać Niemców i Polaków w winie za holokaust. Przecież
zbliża się w Polsce rozwiązanie kwestii reprywatyzacji, a więc i majątku
pożydowskiego. I Żydzi chcą z tego „polskiego” tortu wyrwać jak najwięcej, i
to nieważne jak.
My, Polacy, nie możemy wiele zrobić, by przeciąć takie działania. Rozwiązania
siłowe praktykują Francuzi. Wystarczyło „przymknięcie oczu” miejscowej policji
na bardziej żwawe działania muzułmanów, by żądania „reprywatyzacyjne” diaspory
wobec Paryża ustały. Tego w Polsce nie będzie, bo przemoc nie leży w naszej
naturze. To, co pozostaje, to pamiętać o prawdzie i nie dać się „zaszczekać”
różnej maści „autorytetom”. Książka Grossa już doczekała się doskonałej
recenzji w „The Washington Post” pióra Elie Wiesela. Niedługo zaś w ich ślady
powinna pójść „Wyborcza”, a głosu użyczy może nawet sam Adam Michnik.
I choć mogą wygrać i tę potyczkę, w dłuższej perspektywie czasu przegrają.
Zatriumfuje prawda, a chore książki „chorych” autorów znajdą się na śmietniku
historii. Tyle że trzeba uzbroić się nieco w cierpliwość.
Michał Likowski