Dodaj do ulubionych

Emigranci wrócą, jeśli będą reformy

12.07.06, 11:03
Emigranci wrócą, jeśli będą reformy

(Gazeta Prawna/12.07.2006, godz. 05:00)

biznes.onet.pl/5,1346580,prasa.html

Coraz więcej osób będzie wyjeżdżać z Polski w poszukiwaniu pracy. Bardzo
pożądany dla naszej gospodarki jest powrót emigrantów do kraju. Emigracja
zarobkowa może przyczynić się do podwyżek wynagrodzeń w Polsce.

Od 2004 roku, kiedy trzy kraje Unii (Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja)
otworzyły dla Polaków rynki pracy, wzmaga się fala migracji zarobkowej. Będzie
się ona nasilać. Od maja tego roku w czterech kolejnych krajach - Portugalii,
Hiszpanii, Grecji i Finlandii - rodacy mogą pracować bez ograniczeń.

- W 2005 roku do Anglii przyjechał mój mąż, a po pół roku dołączyłam do niego
z dzieckiem - mówi Justyna Szlachta. Jej mąż, magister filozofii, pracuje na
budowie na południu Anglii, ona magister socjologii, opiekuje się dzieckiem i
nocami dorabia sprzątając. Na razie myślą o powrocie do Polski.

Normalna fala

Henryk Michałowicz z Konfederacji Pracodawców Prywatnych uważa, że w dobie
otwierania się rynków pracy i globalizacji Polacy będą wyjeżdżać za granicę.

- To normalne i naturalne zjawisko - podkreśla.

Także zdaniem dr Ewy Lisowskiej ze Szkoły Głównej Handlowej takie wyjazdy są
nieuniknione. Szczególnie gdy sytuacja na polskim rynku pracy jest trudna, a
wyjątkowo ciężko znaleźć jest pracę młodym. Wskaźnik bezrobocia wśród osób do
25 roku życia wynosi ponad 35 proc. To efekt nie tylko trudnej sytuacji na
rynku pracy. Wciąż wchodzą na ten rynek roczniki z tzw. echa wyżu powojennego
i baby boomu lat 70. i 80.

Wskaźnik bezrobocia zmalał w czerwcu do 16 proc. Nie jest to jednak tylko i
wyłącznie zasługa otwarcia rynków pracy. W kraju zaczęły wreszcie powstawać
etaty. Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw zbliża się do 5 mln.

Jan Rutkowski z Banku Światowego uważa, że trudno kategorycznie rozstrzygnąć,
na ile spadkowi bezrobocia pomaga emigracja.

- Wyjeżdżają głównie osoby mobilne, przedsiębiorcze i wykwalifikowane, które w
Polsce miałyby szanse na znalezienie pracy - podkreśla. Problem polskiego
bezrobocia tkwi w aktywizacji osób, które są bierne, nisko wykwalifikowane, a
przede wszystkim długotrwale bezrobotne. Tych ostatnich (bez pracy powyżej 12
miesięcy) jest 1,8 mln, spośród 2,5 mln osób zarejestrowanych w urzędach pracy.

Ilu wyjechało

Trudno oszacować, ile osób wyjechało do pracy za granicę. Waldemar Kuczyński z
Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu mówi GP, że szacunki mówiące, iż z Polski
wyemigrowało od maja 2004 roku 2 mln osób, są kompletnym nieporozumieniem.

- To orientacyjna liczba osób zamierzających opuścić Polskę w poszukiwaniu
pracy, które mogą to robić kilkakrotnie w ciągu roku, powiększona o tych,
którzy zalegalizowali pracę na czarno - zauważa. Jego zdaniem szacunki te nie
uwzględniają, że część osób wraca do Polski, a nie wszyscy spośród tych,
którzy starają się o pozwolenie na pracę, z nich korzystają. Biorąc pod uwagę
dane GUS, Waldemar Kuczyński uważa, że z Polski wyjechało około 200 tys. osób.

Szacunki o wyjeździe z Polski 2 mln osób obarczone są też błędem, gdyż
uwzględniają osoby, które pracowały w krajach UE przed naszą akcesją.

Doktor Michał Boni, ekspert rynku pracy, ocenia, że pracę w UE może wykonywać
obecnie rocznie około 1,2 mln Polaków. Biorąc pod uwagę tych, którzy pracowali
przed przystąpieniem do Unii (legalnie i nielegalnie około 600 tys. osób) do
pracy może wyjeżdżać rocznie dodatkowo około 600 tys. osób. Fakt podjęcia
przez nich pracy nie oznacza, że wszyscy na stałe zostają za granicą.

Eksperci zgadzają się, że liczba emigrujących za pracą może rosnąć. Ci, którzy
urządzą się za granicą, będą ściągać następnych, a rynki otwierają kolejne kraje.

Bezcenne doświadczenia

Wyjazdy Polaków za granicę mają wiele pozytywnych aspektów. Osoby emigrujące
poznają świat, uczą się języków, zdobywają nowe kwalifikacje, wiedzę i
doświadczenie. To cenny kapitał. Jan Czarzasty zwraca uwagę na edukacyjny
charakter wyjazdów. Zastrzega, że korzyści są potencjalne i uwidocznią się,
gdy emigranci wrócą do kraju.

Najmłodsi, wkraczający na rynek pracy, znajdując zatrudnienie za granicą,
przystosowują się do wymagań tego rynku, nabywają umiejętności poszukiwania i
utrzymywania pracy. Tym samym zmniejsza się zagrożenie ich trwałego bezrobocia.

Wyjeżdżający pracownicy mają też szanse nauczyć się nowoczesnych metod
zarządzania zasobami ludzkimi, które promują indywidualne zasługi i doceniają
zaangażowanie pracownika.

Ważne jest też to, że emigranci oszczędzają. Część pieniędzy przesyłają do
Polski, a pozostałe mogą zainwestować w kraju.

Mniej na emerytury

Jeśli Polacy nie zdecydują się na powrót do kraju, nasza gospodarka poniesie
stratę. Doktor Ewa Lisowska wskazuje, że wyjeżdżają na ogół ludzie
wykwalifikowani, bardzo często z wyższym wykształceniem. Odbija się to
niekorzystnie na polskim rynku pracy. Na drenaż kapitału ludzkiego zwraca też
uwagę Jan Czarzasty. Jego zdaniem wyjazdy dobrze wykształconych i
przedsiębiorczych osób to dla gospodarki wymierne straty, gdyż nie odzyska ona
nakładów poniesionych na ich edukację.

- Często są one bardzo wysokie, jak np. w przypadku lekarzy - podkreśla.

Masowe wyjazdy mogą też powodować presję na wyższe zarobki. Gdy zacznie
brakować specjalistów, firmy, chcąc zatrzymać ich u siebie, będą podnosić pensje.

Negatywnym aspektem tego zjawiska będzie obniżenie konkurencyjności naszej
gospodarki. Polska przyciąga zagraniczne inwestycje niskimi kosztami pracy.
Jednak z drugiej strony zwiększy się siła nabywcza Polaków, a wzrost pensji
może hamować emigrację i przyczyniać się do powrotu emigrantów do kraju.

Jeśli będą wyjeżdżać na stałe ludzie młodzi, pogorszy się nasza sytuacja
demograficzna. I to podwójnie. Osoby te nie będą żyć i pracować w Polsce, a
ponadto ich dzieci też nie będą naszymi obywatelami. Gdy wyjeżdżające osoby
pozostaną na emigracji, mogą w przyszłości pojawić się kłopoty z
wypłacalnością systemu emerytalnego, zwłaszcza że coraz gorsza jest i będzie
relacja osób w wieku produkcyjnym do tych, którzy nie pracują ze względu na wiek.

Do powrotu zachęcą reformy

Eksperci zgodnie zauważają, że najlepiej byłoby, gdyby wyjeżdżający Polacy
wrócili.

Zależy to od tego, czy Polska będzie się rozwijać i stworzy im perspektywy
lepszego życia. A do tego konieczne jest przeprowadzenie reform.

Zdaniem Henryka Michałowicza, żeby proces emigracji nie przybierał na sile i
aby zachęcić Polaków do powrotu, trzeba stwarzać warunki sprzyjające rozwojowi
gospodarczemu i prowadzeniu działalności gospodarczej. Trzeba więc m.in.
obniżać pozapłacowe koszty pracy, by pracownicy więcej zarabiali, a pracodawcy
mieli większą motywację do tworzenia miejsc pracy. Doktor Ewa Lisowska zwraca
uwagę, że nie można oczekiwać zahamowania fali emigracji bez zwiększania
dochodu Polaków.

- Płace netto muszą być wyższe. Trzeba obniżyć opodatkowanie pracy - zauważa.

Waldemar Kuczyński podkreśla, że Polaków do powrotu nie skłonią żadne zachęty
administracyjne, ale rozwój kraju. Jego zdaniem, jeśli będą warunki do
prowadzenia firm, wzrosną pensje, zmaleją obciążenia nakładane na pracę, firmy
będą miały warunki do rozwoju, to Polacy, podobnie jak w latach 90.
Irlandczycy, będą wracać.

Mimo to nieuniknione jest też przygotowanie się Polski na przyjęcie osób do
pracy zza naszej wschodniej granicy.

Bartosz Marczuk
Obserwuj wątek
    • bolko_turan Ustrzel Polaka 13.07.06, 11:31
      Ustrzel Polaka

      wiadomosci.onet.pl/1346712,2678,1,kioskart.html

      Polacy pracujący w brytyjskich hipermarketach mają problemy z lokalnymi
      nastolatkami, które upodobały sobie grę "ustrzel Polaka"
      Jak powiedział jeden ze współczesnych polskich filozofów: „Życie przeciętnego
      Polaka nie jest łatwe, jest jednak z pewnością ciekawe”. Myśl ową szczególnie
      można odnieść do licznej rzeszy naszych rodaków zamieszkałych poza ojczystymi
      granicami...

      Media niemieckie z niechlubnie osławionym ostatnio „Tageszeitung”, który
      określił prezydenta Kaczyńskiego jako „gałgana” i „kartofla”, naigrywają się z
      Polaków. W USA w związku z najnowszą książką Jana Tomasza Grossa na nowo modne
      jest określanie Polaka antysemitą, tam też w publicznym obiegu wciąż krążą
      kawały o Polakach, natomiast Francuzi nadal obawiają się „polskiego hydraulika”,
      aktywnie walcząc z dostępem Polaków do miejscowego rynku pracy. Przykładów
      negatywnego podejścia do Polaków jest z pewnością wiele i można by je mnożyć.
      Niestety, w Wielkiej Brytanii, w międzynarodowym tyglu, Polacy także narażeni są
      na mniej lub bardziej szkodliwe szykany. Nawet ze strony brytyjskich
      nastolatków. Kto więc jest temu winien, my sami czy stereotyp stale
      upowszechniający się w postrzeganiu nas przez innych?

      Podrażnij Polaka

      Całkiem nieoczekiwany problem Polacy pracujący w jakimkolwiek hipermarkecie na
      terenie Wielkiej Brytanii mogą mieć lub już mają właśnie z brytyjskimi
      nastolatkami. O co chodzi? O grę. Jej angielska nazwa brzmi „Tease a Pole”,
      czyli w dosłownym tłumaczeniu „podrażnij Polaka”. Jej przedmiotem jest Polak
      (punkt za właściwe wytypowanie), który pracuje np. w Tesco. Dlaczego? - Bo
      zabiera pracę miejscowym. Bo ma śmieszny akcent i pochodzi z jakiegoś
      pieprzonego, zacofanego kraju. Bo pracuje za grosze. Bo się czerwieni, jak nie
      rozumie - mówi Krzysztof, pracujący w Tesco w Peterborough.

      Zasady gry

      Generalnie zabawa polega na tym, by zmusić menedżera, by przeprosił za polskiego
      pracownika. Kto to zrobi, ten wygrywa. Menedżer będzie się wił jak piskorz. Ale
      w końcu przeprosi. Klient nasz pan. - Oficjalnie niby nikt z Anglików nie wie,
      że chodzi o grę. Ot, kolejny upierdliwy klient - stwierdza Agnieszka, która z
      obawy o szykany w pracy chce zachować anonimowość. Przyjechała do Londynu pół
      roku temu, jej angielski, jak sama mówi, „jest w miarę dobry, ale tylko w
      miarę”. Dwa razy ona i jej koleżanka stały się już także „bohaterkami” gry. W
      obu przypadkach sytuacja była podobna. Do sklepu wchodzi grupa wyrostków. Jeden
      z nich podchodzi do wytypowanej osoby (punkt) i mówi szybko i głośno. Tak aby
      możliwie ekspedient nie zrozumiał, o co pyta.

      Efekt

      W obydwu przypadkach sprawa kończy się upomnieniem ze strony menedżera.
      Trzeciego razu ma już z kolei nie być... - Gdyby nie mój były menedżer z
      Tesco, który o tym opowiedział, w życiu bym się nie domyślił, że pryszczaty
      gówniarz któregoś wieczora właśnie na mnie zarobił pierwszy punkt (za właściwe
      wytypowanie Polaka). Drugi dostał za mówienie tak, żebym nie zrozumiał. Ale
      poległ, kiedy zaczął krzyczeć. Jakimś cudem bowiem zrozumiałem, że chodzi mu o
      chusteczki do nosa. Zanim postraszył menedżerem, pokazałem mu drogę... - dodaje
      Krzysztof z Peterborough.

      Powody

      Jedną z odpowiedzi, dlaczego akurat nasi rodacy są celem owej „gry”, jest z
      pewnością ogromny napływ Polaków na Wyspy Brytyjskie po wejściu do Unii
      Europejskiej, a co się z tym wiąże, obsadzanie Polaków na stanowiskach w
      hipermarketach, dotychczas zajmowanych przez innych, szczególnie w mniejszych
      miejscowościach takich jak np. Essex. - Byłem świadkiem takiej akcji. Chłopak
      dostał niezłą lekcję, bo szefostwo było dość cięte, a jego język był, oględnie
      mówiąc, nijaki. W efekcie został przeniesiony na zmianę nocną, gdzie nie musiał
      rozmawiać z klientami.

      Ze mną by to nie wyszło, jestem tu od wielu lat i swobodnie operuję językiem
      angielskim, ale nie mówię tego ze złośliwości. Po prostu Polacy często nie znają
      angielskiego, a lokalna społeczność odgrywa się w ten sposób za zajmowanie
      rzekomo „ich” miejsc pracy - mówi Mariusz Mroczko, były pracownik Tesco w Essex.

      Zależność

      Inną odpowiedzią na pytanie o to, dlaczego tak się dzieje, może być fakt, iż
      Polakom... po prostu zależy na pracy i każdy, nawet ktoś, kto potencjalnie nie
      nadaje się do danego zajęcia, stara się je wykonywać najlepiej, jak umie. Choćby
      mimo bariery językowej. Takiego podejścia do pracy nie mają z kolei częstokroć
      sami Brytyjczycy. - Nikogo z nas nie dziwiło, że daje się szanse Polakom, bo
      wydaje mi się, że jeden Polak lepiej pracuje niż trzech Angoli. Ale to moja
      opinia. Obecnie pracuję w hurtowni spożywczej i widzę to samo. Moi znajomi
      zresztą także - podkreśla Mariusz Mroczko.

      Pytanie zasadnicze

      Jeśli więc jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle? Mirosława Napieralska z
      zawodu psycholog, która chciałaby w przyszłości założyć punkt doradztwa i
      wsparcia dla Polaków, jest zdania, że „jest to problem mentalności”. Polacy
      wciąż jeszcze czują się bardzo zagubieni, wyjeżdżając za granicę. Potrzebują
      pewności siebie, czasu i oparcia, by móc w pełni funkcjonować na miejscowym
      rynku pracy. To z kolei jest tylko kwestią czasu” - mówi.

      Powyższe słowa dość trafnie wyjaśniają, dlaczego wciąż wielu z nas mimo nawet
      dłuższego tu pobytu wciąż nie może lub nie chce czuć się w Wielkiej Brytanii jak
      „u siebie”. Jednak z biegiem czasu ich sytuacja będzie się z pewnością zmieniać.
      Miejmy nadzieję, że właśnie na korzyść. Bez względu jednak na to, w jaki sposób
      i przez kogo będziemy w danym momencie postrzegani, warto przypomnieć słowa
      Wojciecha Młynarskiego" po prostu „Róbmy swoje...”.
    • bolko_turan Bezrobocie spada zbyt wolno 20.07.06, 10:16
      Bezrobocie spada zbyt wolno

      (Gazeta Prawna/20.07.2006, godz. 05:00)

      biznes.onet.pl/5,1348086,prasa.html

      Na przełomie września i października 700 tysięcy absolwentów szkół zacznie
      szukać pracy. Nawet 300 tysięcy z nich może wyruszyć na poszukiwanie pracy za
      granicą. Jednocyfrową, wynoszącą 9,5 proc., stopę bezrobocia osiągniemy w 2015 roku.

      Na przełomie września i października zajęcia zacznie szukać 700 tys.
      tegorocznych absolwentów różnego rodzaju szkół. Oznacza to, że stopa bezrobocia,
      która od lutego do czerwca spadła z 18 do 16 proc., wyraźnie wzrośnie. Pewnie
      jednak nie na długo, bo część młodzieży szybko ruszy w poszukiwaniu pracy za
      granicę.

      Spadek nie tylko sezonowy

      Od lutego do czerwca tego roku liczba bezrobotnych zmniejszyła się o 337 tys.
      osób. Spadek ten miał w znacznym stopniu charakter sezonowy. Był możliwy dzięki
      pojawiającym się wraz z nadejściem wiosny miejscom pracy w rolnictwie i
      budownictwie. W ostatnich latach między lutym a czerwcem liczba bezrobotnych
      zmniejsza się o ok. 200 tys. i zapewne tyle samo osób znalazło tam zajęcie
      również w tym sezonie.

      Pewna część tegorocznego spadku liczby osób pozostających bez zatrudnienia to
      również zasługa tworzenia nowych miejsc pracy w szybko rozwijającej się
      gospodarce. Ale decydujące znaczenie miały jednak wyjazdy zagraniczne. Szukać
      zajęcia jadą zarówno ci, którzy nie mogą go znaleźć w Polsce, jak i osoby
      skuszone wyższymi zarobkami w Irlandii czy Wielkiej Brytanii. Na ich miejsce
      pracodawcy zatrudniają innych pracowników, co również korzystnie wpływa na nasz
      rynek pracy.

      Wyjazdy zagraniczne wyraźnie ograniczają nasze bezrobocie od przystąpienia
      Polski do Unii Europejskiej. Od maja 2004 r. swoje rynki pracy otworzyły dla nas
      Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja. I jeszcze w tym samym roku dał się zauważyć
      spadek liczby bezrobotnych - w końcu roku było ich o 176 tys. mniej niż w końcu
      2003 r. W roku następnym liczba bezrobotnych spadła o 227 tys. W rzeczywistości
      Polaków za granicą pracuje znacznie więcej, bo oficjalne dane o bezrobociu nie
      oddają skali wyjazdów. Według różnych szacunków, z Polski wyjachło za pracą 1-2
      mln osób. I ciągle wyjeżdżają kolejne. Sprzyja temu otwieranie rynków pracy
      przez kolejne kraje UE: w kwietniu tego roku uczyniły to: Finlandia, Grecja,
      Hiszpania i Portugalia.

      Z wyliczeń GP wynika, że gdyby z zagranicy nagle powróciło milion pracujących
      tam Polaków i wszyscy zarejestrowaliby się w urzędach pracy, to stopa bezrobocia
      wyniosłaby nie 16 proc., ale 21,7 proc.

      Powrót z wakacji

      Taki masowy powrót oczywiście jest niemożliwy, ale po wakacjach będziemy mieli
      do czynienia z innym niekorzystnym dla statystyk bezrobocia zjawiskiem. Pracy
      zacznie bowiem szukać 700 tys. młodych ludzi: 400 tysięcy absolwentów wyższych
      uczelni, 80 tys. osób ze świadectwami 2-3-letnich szkół zawodowych, 26 tysięcy
      osób z dyplomami policealnych szkół zawodowych oraz około 190 tys. techników i
      absolwentów liceów.

      Jakie mają perspektywy? Gospodarka w ciągu roku może zaoferować im ok. 400 tys.
      miejsc pracy. Połowa będą to miejsca nowe. W zeszłym roku, przy wzroście PKB o
      3,4 proc., nadwyżka pomiędzy likwidowanymi i tworzonymi etatami wyniosła ok. 150
      tys. W tym roku wzrost gospodarczy wyniesie ok. 5 proc., można więc szacować, że
      nowych miejsc pracy pojawi się o 50 tys. więcej. Równocześnie około 200 tysięcy
      osób przejdzie w tym roku na emeryturę. Ale nie wszystkie miejsca po emerytach
      zostaną obsadzone, bo jak zwykle jakaś część etatów zostanie zlikwidowana. Dla
      tegorocznych absolwentów zabraknie więc grubo ponad 300 tys. miejsc pracy.

      Zaplanowane wyjazdy

      Jednak, jak uważają eksperci, nie przełoży się to na proporcjonalny wzrost stopy
      bezrobocia.

      - Uważam, że około 300 tysięcy młodych osób wyjedzie za granicę, gdzie łatwiej
      rozpocząć dorosłe życie. Te osoby przygotowywały się do wyjazdu, bo jak pokazała
      tegoroczna matura, najlepiej wyszedł im egzamin z języków obcych - mówi prof.
      Janusz Czapiński z Uniwersytetu Warszawskiego.

      Jego zdaniem jeszcze przez wiele lat dużo młodych Polaków będzie wyjeżdżać za
      granicę. Exodus ten będzie trwał do momentu, w którym wyrównają się warunki
      życia w Polsce z tymi na Zachodzie.

      - Dopóki stawka godzinowa w Polsce będzie dwukrotnie niższa niż na przykład we
      Francji, osoby bardziej zaradne będą wyjeżdżać z naszego kraju. Coraz mniej jest
      takich ludzi, którzy zrezygnowaliby z lepszego życia, bo przed wyjazdem
      powstrzymywałyby ich kotwice kulturowe, na przykład polskie krajobrazy z
      bocianami - ocenia Janusz Czapiński.

      Dodaje, że bezrobocie będzie w Polsce długo wysokie, ponieważ dużo jest osób o
      niskich kwalifikacjach.

      Według badań aktywności ekonomicznej ludności prowadzonych przez GUS najwyższy
      odsetek bezrobotnych występuje wśród osób bez przygotowania zawodowego i o
      najniższym poziomie wykształcenia.

      Pomoże niż demograficzny

      - Stopa bezrobocia mogłaby się znacznie obniżyć nawet bez specjalnie wysokiego
      tempa wzrostu gospodarczego, choć ten oczywiście sprzyja wzrostowi zatrudnienia
      - mówi prof. Marek Góra ze Szkoły Głównej Handlowej. Jego zdaniem mogłoby
      powstawać więcej miejsc pracy, ale należałoby wcześniej wprowadzić wiele zmian.

      - Trzeba przede wszystkim obniżyć wszelkiego rodzaju obciążenia, które na pracy
      wiszą - podkreśla prof. Marek Góra. Obecnie blisko połowę wynagrodzenia
      obciążają różnego rodzaju składki (m.in. emerytalne, rentowe, zdrowotne).

      - W Polsce trzeba zmniejszyć skalę, a przede wszystkim dostępność do transferów
      i zasiłków socjalnych, które pozwalają żyć ze źródeł innych niż praca. Będzie
      można wtedy zostawić w kieszeni więcej tym, którzy pracują. A wtedy motywacja do
      wyjazdów w świat za lepszym życiem zmniejszy się wyraźnie - akcentuje prof.
      Marek Góra. Dodaje, że sporo osób wyjeżdża z Polski nie dlatego, że nie da się
      tu zarobić, ale dlatego, że chcą żyć i pracować w normalnych warunkach, tam
      gdzie rzeczy proste są proste, a zastanowienia wymagają tylko sprawy skomplikowane.

      W Polsce mamy rekordowo wysoką stopę bezrobocia w porównaniu z innymi krajami
      Unii Europejskiej. A dojście do wskaźnika jednocyfrowego nie nastąpi szybko.
      Według wstępnie przyjętej przez rząd "Strategii rozwoju kraju 2007-2015" stopę
      bezrobocia w wysokości 9,5 proc. osiągniemy dopiero w 2015 r. W ocenie prof.
      Janusza Czapińskiego jest to realistyczna prognoza. Jej realizacji pomoże
      zbliżający się niż demograficzny.

      - Już niedługo, bo w 2010 r., będziemy mieli tylko 360 tysięcy osób w wieku 19
      lat, a na przykład w 1995 r. było ich 650 tysięcy - zaznacza Janusz Czapiński. W
      2015 r. przy utrzymujących się wyjazdach zagranicznych w latach poprzednich może
      się okazać, że w Polsce zacznie brakować młodych ludzi do pracy, i to nie tylko
      specjalistów.

      Janusz K. Kowalski
    • ignorant11 Wyjazd czy walka? 21.07.06, 02:05
      Sława!

      www.nowe-panstwo.pl/
      Korzyści płynące z emigracji można dostrzec dopiero w dłuższej perspektywie.
      Przykładów na to dostarczają dzieje emigracji innych krajów, choćby Chin czy
      Irlandii, których gospodarki zyskały dzięki powracającym bogatym obywatelom,
      inwestującym swoje gdzie indziej zarobione pieniądze na własnym podwórku.
      Zdrowy rozsądek podpowiada więc, że emigracji Polaków należy się uważnie
      przyjrzeć i wykorzystać jej pozytywny potencjał.


      Czy Polacy wyjeżdżający masowo za granicę w poszukiwaniu pracy są ambitnymi
      ludźmi bez możliwości? Czy tylko uwierzyli w mit dobrobytu i wyższego standardu
      cywilizacyjnego w Europie Zachodniej, co sprawia, że w Polsce czują się bez
      szans? Sam zwrot "w poszukiwaniu pracy" sugeruje, że leży tam ona na ulicy,
      podczas gdy u nas pracę można "wychodzić" albo "załatwić" z wielkim trudem.

      Suche dane statystyczne mówią, że tysiąc dwustu imigrantów zarobkowych z Polski
      znalazło pracę w stolicy Szkocji. Polacy są najszybciej rosnącą liczebnie
      mniejszością etniczną Edynburga. Przyjechało ich tam więcej niż
      Australijczyków, Hiszpanów i Irlandczyków razem wziętych. Dla niektórych dane
      te brzmią optymistycznie. Tymczasem wielu przybyszów nie radzi sobie na
      szkockim rynku pracy. Polacy zajmują około połowy miejsc w jedynym w mieście
      całodobowym przytułku dla bezdomnych "Cowgate Centre". Sąsiedni ośrodek "The
      Ark", który nie zapewnia noclegu i jest otwarty tylko przez kilka godzin
      dziennie, od początku roku odnotował 50-procentowy wzrost liczby Polaków
      korzystających z jego usług i są oni najliczniej reprezentowaną nacją.
      Kierownictwo placówki zostało zmuszone do zatrudnienia tłumacza z języka
      polskiego na angielski do pomocy przy pisaniu podań o pracę. Dzieje się tak,
      mimo że są to na ogół ludzie wykwalifikowani i chętni do pracy, którzy jednak
      nie dają sobie rady na rynku. Rośnie także liczba Polaków szukających pomocy w
      organizacjach polonijnych.

      Ta informacja nie jest produktem propagandy polskiego Ministerstwa Pracy, ale
      fragmentem komunikatu PAP z maja tego roku. Gdy słyszymy: "tysiące osób
      wyjechało do pracy za granicą", każdy wyobraża sobie, że wspomniane tysiące
      pracują, i to za sowite wynagrodzenie. Tymczasem "na saksach" bywa tak samo jak
      w Polsce: raz lepiej, raz gorzej. Rynek pracy za granicą nie jest eldorado i
      też ma swoje wady. Zdarzają się nadużycia pracodawców, którzy płacą mniej niż
      obiecali, a i kupić za swoją pensję w kraju, w którym się zarabia, nie można
      tyle, ile by się chciało. Imigranci przechodzą często przyspieszony kurs
      ekonomii i dowiadują się, że w praktyce nie chodzi o grubość portfela, tylko o
      siłę nabywczą pieniądza. W pewnym sensie sytuacja się normalizuje. Pracownicy
      zaczynają uczyć się tego, że analogiczne zasady obowiązują w każdym względnie
      wolnym od ingerencji państwa systemie gospodarczym.

      Pojawiają się te same problemy, co i w Polsce. Kiedy szuka się pracy, nie
      zawsze się ją znajduje. Jeśli się nie ma odpowiedniego wykształcenia bądź
      umiejętności potrzebnych na danym rynku, dużo się nie zyskuje. Zaczyna liczyć
      się też inicjatywa. Ci, którzy będą się bardziej starać i okażą się bardziej
      pomysłowi, szybciej i lepiej sobie poradzą. Dostaną pracę, założą własną firmę.
      Nie dotyczy to wyłącznie imigrantów zarobkowych, ale tych, którzy migrują w
      ogóle. Zmiana środowiska to szkoła życia i kształcenie umiejętności oględnie
      zwanej "zaradnością". Mobilność zmusza do racjonalizacji działań,
      odpowiedzialności za siebie. Zapewne sytuacja opisywana w komunikacie PAP może
      być ilustracją konsekwencji radykalnej terapii, jaką jest otwarcie rynku pracy.
      Prawda jest brutalna: poradzą sobie najsilniejsi. O innych trzeba będzie zadbać
      w imię solidarności z bliźnimi. Ale nie znaczy to, że takiej bezradności nie
      można przeciwdziałać. Wystarczy, by w systemie edukacyjnym stopniowo
      przyzwyczajać kolejne pokolenia do coraz większej mobilności. Nie po to, żeby
      łatwiej im było wyjeżdżać i mieszkać gdzie indziej, ale dlatego, aby wyrobić w
      nich nawyk samodzielności i odpowiedzialności. Aby wyjeżdżali i wracali, a po
      powrocie uruchamiali własne inicjatywy.

      Jeśli pomyśleć o tysiącach Polaków szukających pracy w krajach Europy
      Zachodniej po naszym wejściu do Unii i wskaźnikach bezrobocia w Polsce, które
      utrzymują się na względnie tym samym poziomie, to zastanawia, skąd się biorą
      owe tysiące. Przecież nie spośród bezrobotnych. Otóż przemieszczają się ludzie,
      którzy mają u nas pracę, w tym i ci lepiej wykształceni. O ile skala wyjazdów
      osób nisko wykwalifikowanych ma niewielkie znaczenie dla konkurencyjności
      Polski, o tyle wyjazdy osób wykształconych nie mogą być dla naszego kraju
      obojętne.

      Nie ma drenażu mózgów?

      Nie można ograniczać wolności indywidualnych wyborów ludzi, którzy chcą
      mieszkać gdzie indziej. Jednym z pragnień Polaka uwięzionego przez blisko
      pięćdziesiąt lat we własnym kraju była możliwość swobodnego podróżowania po
      Europie. A także studiowania i pewnie też podjęcia pracy. To wspaniałe, że
      możemy w końcu wyjeżdżać. Jeśli jednak mamy do czynienia z emigracją na dużą
      skalę najlepszych fachowców, podczas gdy do Polski przyjeżdża do pracy niewiele
      osób z wyższym wykształceniem, staje się to problemem.



      Zgodnie z wynikami Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL)
      przeprowadzonego przez GUS w IV kwartale 2005 roku, poza Polską dłużej niż dwa
      miesiące przebywało ponad 420 tysięcy osób. Wśród nich 15 procent miało
      wykształcenie wyższe, czyli więcej niż średnia w polskiej populacji, która
      wynosi 10,2 procent.

      W wyjazdach specjalistów wykształconych w Polsce (najczęściej po studiach w
      szkołach państwowych, a zatem sfinansowanych z naszych podatków) niektórzy
      widzą zagrożenie "drenażu mózgów". Co, jeśli będą wyjeżdżać masowo? Czy czeka
      nas stopniowe pogarszanie się jakości usług, na przykład medycznych, poziomu
      kształcenia? Wydaje się to mało prawdopodobne. Gospodarka rozwija się jak gdyby
      nigdy nic, powstają nowe firmy, zagraniczni producenci przenoszą produkcję do
      Polski i znacząco zwiększają wskaźniki eksportu naszego kraju, co powoduje
      wzrost zapotrzebowania na fachowców i usługi powiązane z rynkiem pracy. Każda z
      gospodarek unijnych doświadcza tego zjawiska: przypływów i odpływów wysoko
      wykwalifikowanych pracowników. Z Austrii do Niemiec, z Niemiec do USA, z USA do
      Japonii. Najlepsi wybierają takie miejsca pracy, gdzie oferuje im się najlepsze
      warunki wynagrodzenia i rozwoju. Pytanie jest więc o to, jak doprowadzić do
      tego, żeby do Polski przyjeżdżali najlepsi, a nie, jak zapobiegać "drenażowi
      mózgów".

      Z pewnością można to osiągnąć dzięki uproszczeniu, ujednoliceniu, ale i
      obniżeniu obciążeń pracy w Polsce. Lecz to nie wystarczy, bo na efekty trzeba
      będzie czekać długo. Zapewne pozytywną rolę może tu odegrać zwiększenie
      nakładów na szkolnictwo wyższe i dopuszczenie większej liczby studentów z
      zagranicy. Warto także aktywniej wykorzystać sieć polskich i polonijnych
      placówek za granicą, by nawiązać z mieszkającymi tam Polakami więź kulturową.
      Stworzyć ofertę edukacyjną w języku polskim dla dzieci naszych emigrantów. Tak
      się bowiem zazwyczaj dzieje, że dzieci ambitnych rodziców same bywają równie
      ambitne. Zatem inwestujmy w ludzi.

      Tylko marnotrawienie mózgów

      Dzisiaj mamy w Polsce do czynienia z nadmiarem wysoko wykwalifikowanych osób,
      dla których problemem jest znalezienie odpowiedniego do poziomu posiadanych
      przez nich umiejętności zajęcia. Ich wyjazd i zdobycie doświadczenia za granicą
      może się przyczynić do zwiększenia własnego potencjału, który będą mogli
      efektywnie wykorzystać po powrocie. Chociaż trzeba przyznać, że większość
      młodych ludzi wyjeżdżających z Polski pracuje poniżej swoich kwalifikacji,
      ponieważ ich główną motywacją emigracyjną nie jest rozwój osobisty i kariera,
      lecz zdobycie środków
    • bolko_turan "Polscy niewolnicy" pracują nie tylko we Włoszech 21.07.06, 20:44
      "Polscy niewolnicy" pracują nie tylko we Włoszech
      TVN, ML /19:26

      wiadomosci.onet.pl/1359944,11,item.html

      "Nigdy w życiu nikt mnie tak nie poniżał. Wyzywali nas – do roboty, polskie
      bydło, bez przerwy f... off!"– mówi Polka, pracująca na plantacji truskawek w
      Anglii. Przypominające obozy pracy farmy są nie tylko we Włoszech - mówią
      reporterzy TVN.
      Okazuje się, że nie tylko we Włoszech istnieją plantacje, na których wyzyskuje
      się pracowników z obcych krajów.

      Reporterzy UWAGI! TVN pojechali do Brierley w Anglii, gdzie znajduje się
      plantacja truskawek firmy S&A Davies. O tym, co się tam dzieje opowiedzieli
      wcześniej Polacy, którzy już wrócili do kraju. Pośrednicy obiecywali im bardzo
      dobre warunki.

      Przed wyjazdem przyszli pracownicy musieli zapłacić pośrednikowi spore pieniądze.

      Na miejscu pracownicy są zmuszani do morderczej pracy. Na polu pod gołym niebem
      i w tunelach pod folią muszą praktycznie bez przerwy zbierać owoce.

      - W tunelu jest 50 stopni, ludzie mdleją, wynoszą ich na zewnątrz i leżą na
      trawie bez opieki – mówi Marta Homziuk, która obecnie pracuje na farmie. – Na
      polu wszyscy krzyczą. Nie mogłam się wyprostować, bo musiałam cały czas zbierać
      truskawki.

      Sumy, które Polacy dostają, często nie zgadzają się z tym, co zapisane zostało w
      umowie. Jedna z pracownic powinna dostać 155 funtów, a wypłacono jej tylko 30.

      Wyzyskiem Polaków na farmie S&A Davies zajęły się angielskie związki zawodowe.
      • ignorant11 Patologie... 21.07.06, 22:19
        Sława!

        .. były zawsze i pesyistycznie mysle,że będa do końca swiata.

        Rzecz w tym aby mniej ludzi dawało sie NATO nabierac...

        Forum Słowiańskie
        gg 1728585
    • bolko_turan Porzucają dzieci, bo jadą na saksy 24.07.06, 11:00
      Porzucają dzieci, bo jadą na saksy

      Agnieszka Czajkowska
      23-07-2006, ostatnia aktualizacja 23-07-2006 21:10

      miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,3503192.html

      Oddam córkę do domu dziecka. Wrócę po nią, jak tylko zarobię w Londynie - w
      ciągu pół roku do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej we Wrocławiu zgłosiło się
      kilka matek, które chciały porzucić własne dzieci
      Beata Rostocka, zastępca dyrektora MOPS-u do spraw opieki nad dziećmi i
      młodzieżą: - Odbieram telefony z pytaniem, czy weźmiemy dziecko "na
      przechowanie", bo rodzice wyjeżdżają za chlebem do Anglii, Irlandii, Szwecji.
      Jestem przerażona tym, co się dzieje.

      Wiosną do biura Rostockiej przyszła pielęgniarka, która pracuje w jednym z
      wrocławskich szpitali. Twierdziła, że nie ma z kim zostawić dzieci, a musi
      wyjechać na kilkumiesięczny kontrakt do Irlandii. Do tej pory jej półtoraroczną
      córką i dwuletnim synem zajmowała się opiekunka. - Chciała oddać je do domu
      dziecka. Nie rozumiała, że to bezduszne, straszne - opowiada Beata Rostocka.

      W domu małego dziecka przy Parkowej od kwietnia jest dwuletnia Ania. Matka
      zostawiła ją tylko na dwa miesiące bo - jak twierdziła - miała załatwioną pracę
      w Londynie. Obiecywała, że jak zarobi i spłaci długi, to po córkę wróci. - Od
      tamtej pory nawet nie zadzwoniła - opowiada Jolanta Dutkiewicz, dyrektorka domu
      dziecka. - Spodziewałam się tego, bo już wcześniej sąd zabrał tej kobiecie
      dwójkę starszych dzieci. Chciałam ratować najmłodsze i dlatego je przyjęłam.

      Również do wrocławskiego pogotowia opiekuńczego trafiło niedawno rodzeństwo,
      którego matka wyjechała do Włoch. - Też zapewniała, że jedzie tylko na tydzień
      po dokumenty - mówi Rostocka. - Słuch po niej zaginął. Odnaleźliśmy ojca dzieci
      i na szczęście zabrał je z pogotowia.

      Ale przepisy nie pozwalają dyrektorom domów dziecka (i pogotowi opiekuńczych)
      przyjmować dzieci, których rodzice wyjeżdżają na saksy. Nie pozwalają na to
      przepisy. Dlatego dom dziecka nie przyjął dzieci pielęgniarki.

      Beata Rostocka: - Żeby oddać własne dziecko do placówki, trzeba mieć poważne
      powody. Przepisy mówią, że możemy wziąć dzieci z interwencji, których zdrowie i
      bezpieczeństwo jest zagrożone. I w bardzo wyjątkowych sytuacjach, jak ciężka
      choroba rodziców, niezbędna operacja. Dom dziecka to nie przechowalnia!

      Katarzyna Korpolewska, psycholog: - Nie można ot, tak sobie, podrzucić dziecka
      do domu dziecka. Nawet najlepszy to specyficzna placówka. Pobyt w nim jest dla
      dziecka szokiem. Ono nie rozumie, że zostało zostawione tylko na jakiś czas.
      Myśli, że porzucono je na zawsze. Przeżywa dramat. Zwykle po takim incydencie
      już nigdy nie dochodzi do równowagi emocjonalnej.

      W sprawie porzuconej Ani w ośrodku na parkowej dom dziecka złożył w sądzie
      wniosek o pozbawienie matki władzy rodzicielskiej. - Jeśli sąd szybko podejmie
      decyzję, dziewczynka ma szansę na adopcję - tłumaczy Rostocka. - Jest ładna,
      zdrowa. Inaczej skazana będzie na dom dziecka.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka