Dodaj do ulubionych

Takich intelektualistów Polsce potrzeba !

21.05.07, 16:43

"PRL jako państwo miała wiele wad, ale nie zmienia to faktu, że była główną
siłą wyzwalającą ten kraj od komunizmu i imperialnej dominacji radzieckiej" -
twierdzi Bronisław Łagowski. Portret intelektualisty

Profesor Bronisław Łagowski, doskonale znany czytelnikom lewicowego
"Przeglądu", ale niezauważany na ogół na łamach "Gazety", jest - moim zdaniem
- najbystrzejszym analitykiem PRL, rozumiejącym tę formację lepiej niż ona
sama siebie zrozumiała. Jako były członek PZPR, który jednak ani przez chwilę
nie uważał się za komunistę, umie patrzeć na byłą "siłę przewodnią" od
wewnątrz i od zewnątrz zarazem, dzięki czemu to, co ma do powiedzenia, jest
dużo ciekawsze niż oskarżycielskie tyrady prawicowych antykomunistów.
Ciekawsze również od stereotypowych wynurzeń tej części tzw. postkomunistów,
która chce się przypodobać "obozowi postsolidarnościowemu".

Łagowski nie jest w żadnym wypadku bezwzględnym obrońcą PRL. W odróżnieniu od
wielu działaczy demokratycznej opozycji w młodości nie przeżył zafascynowania
rewolucyjną dynamiką stalinowskiego totalitaryzmu. Umiał w pełni docenić
"przełom październikowy", ale jasno widział wszystkie absurdy gospodarki
nakazowo-rozdzielczej i z entuzjazmem powitał powrót gospodarki rynkowej.
Zawsze był i pozostał liberalnym konserwatystą. Logika polaryzacji politycznej
w III RP umieściła go jednak w pobliżu lewicy. O prawicowości lub lewicowości
decydują bowiem, niestety, nie kryteria europejskie, ale miejsce zajęte w
sporze o PRL - Łagowski zaś walczył z demonizacją PRL. Sprzeciwiał się
stawianiu znaku równości między PRL a komunizmem, opowiadał się za ciągłością
państwową, wyszydzał moralizatorstwo "dekomunizatorów", bronił PRL-owskich
patriotów (w tym gen. Wojciecha Jaruzelskiego) przed jednostronnymi
potępieniami i małoduszną polityką "historycznego odwetu". Robił to i robi z
wyjątkową odwagą cywilną, której brak zarzucał Polakom Cyprian Kamil Norwid.

Nie mógł wpłynąć na dominujące trendy polityczne, ale stał się autorytetem dla
nonkonformistycznej mniejszości. Sądzę, że nadal cieszy się szacunkiem wielu
swych przeciwników na prawicy.

Swoistym paradoksem jest fakt, że myśliciel konserwatywny w sprawach
gospodarczych i obyczajowych może być jednocześnie autentycznym, a nie
koniunkturalnym jedynie sojusznikiem szeroko rozumianej lewicy. Jest tak
dlatego, że Łagowski opowiada się za konserwatyzmem racjonalistycznym
akceptującym dziedzictwo Oświecenia. Przeciwstawia się prawicowemu
radykalizmowi, narodowo-katolickiemu fundamentalizmowi i wszelkim odmianom
dyktatu zbiorowości nad jednostką.

70-lecie urodzin Łagowskiego uczczone zostało w Krakowie (13 kwietnia br.) na
prywatnym seminarium jubileuszowym poświęconym jego filozofii politycznej.
Prowadził je dr Paweł Kłoczowski. Prezydent Krakowa Jacek Majchrowski
odznaczył Jubilata medalem Krakowa. Dwa główne referaty - mój "Łagowskiego
zmagania z PRL" oraz dr. Piotra Bartuli "Politycznie nie-poprawny Profesor" -
koncentrowały się na sprawach uważanych za kontrowersyjne. Tym razem jednak
myśli do niedawna prowokacyjne wydawały się dość oczywiste i nie wywołały
niczyjego protestu. Zgoda, że zgromadzona publiczność składała się w dużej
mierze z uczniów Jubilata, ale z całą pewnością wiele z tych osób długo
dystansowało się od poglądów swego nauczyciela na PRL. Dziś natomiast dla
ludzi o poglądach umiarkowanych jedna sprawa przynajmniej staje się jasna: to,
że jednostronny, jednolicie czarny wizerunek PRL jest główną legitymizacją
radykalnej, awanturniczej prawicy, zaś umiar i rozsądek w polityce bieżącej
wymaga umiaru i rozsądku w ocenie niedawnej przeszłości.

PRL to nie komunizm

W zbiorze esejów "Co jest lepsze od prawdy?" (1986) Łagowski zarzucił
inteligencji skłonność do "zbiorowego solipsyzmu", czyli zamykania się we
własnym świecie i tracenia kontaktu z obiektywną rzeczywistością.
Przeciwstawił temu programowy racjonalizm i realizm odrzucający ujęcia
mitologizujące - zarówno pro-PRL-owskie, jak i anty-PRL-owskie.

Musiało to oznaczać realizm geopolityczny w duchu "neopozytywizmu" Stanisława
Stommy i Stefana Kisielewskiego. Ale nie tylko to! Łagowski nie tylko
uwzględniał układ sił w Europie i interesy potężnego wschodniego sąsiada.

Postulował przede wszystkim realistyczne postrzeganie PRL, czyli odrzucenie
okularów ideologicznych, jasne zdawanie sobie sprawy, że realna PRL nie jest
tożsama z rolą, którą wyznaczył jej Związek Radziecki.

PRL - pisał w "Szkicach antyspołecznych" (1997) - to nie tylko i nie tyle
szkodliwy i nienaturalny ustrój narzucony przez Moskwę. "Jeśli dokładnie
przyjrzymy się rzeczywistości, to przekonamy się, że PRL stanowił zespół
historycznie obiektywnych warunków, do których Polska musiała się
przystosować. Przystosowanie nie było bierne, przeciwnie, krok po kroku,
ewolucyjnie i organicznie, jak zaleca ideologia konserwatywna, komunizm był
osłabiany i wyjaławiany ze swoich najszkodliwszych treści".

Łagowski podkreślał "znaczenie i powagę tego samorzutnego procesu
dekomunizacji, jaki się w Polsce dokonał od roku 1956". Tę samą myśl
rozwinąłem obszernie w książce "Marksizm i skok do królestwa wolności" (1996),
co spotkało się z dość powszechnym w Polsce niezrozumieniem, a nawet
wyszydzaniem. Ale przecież tak właśnie było! Po przełomie październikowym
partia nie zdemokratyzowała się wprawdzie (czego oczekiwali niecierpliwi
"rewizjoniści"), ale znacznie ograniczyła zakres swej władzy, wycofała się z
nieznośnej kontroli nad życiem prywatnym, wstrzymała "ofensywę ideologiczną" i
ideologiczne programowanie kultury, nie mówiąc już o położeniu kresu terrorowi
i wycofaniu się z kolektywizacji rolnictwa. Totalitarna dynamika ustąpiła
miejsca "małej stabilizacji" pod władzą paternalistycznego autorytaryzmu.
Nawet partia rządząca bardzo szybko ulegać poczęła odideologicznieniu, bowiem
władza po 1956 r. stawiała na legitymizację narodową i doskonale wiedziała, że
może ją zdobyć tylko kosztem legitymizacji ideologicznej.

Łagowski świetnie to rozumiał i tylko dlatego mógł wstąpić do partii. Pisał o
tym: "Ze wszystkich partii rządzących w zasięgu Moskwy PZPR była najkrócej i
najpowierzchowniej dotknięta komunistycznymi wierzeniami" ("Liberalna
kontrrewolucja", 1994). Ilustrował to własnym przykładem: "Sam będąc członkiem
partii, oznajmiałem wielokrotnie w mowie i w piśmie, że jestem przeciwnikiem
moralizmu, komunizmu i gospodarki planowej, i nie czułem się z tego powodu w
środowisku partyjnym całkiem odosobnionym" ("Szkice antyspołeczne").

Zmiany te - odideologicznienie partii (a także minimalizacja ideologicznej
kontroli nad kulturą) oraz zawężenie zakresu władzy politycznej - nie zmieniły
wprawdzie ogólnych zasad ustroju państwa, ale mimo to zaowocowały skutkami,
które trudno przecenić. Olbrzymim uproszczeniem jest teza (lansowana także
przez "Gazetę") o natychmiastowym niemal "odwrocie od Października". Owszem,
partyjni rewizjoniści ponieśli porażkę, ale czy postulowana przez nich
"demokratyzacja" PZPR byłaby w ówczesnych warunkach bezpieczna dla Polski? Czy
nie lepszą osłonę dla "polskich odrębności" stwarzała władza już nie
totalitarna, ale jednak autorytarna, czyli zapewniająca ZSRR i innym
"sojusznikom" obronę podstawowych przynajmniej interesów całego "bloku"? Można
zasadnie twierdzić, że niepisany kontrakt Gomułki ze społeczeństwem polskim
nie obiecywał demokratyzacji partii i zaangażowania jej w walkę o jakiś inny,
lepszy model socjalizmu. Sprowadzał się on do rezygnacji z praktyk stalinizmu,
zabezpieczenia elementarnej wolności w sferze pozapolitycznej, zobowiązania
władzy do realizowania celów ogólnonarodowych kosztem celów wynikających z jej
ideologicznego rodowodu oraz, rzecz jasna, utrzymania i w miarę możliwości
powiększania ograniczonej suwerenności państwa, zdobytej w październiku '56.

Trzeba przyznać, że władze PRL starały się nie łamać tego kontraktu.
Angażowanie się w proklamowane przez Chruszczowa "przyspieszone
Obserwuj wątek
    • dobrowoj Re: Takich intelektualistów Polsce potrzeba ! 21.05.07, 16:44
      Trzeba przyznać, że władze PRL starały się nie łamać tego kontraktu. Angażowanie
      się w proklamowane przez Chruszczowa "przyspieszone budownictwo komunizmu" nie
      leżało w ich interesie. Starano się raczej uczynić drogę Polaków do komunizmu
      możliwie najdłuższą i w gruncie rzeczy nieprowadzącą do celu. Ten ewidentny brak
      komunistycznej gorliwości, połączony z biernym, ale bardzo silnym oporem materii
      społecznej, uczynił PRL krajem wyjątkowym w tzw. bloku wschodnim, postrzeganym
      przez sąsiadów jako oaza niemalże zachodniej wolności we wspólnej przestrzeni
      politycznej.

      Dla wielu dzisiejszych polityków jest to fakt niewygodny, a więc próbują mu
      zaprzeczyć. Żywi świadkowie tamtej epoki dzielą się przeważnie na osoby
      usiłujące dowieść, że wszystko, co dobre, działo się wbrew władzom, dzięki
      samorzutnej działalności opozycyjnego w gruncie rzeczy społeczeństwa, oraz
      takie, które uczciwie przyznają, że to i owo (np. autonomię wyższych uczelni lub
      umowy dotyczące kształcenia całej elity młodych uczonych polskich we Francji czy
      USA) zawdzięczaliśmy jednak reformistom z urzędu. Oryginalność Łagowskiego
      polega na uzupełnieniu tych poglądów (obu w jakiejś mierze trafnych) diagnozą
      trzecią. Przypisuje on główną rolę czynnikom państwowym, ale bez ryzykownego
      założenia, że ludzie rządzący PRL realizowali jakiś konsekwentny plan reform.
      Sądzi po prostu, że taką była logika polskiej państwowości wyzwolonej w 1956 r.
      od bezpośredniego podporządkowania hegemonowi. Każda odrębna, ale niesuwerenna
      państwowość - np. protektorat czy państwo wasalne - dąży do powiększenia swej
      autonomii, leży to bowiem w sposób oczywisty w interesie jej władz. Zabiegając o
      to, musi mieć legitymizację narodową, co w wypadku Polski było ewidentnie
      sprzeczne z odwoływaniem się do legitymizacji komunistycznej. Ten drugi typ
      legitymizacji stał się nadrzędny w czasach stalinizmu, ale suwerenizacja PRL w
      1956 r. uruchomiła proces odwrotny.

      Łagowski ujął to tak: „Polskie państwo po wojnie kształtowało się w warunkach od
      Polski niezależnych”. Do warunków tych „można się było albo przystosować, albo
      od nich zginąć. Te dwa rozstrzygające czynniki to radziecki imperializm i utopia
      komunistyczna. Imperium radzieckie wygrało wojnę (jedną z największych, mówiąc
      ostrożnie, w historii świata), ustaliło swą granicę na Łabie i w ten sposób
      Polska znalazła się w brzuchu wieloryba. (...) Historia PRL to proces
      stopniowego, ukrywanego wyzwalania się od tych dwóch sił. PRL była państwem,
      Hobbesowskim Lewiatanem. A Lewiatan, ów «śmiertelny bóg », ma taką naturę, że
      nie znosi zależności od czegoś zewnętrznego. (...). PRL jako państwo miała wiele
      wad, ale nie zmienia to faktu, że była główną siłą wyzwalającą ten kraj od
      komunizmu i imperialnej dominacji radzieckiej” („Szkice antyspołeczne”wink.

      Dramat "Solidarności"

      Łagowski nie poprzestał na krytyce demonizacji PRL przez spóźnionych
      antykomunistów. Stworzył również prostą, ale bardzo sugestywną teorię
      wyjaśniającą zarówno fenomen PRL, jak i fenomen "Solidarności". Wyłożył ją w
      znakomitym, choć wyjątkowo kontrowersyjnym wykładzie "Filozofia rewolucji czy
      filozofia państwa?", wygłoszonym na UJ z okazji święta 1 maja 1982 r.

      "Obecne państwo polskie - dowodził - odwołuje się do dwóch tradycji:
      tysiącletniej tradycji bytu politycznego Polski oraz do tradycji rewolucyjnego
      ruchu robotniczego". Po II wojnie światowej państwowość polska mogła się
      odrodzić tylko w oparciu o tę drugą tradycję. Początkowo wprawdzie maskowano to,
      ale po rozgromieniu w 1948 r. tzw. odchylenia nacjonalistycznego w PPR tradycja
      ruchu robotniczego stała się oficjalnie proklamowaną doktryną. Za wszelką cenę
      starano się jednak podkreślić, że nie wyklucza ona legitymizacji narodowej, bez
      której Polska Ludowa nie mogłaby uchodzić w oczach obywateli za państwo polskie,
      własne. Po przełomie październikowym legitymizm narodowy zdobył pozycję
      jednoznacznie nadrzędną.

      Rewolucyjna, robotnicza legitymizacja ustroju nie zniknęła jednak jak kamfora.
      Socjalistyczna obietnica uczynienia klasy robotniczej gospodarzem i właścicielem
      państwa żyła w świadomości załóg wielkoprzemysłowych coraz silniej
      odczuwających, że realnie istniejące państwo zdradza i oszukuje robotników.
      W ten sposób zrodziła się rewolucja solidarnościowa. Mimo przywoływania symboli
      narodowych i bogoojczyźnianej retoryki była ona w istocie żywiołowo
      socjalistycznym ruchem mas, napędzanym przez "elementarne, prymarne pragnienie
      równości". Łagowski odziera ten ruch z wszelkiej mitologii. Prawdą jest - pisze
      - że masy pragnęły także wolności, ale w praktyce nie tolerowały wolności
      ekonomicznej jako nieuchronnie zwiększającej nierówność społeczną. Wybierały np.
      system dystrybucji kartkowej, a więc mechanizm likwidujący wolność wyboru,
      rozszerzający zakres socjalistycznej "dyktatury nad potrzebami". Przez "wolność"
      rozumiały kolektywizm samorządowy oparty na wzajemnej kontroli, a więc głębiej
      wchodzący w życie prywatne jednostek niż państwo. Zwycięstwo tego ruchu,
      skądinąd niemożliwe w istniejącej sytuacji geopolitycznej, oznaczałoby
      wskrzeszenie komunistycznej utopii w wersji anarchizującej i prymitywnie
      egalitarnej, a zatem kolosalny krok wstecz - zniszczenie całego procesu budowy
      odideologicznionego państwa narodowego pod firmą PRL.

      Sympatie Łagowskiego były, rzecz jasna, sympatiami antykomunisty i państwowca.
      Jego wykład był lekko tylko zakamuflowanym apelem do wojskowych władz Polski,
      aby uwolniły się od resztek mitu "klasy robotniczej" i wykorzystały stan wojenny
      dla dokończenia procesu przekształcania PRL w nieideologiczne, autorytarne (ale
      praworządne) państwo narodowe.

      Rezultat analiz Łagowskiego może wydawać się głęboko paradoksalny - antykomunizm
      "Solidarności" okazuje się w gruncie rzeczy protestem przeciwko zdradzie
      obietnic komunizmu przez władze państwowe. Tym samym upaść musi mit
      "Solidarności" jako fundamentu nowej, niekomunistycznej Polski. Robotnicza
      "Solidarność" (którą odróżniać należy od jej inteligenckich doradców) okazuje
      się nie początkiem kapitalistycznej Polski, w której żyjemy, lecz raczej
      tragicznym zakończeniem historii PRL. Należy do tej historii jako klasyczna
      próba "powrotu do źródeł" - buntu robotników przeciwko realnie istniejącemu
      państwu w imię obietnic danych klasie robotniczej w oficjalnej ideologii tegoż
      państwa.

      Diagnozę tę potwierdziła zmiana ustroju, której koszty poniosła w pierwszym
      rzędzie właśnie klasa robotnicza.

      Również myśliciele najradykalniej dziś lewicowi, a w czasach "Solidarności"
      wspierający aspiracje robotnicze, podzielają diagnozę Łagowskiego (choć oceniają
      to inaczej), że "Solidarność" była ruchem żywiołowo-socjalistycznym i w tym
      sensie organicznym produktem PRL. Karol Modzelewski np. stwierdził wprost, że
      gdyby "Solidarności" nie złamał stan wojenny, to "w roku 1989 nie pozwoliłaby na
      plan Balcerowicza" ("Le Monde Diplomatique" z 10 grudnia 2006).

      Identyczny pogląd - aczkolwiek z pozycji symetrycznie przeciwstawnej
      Modzelewskiemu - wypowiedział Jarosław Kaczyński w rozmowie z Teresą Torańską:
      „Nawet gdybym nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiał tutaj rządzić, tobym z
      »Solidarnością « jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało.
      Ponieważ ten monstrualny ruch, ze względu na swój charakter i konstrukcję, także
      organizacyjną, do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów.
      Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje
      polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu, oraz był z samego założenia, w
      swoich intencjach, ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek
      pluralizm. Poza tym reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie
      nieprzystający do gospodarki wolnorynkowej. (...) Zapewniam cię, gdyby w 1989 r.
      »Solidarność « miała siłę z 1981 r., to w ogóle żadnego normalnego mechanizmu
      demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało
      • dobrowoj Re: Takich intelektualistów Polsce potrzeba ! 21.05.07, 16:46
        Zapewniam cię, gdyby w 1989 r. »Solidarność « miała siłę z 1981 r., to w ogóle
        żadnego normalnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”
        („My”, 1994).

        Łagowski od samego początku opowiadał się za transformacją kapitalistyczną, a
        więc przeciwko rewindykacjom robotniczym. Podobnie jak Mirosław Dzielski
        reprezentujący opcję liberalną w ramach opozycji, miał nadzieję, że PRL-owska
        władza we własnym interesie da się nakłonić do radykalnej reformy gospodarczej.

        Omylił się, przypuszczając, że rolę reformatora weźmie na siebie Jaruzelski.
        Generał nie dysponował odpowiednim kapitałem zaufania społecznego, aby mógł
        pozwolić sobie na krok tak ryzykowny. Zadania tego podjął się dopiero rząd
        Tadeusza Mazowieckiego (pod prezydenturą Jaruzelskiego) wyłoniony w wyniku
        czerwcowych wyborów 1989 r., umożliwionych przez porozumienia Okrągłego Stołu.
        Modzelewski słusznie przypomina jednak, że wielkoprzemysłowa klasa robotnicza
        nie stała się beneficjentem tych przemian.

        Mit podmiotowości społecznej

        Jeżeli tak właśnie było, czym tłumaczy się nienawiść dzisiejszych elit do PRL
        oraz ich zafascynowanie "Solidarnością"? Czym tłumaczy się taki oto przedziwny
        fakt: ludzie, którzy w 1989 r. bez najmniejszych skrupułów porzucili
        socjalistyczno-egalitarne ideały robotniczej "Solidarności" - dowodząc przy
        okazji, że wielkoprzemysłowa klasa robotnicza jest reliktem obalonego ustroju -
        pielęgnują jednocześnie mit "Solidarności" oraz traktują swe uczestnictwo w tym
        wielkim ruchu robotniczym jako najważniejsze, najwznioślej wyzwalające
        wydarzenie w swym życiu? I z drugiej strony: dlaczego "Solidarność" zgodziła się
        na rolę osłaniania reform kapitalistycznych przed protestami robotniczymi?
        Dlaczego przejawiła daleko idącą potulność wobec niekorzystnych dla niej przemian?

        Rozprawy Łagowskiego dają ciekawe wyjaśnienie tych świadomościowych zawikłań.
        Odrzuca on mianowicie pozytywne wartościowanie tzw. podmiotowości społecznej,
        dowodząc, że jest to kolektywistyczna iluzja. Prawdziwa podmiotowość może być
        tylko jednostkowa, tylko jednostka bowiem może być istotą odpowiedzialną.
        Ulegnięcie pokusie roztopienia się w ponadindywidualnej całości, nazywanej przez
        pokolenie "Solidarności" "podmiotowością społeczną", jest stanem hipnozy,
        abdykacją indywidualnego rozumu i sumienia przed zbiorowym emocjonalizmem.
        Warunkiem racjonalnego rozumienia własnych interesów, nie mówiąc już o
        niezależności sądu, jest przeto zdolność przeciwstawienia się wspólnotowemu
        konformizmowi.

        W warunkach polskich było to od dawna szczególnie trudne - okres zaborów wyniósł
        bowiem pozaracjonalne poczucie wspólnoty do roli głównego czynnika więzi
        narodowej, przyzwyczajając nas do ulegania dyktatowi najsilniej przeżywanych i
        najmniej kontrolowanych emocji. Typowymi przykładami takiego dyktatu były -
        wedle Łagowskiego - powstanie styczniowe, powstanie warszawskie i wreszcie
        "Solidarność" z lat 1980-81. We wszystkich tych przypadkach można zasadnie mówić
        o społecznych uwarunkowaniach wybieranych wartości, ale nie o racjonalnej
        kalkulacji interesów.

        W jednym ze swych esejów ("Rozczarowanie", 2004) napisał Łagowski, że "między
        obiektywną rzeczywistością a umysłem znajduje się symboliczna sfera
        interpretacji i ona decyduje, jak ludzie widzą fakty, w tym także swoje
        interesy". W tej właśnie sferze symbolicznej leżała tajemnica "społecznej
        podmiotowości", mającej łączyć różne siły społeczne w złudnym poczuciu narodowej
        jedności. Można zrozumieć, że poczucie ogólnonarodowej solidarności w walce ze
        zdemonizowanym przeciwnikiem było wspaniałym przeżyciem pokoleniowym, ale trudno
        zaprzeczyć, że jego emocjonalna intensywność zaowocowała sztucznym utrwaleniem
        "podziałów historycznych", blokadą naturalnego pluralizmu przez narzucanie
        słabszym stanowiska silniejszych, próbami narzucania społeczeństwu jednolitości
        światopoglądowej oraz nagminnym praktykowaniem szantażu moralnego wobec opornych.

        A przecież nowoczesne społeczeństwo polskie musi być pluralistyczne, wewnętrznie
        zróżnicowane, tolerancyjne wobec wszelkich mniejszości. Nowoczesny naród, w
        odróżnieniu od plemienia, musi być maksymalnie pojemny, wielotożsamościowy
        kulturowo, kultywujący różne odmiany narodowej pamięci. Nie może narzucać samemu
        sobie jednolitej, politycznie kreowanej "kolektywnej tożsamości".

        Zdaniem Łagowskiego - a także niżej podpisanego - jednym z warunków autentycznej
        i konsekwentnej demokracji liberalnej w Polsce jest bardziej obiektywna i
        wielostronna ocena PRL, uznanie, że takie czy inne różnice poglądów na ten okres
        nie mają prawa dzielić Polaków na dwa obozy - pełnowartościowych i
        niepełnowartościowych, których można osądzać z wyżyn moralnej wyższości. Adam
        Michnik miał rację, powtarzając, że fundamentem demokratycznej Polski nie może
        być "tożsamość antykomunistyczna".

        Mniej jednostronna ocena PRL polepszyłaby samopoczucie społeczne co najmniej
        połowy społeczeństwa, zredukowała przejawy nienawiści obce znacznej większości
        Polaków, ale wciąż nazbyt wybujałe jak na naród demokratyczny i chrześcijański.
        Przydałaby się również dla propagowanej dziś "afirmacji narodowej" -
        popaździernikowa Polska Ludowa różniła się bowiem na korzyść od innych krajów
        "realnego socjalizmu", pozytywnie oddziaływała swą kulturą na radziecką Rosję,
        Ukrainę i Litwę, a także NRD i inne KDL-e; mimo wszystkich swych niedoskonałości
        była państwem największej wolności w "bloku wschodnim" i najdalej posuniętej
        ewolucji od stalinowskiego totalitaryzmu do posttotalitarnego autorytaryzmu.
        Sprawiedliwość wymaga, aby każdemu oddać, co mu się należy. Oddajmy więc
        sprawiedliwość także patriotom PRL-u oraz zwykłym, uczciwym obywatelom tego
        państwa. Łagowski proponuje także, aby oddać sprawiedliwość Polsce Ludowej jako
        takiej - nie projektowi komunistycznemu, lecz państwowości najbardziej opornej
        wobec zadań "budownictwa komunizmu".

        Ukazała się właśnie nowa książka Łagowskiego "Duch i bezduszność III
        Rzeczypospolitej" (Universitas, Kraków 2007). Jest ona bardzo krytyczną oceną
        tego wszystkiego w klimacie politycznym III RP, co utorowało drogę dominującej
        dziś prawicy. Ale dlatego właśnie jest to książka, która w środowisku "Gazety"
        nie powinna pozostać niezauważona.

        *Prof. Andrzej Walicki - ur. 1930, historyk idei i politolog, członek PAN,
        emerytowany profesor Uniwersytetu Notre Dame w USA. Wydał m.in.: "Polskie
        zmagania z wolnością" (2000), "Idea narodu w polskiej myśli oświeceniowej"
        (2000), "Zarys myśli rosyjskiej od oświecenia do renesansu
        religijno-filozoficznego" (2005)

        www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4143420.html?as=1&ias=2&startsz=x
    • ignorant11 Duzo jeszcze takich "mysli" 21.05.07, 23:33
      Sława!


      "PRL jako państwo miała wiele wad, ale nie zmienia to faktu, że była główną
      siłą wyzwalającą ten kraj od komunizmu i imperialnej dominacji radzieckiej" -
      twierdzi Bronisław Łagowski. Portret intelektualisty


      Wiekszego kretyństwa jeszcze nie słyszałem...

      Dobrowoj! kontynuuj.., bo bijesz rekord za REKORDEM...

      Mam nadzieje,że jeszcze sporo takich kwiatków przeczytamy...
      smile))


      Forum Słowiańskie
      gg 1728585
      • dobrowoj Za trudne... 22.05.07, 00:22
        Bronisław Łagowski jest człowiekiem za mądrym dla co poniektórych
        zdziecinniałych i zgłupiałych Ignorantów... samozwańczych tuzów polskiej
        polityki wschodniej...
        Bronisław Łagowski jest człowiekiem za mądrym dla
        polskich mediów, a poza tym on w swoich tekstach ukazuje to zakłamanie jakie
        dominuje w polskim myśleniu o historii, narodzie i polityce. Już samo to
        sprawia, że jest on gościem niepożądanym w kraju gdzie cenzura ma się lepiej niż
        za komuny, mimo że jej podobno w Polsce nie ma.
        • wzwod_poranny Re: Za trudne... 23.05.07, 14:58
          Cenie Lagowskiego wlasnie za "swiezosc" spojrzenia na nasza historie, ta bliska
          szczegolnie. Nie zgadzam sie z nim w rozkladzie akcentow na niektorych
          kwestiach, m.in moralnych. Lagowski koncentruje sie na konserwatywnym pojeciu
          wladzy i jej sprawowaniu. Niestety ten prl schodzac ze sceny historii nie wiele
          dobrego po sobie pozostawil w dziedzinie kultury politycznej.
          (Co z reszta zdaje sie, Lagowski tez zauwazyl)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka