dobrowoj
21.05.07, 16:43
"PRL jako państwo miała wiele wad, ale nie zmienia to faktu, że była główną
siłą wyzwalającą ten kraj od komunizmu i imperialnej dominacji radzieckiej" -
twierdzi Bronisław Łagowski. Portret intelektualisty
Profesor Bronisław Łagowski, doskonale znany czytelnikom lewicowego
"Przeglądu", ale niezauważany na ogół na łamach "Gazety", jest - moim zdaniem
- najbystrzejszym analitykiem PRL, rozumiejącym tę formację lepiej niż ona
sama siebie zrozumiała. Jako były członek PZPR, który jednak ani przez chwilę
nie uważał się za komunistę, umie patrzeć na byłą "siłę przewodnią" od
wewnątrz i od zewnątrz zarazem, dzięki czemu to, co ma do powiedzenia, jest
dużo ciekawsze niż oskarżycielskie tyrady prawicowych antykomunistów.
Ciekawsze również od stereotypowych wynurzeń tej części tzw. postkomunistów,
która chce się przypodobać "obozowi postsolidarnościowemu".
Łagowski nie jest w żadnym wypadku bezwzględnym obrońcą PRL. W odróżnieniu od
wielu działaczy demokratycznej opozycji w młodości nie przeżył zafascynowania
rewolucyjną dynamiką stalinowskiego totalitaryzmu. Umiał w pełni docenić
"przełom październikowy", ale jasno widział wszystkie absurdy gospodarki
nakazowo-rozdzielczej i z entuzjazmem powitał powrót gospodarki rynkowej.
Zawsze był i pozostał liberalnym konserwatystą. Logika polaryzacji politycznej
w III RP umieściła go jednak w pobliżu lewicy. O prawicowości lub lewicowości
decydują bowiem, niestety, nie kryteria europejskie, ale miejsce zajęte w
sporze o PRL - Łagowski zaś walczył z demonizacją PRL. Sprzeciwiał się
stawianiu znaku równości między PRL a komunizmem, opowiadał się za ciągłością
państwową, wyszydzał moralizatorstwo "dekomunizatorów", bronił PRL-owskich
patriotów (w tym gen. Wojciecha Jaruzelskiego) przed jednostronnymi
potępieniami i małoduszną polityką "historycznego odwetu". Robił to i robi z
wyjątkową odwagą cywilną, której brak zarzucał Polakom Cyprian Kamil Norwid.
Nie mógł wpłynąć na dominujące trendy polityczne, ale stał się autorytetem dla
nonkonformistycznej mniejszości. Sądzę, że nadal cieszy się szacunkiem wielu
swych przeciwników na prawicy.
Swoistym paradoksem jest fakt, że myśliciel konserwatywny w sprawach
gospodarczych i obyczajowych może być jednocześnie autentycznym, a nie
koniunkturalnym jedynie sojusznikiem szeroko rozumianej lewicy. Jest tak
dlatego, że Łagowski opowiada się za konserwatyzmem racjonalistycznym
akceptującym dziedzictwo Oświecenia. Przeciwstawia się prawicowemu
radykalizmowi, narodowo-katolickiemu fundamentalizmowi i wszelkim odmianom
dyktatu zbiorowości nad jednostką.
70-lecie urodzin Łagowskiego uczczone zostało w Krakowie (13 kwietnia br.) na
prywatnym seminarium jubileuszowym poświęconym jego filozofii politycznej.
Prowadził je dr Paweł Kłoczowski. Prezydent Krakowa Jacek Majchrowski
odznaczył Jubilata medalem Krakowa. Dwa główne referaty - mój "Łagowskiego
zmagania z PRL" oraz dr. Piotra Bartuli "Politycznie nie-poprawny Profesor" -
koncentrowały się na sprawach uważanych za kontrowersyjne. Tym razem jednak
myśli do niedawna prowokacyjne wydawały się dość oczywiste i nie wywołały
niczyjego protestu. Zgoda, że zgromadzona publiczność składała się w dużej
mierze z uczniów Jubilata, ale z całą pewnością wiele z tych osób długo
dystansowało się od poglądów swego nauczyciela na PRL. Dziś natomiast dla
ludzi o poglądach umiarkowanych jedna sprawa przynajmniej staje się jasna: to,
że jednostronny, jednolicie czarny wizerunek PRL jest główną legitymizacją
radykalnej, awanturniczej prawicy, zaś umiar i rozsądek w polityce bieżącej
wymaga umiaru i rozsądku w ocenie niedawnej przeszłości.
PRL to nie komunizm
W zbiorze esejów "Co jest lepsze od prawdy?" (1986) Łagowski zarzucił
inteligencji skłonność do "zbiorowego solipsyzmu", czyli zamykania się we
własnym świecie i tracenia kontaktu z obiektywną rzeczywistością.
Przeciwstawił temu programowy racjonalizm i realizm odrzucający ujęcia
mitologizujące - zarówno pro-PRL-owskie, jak i anty-PRL-owskie.
Musiało to oznaczać realizm geopolityczny w duchu "neopozytywizmu" Stanisława
Stommy i Stefana Kisielewskiego. Ale nie tylko to! Łagowski nie tylko
uwzględniał układ sił w Europie i interesy potężnego wschodniego sąsiada.
Postulował przede wszystkim realistyczne postrzeganie PRL, czyli odrzucenie
okularów ideologicznych, jasne zdawanie sobie sprawy, że realna PRL nie jest
tożsama z rolą, którą wyznaczył jej Związek Radziecki.
PRL - pisał w "Szkicach antyspołecznych" (1997) - to nie tylko i nie tyle
szkodliwy i nienaturalny ustrój narzucony przez Moskwę. "Jeśli dokładnie
przyjrzymy się rzeczywistości, to przekonamy się, że PRL stanowił zespół
historycznie obiektywnych warunków, do których Polska musiała się
przystosować. Przystosowanie nie było bierne, przeciwnie, krok po kroku,
ewolucyjnie i organicznie, jak zaleca ideologia konserwatywna, komunizm był
osłabiany i wyjaławiany ze swoich najszkodliwszych treści".
Łagowski podkreślał "znaczenie i powagę tego samorzutnego procesu
dekomunizacji, jaki się w Polsce dokonał od roku 1956". Tę samą myśl
rozwinąłem obszernie w książce "Marksizm i skok do królestwa wolności" (1996),
co spotkało się z dość powszechnym w Polsce niezrozumieniem, a nawet
wyszydzaniem. Ale przecież tak właśnie było! Po przełomie październikowym
partia nie zdemokratyzowała się wprawdzie (czego oczekiwali niecierpliwi
"rewizjoniści"), ale znacznie ograniczyła zakres swej władzy, wycofała się z
nieznośnej kontroli nad życiem prywatnym, wstrzymała "ofensywę ideologiczną" i
ideologiczne programowanie kultury, nie mówiąc już o położeniu kresu terrorowi
i wycofaniu się z kolektywizacji rolnictwa. Totalitarna dynamika ustąpiła
miejsca "małej stabilizacji" pod władzą paternalistycznego autorytaryzmu.
Nawet partia rządząca bardzo szybko ulegać poczęła odideologicznieniu, bowiem
władza po 1956 r. stawiała na legitymizację narodową i doskonale wiedziała, że
może ją zdobyć tylko kosztem legitymizacji ideologicznej.
Łagowski świetnie to rozumiał i tylko dlatego mógł wstąpić do partii. Pisał o
tym: "Ze wszystkich partii rządzących w zasięgu Moskwy PZPR była najkrócej i
najpowierzchowniej dotknięta komunistycznymi wierzeniami" ("Liberalna
kontrrewolucja", 1994). Ilustrował to własnym przykładem: "Sam będąc członkiem
partii, oznajmiałem wielokrotnie w mowie i w piśmie, że jestem przeciwnikiem
moralizmu, komunizmu i gospodarki planowej, i nie czułem się z tego powodu w
środowisku partyjnym całkiem odosobnionym" ("Szkice antyspołeczne").
Zmiany te - odideologicznienie partii (a także minimalizacja ideologicznej
kontroli nad kulturą) oraz zawężenie zakresu władzy politycznej - nie zmieniły
wprawdzie ogólnych zasad ustroju państwa, ale mimo to zaowocowały skutkami,
które trudno przecenić. Olbrzymim uproszczeniem jest teza (lansowana także
przez "Gazetę") o natychmiastowym niemal "odwrocie od Października". Owszem,
partyjni rewizjoniści ponieśli porażkę, ale czy postulowana przez nich
"demokratyzacja" PZPR byłaby w ówczesnych warunkach bezpieczna dla Polski? Czy
nie lepszą osłonę dla "polskich odrębności" stwarzała władza już nie
totalitarna, ale jednak autorytarna, czyli zapewniająca ZSRR i innym
"sojusznikom" obronę podstawowych przynajmniej interesów całego "bloku"? Można
zasadnie twierdzić, że niepisany kontrakt Gomułki ze społeczeństwem polskim
nie obiecywał demokratyzacji partii i zaangażowania jej w walkę o jakiś inny,
lepszy model socjalizmu. Sprowadzał się on do rezygnacji z praktyk stalinizmu,
zabezpieczenia elementarnej wolności w sferze pozapolitycznej, zobowiązania
władzy do realizowania celów ogólnonarodowych kosztem celów wynikających z jej
ideologicznego rodowodu oraz, rzecz jasna, utrzymania i w miarę możliwości
powiększania ograniczonej suwerenności państwa, zdobytej w październiku '56.
Trzeba przyznać, że władze PRL starały się nie łamać tego kontraktu.
Angażowanie się w proklamowane przez Chruszczowa "przyspieszone