ignorant11
19.12.07, 22:42
Sława!
wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80276,4778542.html
O pracy nad filmem dokumentalnym o poszukiwaczach złota na dalekiej Syberii
opowiada reżyser Wojciech Kasperski
26-letni Wojciech Kasperski, student reżyserii łódzkiej szkoły filmowej,
zasłynął dwa lata temu dokumentem "Nasiona". Z operatorem Szymonem Lenkowskim
przez miesiąc towarzyszyli wyklętej przez otoczenie rodzinie mieszkającej na
skraju ałtajskiej wioski. Film zrealizowany w ramach projektu "Rosja - Polska.
Nowe spojrzenie" zebrał nagrody na festiwalach w Polsce i w świecie.
Kolejny dokument Kasperski także nakręcił na Wschodzie. Z operatorem Radkiem
Ładczukiem polecieli do Magadanu i ruszyli tropem poszukiwaczy złota. Na
dalekiej Syberii spędzili sześć tygodni. Film ma być gotowy w lutym.
Jakub Wiewiórski: Dlaczego zabrałeś się za film o poszukiwaczach złota?
Wojciech Kasperski: Chciałem zrobić film o codziennej, mozolnej pracy, która
przynosi spektakularne efekty. Dlatego wybraliśmy się te 10 tys. km stąd, na
Kołymę, aż pod samo Morze Ochockie.
Wylądowaliśmy w Magadanie po siedmiu godzinach lotu z Moskwy. Spaliśmy u
amerykańskich księży poleconych nam przez polskiego duszpasterza, którego
poznaliśmy przy kręceniu "Nasion", bo hotele są koszmarnie drogie. Po czterech
dniach ruszyliśmy w tajgę. Przewodnik, tłumacz, Radek i ja.
Obwód Magadański ma powierzchnię mniej więcej Francji, ale jest tam tylko
jedna droga. I robi się coś w rodzaju kółka. Pokonaliśmy prawie 3 tys. km,
zobaczyliśmy świat, do którego trudno przywyknąć. W niektórych miejscowościach
kiedyś mieszkało po 10 tys. ludzi, a teraz nie ma nikogo. Wchodzisz do
opuszczonego domu, w pokoju leży tylko poduszka, albo do sali balowej, a tam
wciąż wiszą głośniki, stoi gramofon i analogowe płyty.
Nie byliśmy typem turystów, których się tam nie lubi. Nie poruszaliśmy się
landroverem z kogutem. Kiedy głodnieliśmy, kupowaliśmy pasztet, pół chleba i
jedliśmy na masce auta. To zjednywało ludzi. Słuchając ich opowieści,
próbowaliśmy dotrzeć do poszukiwaczy złota.
Jak ich znaleźliście?
- Wiedzieliśmy, że spotkamy ich na "ziemi piratów". To obszar na pograniczu
Jakucji, poza społeczeństwem i władzą. Jest takie miejsce, które od
najbliższego miasta dzieli 600 km. I milicji opłaca się dojechać tylko tam,
dalej już nie. Z tego miejsca kolejne 600 km trzeba podróżować do innego,
gdzie milicja przyjeżdża skądinąd. Tysiące kilometrów kwadratowych bez władzy!
Nie ma wojska, OMON-u, nawet komórki nie działają.
Żyją tam ludzie, którzy przed czymś uciekli. O niektórych mówi się, że to
"czisznicy". To słowo oznacza drapieżnika, przestępcę, spryciarza, kogoś
zmuszonego przez okoliczności do ucieczki w szarą strefę. Są też gangi,
których dochody liczy się w milionach dolarów. Zarabiają na wydobywaniu złota
i ikry. Raz spotkaliśmy gang przewożący złoto z kryjówki. Kazali nam zgasić
silnik. Staliśmy auto w auto, a ja bałem się najgorszego. Na szczęście ten
jeden raz był z nami w ciężarówce człowiek, który znał tych ludzi. I pozwolili
nam jechać.
Nie baliście się zapuszczać na ziemię niczyją?
- Byliśmy na ziemi, która należała do jednego człowieka. On był naszą
gwarancją bezpieczeństwa. Miał swoich ludzi, drogi, młyny, zwierzęta,
elektrownie, łączność przez satelitę. Nazwaliśmy go królem złota. Razem z nim
przeszliśmy łagodnie przez ziemię niczyją. Poruszaliśmy się skokami na północ,
uralami albo wiezdechodami na gąsienicach. Jak w przygodowych książkach dla
chłopców - jedziesz dziesiątki kilometrów korytem rzeki, nagle kierowca
skręca, a tam chatka, której nie ma na żadnej mapie, a wszyscy ją znają.
Jak wygląda baza poszukiwaczy złota?
- To zwykle tuzin facetów z tatuażami i rękami jak bochny chleba. I jedna
starsza kobieta, kucharka. Mają buldożery, spychacze, dynamit. Rozkopują tajgę
i przepłukują piasek, żeby znaleźć złoto. To wszystko jest półlegalne. Zimą
wracają do siebie, zostaje jeden - dwóch, żeby pilnować bazy.
W bazie, w której zatrzymaliśmy się najdłużej, gospodarzem jest facet bez oka.
Z ludźmi mieszkało stado psów, pół wilków pół husky. Którejś nocy te psy
zagryzły wiele świń, więc szef te psy powybijał.
Naczelna zasada: w tajdze nie przeklinasz. Dlaczego? Tam są sami faceci, małe
społeczności, ludzie muszą wytrzymać ze sobą pół roku, czasem rok. Są
uzbrojeni. Pozostają twoimi przyjaciółmi do czasu, kiedy masz tyle złota, ile
oni. Jak więcej - zaczynają się problemy.
Trzy tygodnie spędziliśmy w bazie najbardziej wysuniętej na północ. Tam
spotkaliśmy bohatera filmu Wiktora, mieszkającego poza bazą tylko z psem. To
był jeden z najbardziej niezależnych ludzi, jakich poznałem w życiu. Jego
granica prywatności wynosiła 20 m. Byliśmy z nim w nieustającym konflikcie.
Najpierw się zgodził, żebyśmy kręcili, a już po chwili tego żałował.
Niehonorowo było mu się wycofać, ale nam utrudniał, uciekał. Musieliśmy
wstawać o piątej rano, przejść dwie rzeki i dopiero byliśmy ze sprzętem u
niego. On wędrował, polował, my chodziliśmy za nim.
Złoto?
- Widzieliśmy dużo. Kiedy zdarzyło się nam jechać z transportem, siedzieliśmy
na skrzyniach, a w nich było go ponad 25 kg. Innym razem wytopiliśmy z
chłopakami 14 kg. Ale trzymaliśmy się z dala od złota. Kiedy byliśmy w bazie,
zdarzyło się po raz pierwszy od pięciu lat, że zginęło złoto. Niedużo, ale na
trzy dni musieliśmy przerwać zdjęcia.
Byliśmy też świadkami gorączki złota jak ze starych filmów. Ludzie szaleją i
są w stanie zrobić wszystko. Małe rzeczy prowadzą do konfliktu, faceci
wyciągają broń, tam nie ma żartów.
Dorabiają się fortun?
- Na bardzo dobry samochód można zarobić po jednym sezonie. Legendy o tych,
który dorobili się fortuny, są częścią kolorytu "cziszników". Oni żyją według
zasady "dzień rok karmi", ale inwestują w dobre, prywatne moskiewskie szkoły
dla swoich dzieci, żeby one nie musiały przerzucać już kamieni.
Forum Słowiańskie
gg 1728585