NIEMCY GDY OFIARY STAJĄ SIĘ OPRAWCAMI

01.11.03, 23:43
Docierające do Niemiec informacje o polskiej debacie na temat Centrum
przeciwko Wypędzeniom przyjmowane są podobno ze zdziwieniem, niedowierzaniem,
czasami z oburzeniem lub smutkiem, zależnie od stopnia przychylności dla
Polski i Polaków. Podobnie jak w wypadku wojny z Irakiem zawiedliśmy Niemców,
i to bynajmniej nie tylko panią Steinbach, która niewiele się po nas
spodziewa, lecz znaczną część oświeconej, proeuropejskiej opinii publicznej.

Dyskusja rozpoczęta przez "Rzeczpospolitą" zaskoczyła niemiecką opinię
polityczną. Nie spodziewano się tak stanowczego i prawie jednomyślnego
sprzeciwu wobec idei budowy centrum. Argumenty, które padły, wyrażane opinie
uznane zostały za przesadzone, niesprawiedliwe, często wręcz obraźliwe. I gdy
w Polsce inicjatywa budowy centrum i przemiany niemieckiej pamięci zbiorowej
uznane zostały za niebezpieczny powrót do nacjonalistycznych tonów, to według
niemieckich krytyków sprawa ma się zgoła odwrotnie: to w polskiej debacie
dały znać o sobie nacjonalizm, etnocentryzm, a także antyniemieckie
uprzedzenia i irracjonalne lęki.

Najgłębsze różnice

Nie ulega wątpliwości, że polscy dyskutanci trochę ułatwiali sobie zadanie,
koncentrując się w swej krytyce tylko na Związku Wypędzonych i osobie
przewodniczącej. Tymczasem istotniejsze jest pytanie, dlaczego propozycja
budowy centrum zyskała w Niemczech tak wielkie poparcie społeczne i
polityczne, i to nawet wśród ludzi, którzy dotychczas zachowywali krytyczny
dystans wobec Związku Wypędzonych, jego rozumienia przeszłości i wizji
przyszłości stosunków polsko-niemieckich i którzy w żadnym razie nie
chcieliby wybielać niemieckiej przeszłości. Czy odmienne reakcje, czy
oskarżanie się nawzajem o wywoływanie demonów przeszłości nie pokazują, że
istnieją zasadnicze różnice między Polakami i Niemcami, i to tymi pełnymi
dobrej woli, którzy chcieliby, aby wzajemne stosunki układały się jak
najlepiej? Czy nie dzieli nas nasze rozumienie historii Europy Środkowej,
nasze rozumienie tego, co było i jest sprawiedliwe, oraz tego, co
jest "nacjonalizmem", a co nim nie jest?

Jeśli tak jest, to nawet porzucenie idei budowy centrum nie będzie oznaczało
zniknięcia problemu. Prędzej czy później spór rozgorzeje na nowo. Budowa
inaczej pomyślanego centrum, pod auspicjami Europy, nic nie zmieni, gdyż
wtedy także będą się musiały zderzyć różne sposoby widzenia i oceny
europejskiej historii XX wieku. Może się przy tym okazać, że jeszcze trudniej
będzie nam przekonać innych Europejczyków do naszych racji i ostatecznie o
kształcie europejskiej pamięci zadecydują inne czynniki - polityczne wpływy w
Unii i możliwości ekonomiczne. Jeśli zaś takie ogólnoeuropejskie centrum
utopi wszystko w niezobowiązującej ogólności, to zapewne nikt nie będzie
zadowolony - ani Niemcy, ani Polacy, ani Czesi - a spór będzie toczył się
gdzie indziej, na innej płaszczyźnie.

Apel do sumień

Mylą się w każdym razie ci, którzy sądzą, że w dążeniu do takiego
upamiętnienia "wypędzenia" chodzi tylko o jakiś niemiecki atawizm, o
rewanżystowski paroksyzm, o powrót do nastrojów lat trzydziestych. Są w
Niemczech ludzie, którzy tak myślą, ale stanowią zdecydowaną mniejszość czy
nawet margines. Twierdzi się raczej, że idea budowy centrum wyrasta
z "liberalnego antytotalitaryzmu", potępiającego czystki etniczne i akty
zemsty na całych zbiorowościach, występującego przeciw idei winy zbiorowej
oraz przeciwko nacjonalistycznej nienawiści. Gdyby inicjatorzy budowy centrum
posługiwali się retoryką antyeuropejską, gdyby kwestionowali polskie granice,
gdyby starali się pomniejszać lub negować zbrodnie Hitlera, gdyby głosili
antypolskie hasła, zapewne nie zyskaliby wielu zwolenników. Ale oni odwołują
się do praw człowieka, do niezbywalnego prawa do stron ojczystych, do zasad
humanitaryzmu. Apelują do wrażliwych sumień, do poczucia sprawiedliwości.
Uzasadniają swoje żądania nie w kategoriach narodowego partykularyzmu, lecz
kantowskiego uniwersalizmu. Swe sądy opatrują wielkim kwantyfikatorem: każde
wypędzenie jest zbrodnią, każde cierpienie zasługuje na współczucie itd.

I czy każdy wrażliwy człowiek nie musi przyznać, że przymusowe wysiedlenie
milionów Niemców było wielkim dramatem? Czyż może nie dostrzec cierpień, nad
którymi trzeba się "pochylić", skoro już nad tyloma innymi
się "pochylaliśmy". Jeśli każde "wypędzenie" jest zbrodnią, to również to nią
było, niezależnie od tego, co je poprzedzało i motywowało. Jeśli jednym z
podstawowych praw człowieka jest prawo do stron rodzinnych, to przymusowe
wysiedlenie, niezależnie od okoliczności, jest jego pogwałceniem i zasługuje
na potępienie.

Skoro tak, to wysuwane przez polskich dyskutantów zarzuty zdają się opierać
na zasadniczym nieporozumieniu lub wydają się wyrazem złej woli,
antyniemieckiego resentymentu. Skoro nie chodzi ani o usprawiedliwienie
narodowego socjalizmu, pomniejszenie jego zbrodni, ani o ich relatywizację,
nie ma sensu przypominać tego, co Niemcy wyrządzili Polakom. To, czym
zajmował się ojciec pani Steinbach, nie ma nic do rzeczy. Skoro dzisiaj nikt
nie kwestionuje polskich granic - które i tak przecież chcemy znieść w
zjednoczonej Europie, a jedną z najważniejszych zasad UE jest swoboda
osiedlania się - to czyż sugestia, jakoby chodziło o rewizję porządku
terytorialnego, nie jest sama w sobie oznaką reakcyjnego trwania w dawnych,
anachronicznych, narodowych - a więc nacjonalistycznych - stereotypach?

To więc nie ci, którzy chcieliby upamiętnić niemieckie cierpienia - na
przykład przez budowę Centrum przeciw Wypędzeniom albo Centrum przeciw
Ludobójczym Bombardowaniom Miast, w którym obok stałej ekspozycji pokazującej
los miast niemieckich zniszczonych przez RAF można by wspomnieć także
Hiroszimę i Warszawę, albo Centrum przeciw Dyktatom Politycznym i Aneksjom
Terytorialnym, gdzie obok stałej wystawy o Wersalu i Poczdamie mogłaby się
znaleźć wzmianka o rozbiorach Polski - ale ci, którzy się temu
przeciwstawiają, są antyeuropejskimi nacjonalistami. To oni chcą
usprawiedliwić wypędzenia, bombardowania, dyktat polityczny i aneksje
terytorialne, wszystkie te straszne rzeczy, których chcemy uniknąć, budując
wspólną Europę i których potępienie jest jej ideowym fundamentem. I to nie
wypędzonych należy łączyć z Hitlerem i nazizmem, ale wypędzających, gdyż
czystki etniczne, mordy popełniane wyłącznie z powodu tożsamości etnicznej,
rasowej bądź narodowej ofiar są przecież differentia specifica nazizmu.
Wypędzenie ludności niemieckiej było więc niczym innym niż kontynuacją
polityki nazistowskiej.

    • msciwoj24 Re: NIEMCY GDY OFIARY STAJĄ SIĘ OPRAWCAMI 01.11.03, 23:44
      Obsesja niewinności

      Taki sposób widzenia wysiedlenia ludności niemieckiej i historii XX wieku stał
      się popularny nie tylko w Niemczech. Odpowiednie wzmianki i sugestie można
      znaleźć w pracach publikowanych także w innych krajach. Przykładem jest
      książka "Redrawing Nations. Ethnic Cleansing in East-Central Europe 1944 -
      1948" pod redakcją Philippa Thera i Any Sijlak, powstała dzięki konferencji
      zorganizowanej w Gliwicach. Autorzy są świadomi, że rozpoczęcie analiz od roku
      1944 może być krytykowane jako arbitralne pominięcie kontekstu historycznego,
      ale tłumaczą się tym, że zbrodnia holokaustu została już dokładnie opisana,
      dlatego czują się uprawnieni do czasowego ograniczenia swych analiz. Ze wstępu
      Marka Kramera, historyka z Harvardu, dowiadujemy się już na pierwszej stronie,
      że "chociaż termin Çczystka etnicznaČ nie był rozpowszechniony przed 1992
      rokiem (kiedy został przejęty przez przywódców serbskich oraz oddziały
      paramilitarne w Bośni-Hercegowinie), był już używany po II wojnie światowej
      przez Polaków i Czechów, którzy dążyli do ÇoczyszczeniaČ swoich krajów z
      niepożądanych elementów, głównie Niemców i Ukraińców". Konotacja tej frazy
      zarówno wtedy, jak i teraz, jest bardzo podobna do higieniczno-rasowej
      konotacji pojęcia S?uberung, ukutego przez nazistów. Dowiadujemy się też, że
      aby dokonać czystki, Polacy nie cofali się przed eksterminacją. Jak w posłowiu
      stwierdza Ane Siljak: "w latach 1946 - 47 Polacy byli gotowi dokonać
      eksterminacji ukraińskich partyzantów, którzy utrudniali przymusowe
      przesiedlenia".

      O czym zatem może świadczyć ów gwałtowny sprzeciw wobec centrum, jeśli nie o
      nieczystym sumieniu, o niezdolności Polaków do zmierzenia się z ciemnymi
      stronami własnej przeszłości? Czy nie jest kolejną oznaką polskiej obsesji
      niewinności, tak ostro piętnowanej do niedawna w Polsce przez postępowych
      intelektualistów i wrażliwe na ludzką krzywdę publicystki?

      Tym bardziej może więc dziwić, dlaczego milczą w tej sprawie. Dlaczego
      wszystkie gazety i czasopisma, od "Trybuny" do "Naszego Dziennika", od "Wprost"
      do "Tygodnika Solidarność" były po raz pierwszy w historii III Rzeczypospolitej
      zgodne w swych ocenach.

      Nawet "Gazeta Wyborcza", która długo zachowywała chlubną powściągliwość i dla
      równowagi, jako odtrutkę dla polskiego męczennictwa, opublikowała w sierpniu
      demaskujący artykuł o "krwawej niedzieli" w Bydgoszczy, zamieściła znakomity,
      ale zdecydowanie mało pojednawczy i współczujący artykuł Leszka Kołakowskiego.
      Trudno prawie w to uwierzyć, ale jak się zdaje, Polacy znowu popadli w
      martyrologiczną wizję historii, nad której wykorzenieniem trudziło się po 1989
      roku tak wiele sprawnych piór i bystrych umysłów. Szkody wynikające z tej
      recydywy mogą być nieobliczalne i długotrwałe...

      Zaskoczenie jest tym większe, że do tej pory wydawało się, że dialog o
      przeszłości toczył się bez większych zakłóceń. Chwalono Polaków w Niemczech za
      to, że w przeciwieństwie do Czechów nie ukrywają sprawy wypędzenia, że piszą o
      nim samokrytycznie, że nie wypierają się winy i dostrzegają niemieckie
      cierpienia. Wydawało się, że byliśmy na lepszej drodze do porozumienia. Teraz -
      jak stwierdził Peter Glotz na łamach "Die Welt" (z 20 września) - w obliczu
      fali niechęci i wrogości Niemcy muszą przemyśleć swoje relacje z sąsiadami.

      "Mity" jako kamień węgielny

      Rzeczywiście trudno było nie zauważyć, że ostatnio w dialogu polsko-niemieckim
      znacznie więcej było mowy o ucisku mniejszości narodowych w II
      Rzeczypospolitej, o polskiej kolaboracji w czasie II wojny światowej i
      współudziale w mordowaniu Żydów, o akcji "Wisła" i innych tego rodzaju modnych,
      ekscytujących tematach niż zbrodniach popełnionych na Polakach przez Niemców.
      Nudnawe konferencje i seminaria na temat antypolskich stereotypów dawno już
      zostały zastąpione konferencjami na temat polskiej mitomanii sprawiającej, że
      uważamy się za niewinne ofiary. Walka z tą mitomanią jest prowadzona z zapałem,
      który każe podejrzewać, że najzagorzalsi demistyfikatorzy zapomnieli, że Polacy
      rzeczywiście byli uciskani i mordowani, i to nie tylko w czasie hitlerowskiej
      okupacji.

      Jako to zwykle bywa, walka z "mitami" prowadzi do powstawania nowych "mitów",
      bez których poparcie dla budowy centrum byłoby dużo mniejsze. Jednym z nich
      jest twierdzenie, że zbrodnie popełnione przez Niemców na Polakach są znane i
      wyznane, i dlatego nie musimy już ani ich badać, ani o nich przypominać,
      szczególnie podczas spotkań polsko-niemieckich. W rzeczywistości wiedza o tych
      zbrodniach nie stała się - lub przestała być - elementem pamięci o narodowym
      socjalizmie. Luka w pamięci coraz bardziej się powiększa. Pamięć koncentruje
      się coraz bardziej na zagładzie Żydów. I gdy rosną liczby wypędzonych, szarzeją
      niemieckie czyny, maleje liczba polskich ofiar. (Nie tylko w Niemczech - w
      popularnym amerykańskim podręczniku akademickim z socjologii problemów
      społecznych przeczytałem ostatnio, że ofiarą nazistów padło obok sześciu
      milionów Żydów, a także kilkaset tysięcy Słowian.)

      Także na płaszczyźnie politycznej, w oficjalnych rytuałach świadomość winy
      wobec Polaków nie była specjalnie upamiętniana. Słynny gest Willy'ego Brandta
      pod pomnikiem Bohaterów Getta był gestem ekspiacji za holokaust i tak rozumiała
      go niemiecka opinia publiczna. Gerhard Schr?der był pierwszym kanclerzem, który
      odwiedził miejsce martyrologii niezwiązane z zagładą Żydów - Palmiry. Prezydent
      Roman Herzog nie wiedział, jak zresztą większość Niemców, że powstanie w getcie
      nie było jedynym powstaniem w okupowanej Warszawie, i dowiedział się o tym
      dopiero wtedy, kiedy go zaproszono na obchody 50-lecia wybuchu. Gdy przed
      rokiem przewodniczący Bundestagu Wolfgang Thierse odwiedził 1 września Polskę,
      niemieckie media całkowicie przemilczały wizytę. W ogóle 1 września nie jest
      pamiętną datą w symbolicznym kalendarzu Niemiec. Wojna z Polską uchodzi raczej
      za przygrywkę do II wojny światowej, za klasyczny konflikt narodowy, za wojnę
      jeszcze "weimarską". Wkład Polski w pokonanie nazizmu jest prawie zupełnie
      nieznany, nawet w kręgach uniwersyteckich.

      Nie pamięta się o 1 Dywizji Pancernej ani o tym, że to ona zdobyła - czy też,
      jak chcą niektórzy, "wyzwoliła" - Wilhelmshaven, ani że w ramach angielskiej
      strefy okupacyjnej administrowała Emsland. Studentom, z którymi przyjeżdżałem
      do Polski, musiałem tłumaczyć, co oznaczają tablice i krzyże, kwiaty i znicze
      na ulicach Warszawy - nie wiedzieli, że w czasie okupacji dokonywano ulicznych
      rozstrzeliwań. A gdy na jednym ze spotkań referent opowiadał o swoich
      przeżyciach i losie swych krewnych zamordowanych w Oświęcimiu i w Katyniu,
      publiczność słuchała pełna współczucia, zadziwiona.

      O takich szczegółach jak Generalplan-Ost nikt poza wąskim kręgiem specjalistów
      nie słyszał. Jedna z moich studentek-seniorek, emerytowana nauczycielka
      gimnazjum, której ojciec był dyrektorem fabryki w Krakowie i która spędziła w
      tym mieście urocze dzieciństwo, dopóki nie została wypędzona, nie mogła
      uwierzyć, że rzeczywiście w Generalgouvernement działy się nieprzyjemne rzeczy.
      Ojciec jednego z moich niemieckich przyjaciół zapomniał mu powiedzieć, że
      polskie miasteczko, z którego przywoził mu cukierki, było ostatnim przystankiem
      kolejowym przed Treblinką i nie opowiedział o tym, jak wyglądała likwidacja
      miejscowego getta i jak traktowano polską ludność. Dopiero gdy umarł,
      znaleziono zalakowaną kopertę ze zdjęciami stosów trupów, co pozwala wątpić, że
      był sanitariuszem, jak głosi rodzinna legenda, i o czym przekonani są jego
      wnukowie, którym oczywiście tych zdjęć nie pokazano, by nie obciążać ich
      psychiki i sumienia.

      Wybitny socjolog pytał mnie, czy rzeczywiście polska inteligencja ucierpiała w
      czasie wojny. Pewien sympatyczny psycholog i jego małżonka, którzy wynajmowali
      nam mieszkanie w latach osiemdziesiątych, przy zapoznawczej kawie zapytali nas,
      czy nas
      • msciwoj24 Re: NIEMCY GDY OFIARY STAJĄ SIĘ OPRAWCAMI 01.11.03, 23:45
        Wybitny socjolog pytał mnie, czy rzeczywiście polska inteligencja ucierpiała w
        czasie wojny. Pewien sympatyczny psycholog i jego małżonka, którzy wynajmowali
        nam mieszkanie w latach osiemdziesiątych, przy zapoznawczej kawie zapytali nas,
        czy nasze rodziny jakoś szczególnie ucierpiały w czasie wojny, ale stracili
        ochotę na kontynuowanie tematu, gdy moja żona wspomniała trzech rozstrzelanych
        braci matki i inne tego typu, nieszczególnie wyjątkowe, wydarzenia z dziejów
        swojej rodziny. Anegdoty z życia codziennego i akademickiego można mnożyć.
        Doprawdy, gdyby chodziło o utrwalenie pamięci, konieczne byłoby w Niemczech
        zupełnie inne centrum.

        Milczenie z zawstydzenia

        Drugim wielkim mitem - i kamieniem węgielnym centrum - jest twierdzenie, że
        dotychczas nikt o losie wypędzonych nie pamiętał. W rzeczywistości aż do lat
        siedemdziesiątych, kiedy niemiecka publiczność wzruszyła się do łez
        amerykańskim serialem telewizyjnym, pamięć o wypędzeniu zdecydowanie przeważała
        nad pamięcią o holokauście, nie mówiąc już o zbrodniach na "słowiańskich
        Polakach". Związek Wypędzonych dostawał i dostaje wielomilionowe dotacje,
        ukazywały się niezliczone książki, co drugie miasteczko ma swój Breslauer
        Platz. Odwiedzającym Bremę Polakom miasto, które odegrało pionierska rolę w
        porozumieniu polsko-niemieckim i w czasach powojennych zawsze było rządzone
        przez socjaldemokratów, rzuca się w oczy wielki napis na jednym z budynków w
        centrum - Schlesien, Ostpreussen, Pommern (Śląsk, Prusy Wschodnie, Pomorze -
        red.). (Owszem, jest też w jednym z bremeńskich urzędów tablica upamiętniająca
        kilkunastoletniego Waleriana Wróbla, robotnika przymusowego, straconego za
        podpalenie stodoły. Tę tablicę pokazuje się oficjalnym gościom z Polski.
        Nakręcono nawet o nim film, który pokazuje się w szkołach. Ale o wielkim
        bunkrze, przy którego budowie zginęły dziesiątki tysięcy robotników
        przymusowych, przypomniano sobie dopiero wtedy, kiedy znany reżyser Johann
        Kresnik wystawił w nim sztukę Karla Kraussa i gdy rozpoczęły się negocjacje o
        odszkodowania.)

        Polacy często milczeli, gdyż wydawało im się, że do przeszłości wracać nie ma
        potrzeby i nie wypada, a także z powodu ogólnego "kulturowego zawstydzenia",
        według trafnego określenia socjologa kultury Kazimierza Krzysztofka. Opowiadano
        mi o partnerstwie dwóch miasteczek. Ponieważ polskie miasteczko znajduje się na
        ziemiach zachodnich, a w niemieckim wielu mieszkańców pochodzi ze "Wschodu",
        tematem powracającym nieustannie w czasie partnerskich spotkań było wypędzenie.
        W niemieckim miasteczku, skądinąd położonym niedaleko od Bergen-Belsen,
        znajduje się cmentarz polskich ofiar z pobliskiego obozu dla robotników
        przymusowych. Ale o tym nie mówiono, gdyż mogłoby to przecież kogoś urazić i
        zakłócić tak harmonijnie rozwijającą się współpracę.

        Relacje między państwami były podobne do relacji między tymi miasteczkami. Po
        latach komunistycznej propagandy, legitymizującej PRL martyrologią polskiego
        narodu, wydawało się, że wspominanie na forum europejskim o polskich
        cierpieniach byłoby jej równie żałosną imitacją. Orientacja na Zachód, dążenie
        do członkostwa w Unii sprawiało, że nie chcieliśmy wypominać "naszemu
        adwokatowi" w UE jego przeszłości. Tym bardziej że warunkiem "europeizacji" i
        liberalizacji Polski miała być zmiana tradycyjnej historycznej samoświadomości
        Polaków na bardziej krytyczną i mniej polonocentryczną. Jeśli po 1918 roku -
        jak pisze Michael Burleigh w znanej książce o niemieckich badaniach Europy
        Wschodniej "Germany turns eastwards: a study of Ostforschung in the Third
        Reich" - niemieccy historycy czuli się zagrożeni pracami polskich historyków,
        broniącymi polskiej racji stanu, to po 1989 roku w ogóle nie istniała
        świadomość, że jednym z najważniejszych intelektualnych i politycznych zadań
        jest także wywalczenie dla polskiej tożsamości, kultury i tradycji miejsca w
        kolektywnej świadomości Europejczyków. Jak wiadomo, jednym z pierwszych
        posunięć rządu Leszka Millera było rozwiązanie dopiero co powołanego Instytutu
        Dziedzictwa Narodowego, Instytut Pamięci Narodowej znajduje się w stałym
        zagrożeniu, a działalność Instytutu Adama Mickiewicza trudno zauważyć.

        Jak zostałem oprawcą

        Powiedzmy więc wyraźnie - nie o przywrócenie pamięci i nie o jej zachowanie
        chodzi w postulacie budowy centrum. Nie ma racji autor sprawozdania z
        konferencji o wypędzeniu, zorganizowanej na początku roku przez Deutsches Polen-
        Institut w Darmstadt, który dopatrzył się podobieństwa między rolą Jana Grossa
        i G?ntera Grassa. Według niego obaj ci niezawodowi historycy przypomnieli o
        sprawach zaniedbanych przez naukową historiografię i zapomnianych przez
        społeczeństwo. Ale to porównanie jest chybione. Nie tylko dlatego, że przecież
        książka Jana Grossa nie była literacką fikcją, i nie tylko dlatego, że o
        Jedwabnem naprawdę wiedzieli tylko nieliczni, ale dlatego, że wymowa obu
        książek jest zgoła odwrotna - Gross wzywa rodaków do rachunku sumienia, Grass
        ułatwia celebrację własnego cierpienia.

        Zasadniczym problemem nie jest to, że w Niemczech usiłuje się zrewidować obraz
        polityki nazistowskiej, lecz wnioski, jakie się z niej wyciąga. Chodzi nie o
        pamięć, lecz o zmianę wrażliwości moralnej, o przemianę przestrzeni
        zasadniczych "jakościowych rozróżnień", mówiąc językiem Charlesa Taylora. Nie o
        przekazanie nieznanej szerzej wiedzy, lecz o aksjologię.

        Kiedyś do znudzenia powtarzano za Adorno, że po Auschwitz nie powinno się pisać
        wierszy i że Niemcy na zawsze powinny pozostać podzielone. Dzisiaj okazuje się,
        że można dochodzić swych praw na "Wschodzie" i domagać się zadośćuczynienia od
        Polaków. Przez lata wielu Niemców uważało, że trzeba przejść do porządku nad
        własnym bólem. Nad pamięcią o stracie i własnych cierpieniach przeważała - co
        uznane było za wielkie demokratyczne osiągnięcie - pamięć o własnej
        odpowiedzialności. Na lewicy przybierała ona postać odrzucenia wszystkiego, co
        niemieckie - i to nie tylko dlatego, że wysiedlenie zostało dokonane przez
        kraje socjalistyczne, więc samo w sobie musiało być postępowe i moralnie
        słuszne. Uważano, że było skutkiem polityki Hitlera, karą za popełnione
        zbrodnie i że byłoby brakiem przyzwoitości na nim się koncentrować. Gdyby ktoś
        jeszcze pamiętał o tamtym sposobie myślenia, tak charakterystycznym dla dawnej
        bońskiej Republiki Federalnej, argumenty przeciw centrum, które padły w Polsce,
        byłyby zupełnie zrozumiałe.

        Spotkania z Polakami wywoływały - nawet u Niemców, którzy pochodzili ze
        Wschodu, a może nawet u nich przede wszystkim - poczucie winy i chęć
        usprawiedliwienia się. Ile razy słyszałem kiedyś: "Herr Krasnodębski, wir haben
        nichts gewu§t, wir haben nichts gewu§t" (Panie Krasnodębski, my nic nie
        wiedzieliśmy... - red.). U polskiego rozmówcy szukano potwierdzenia swej
        niewiedzy, niewinności, przebaczenia i zrozumienia. Najczęściej okazywało się,
        że wiedziano wystarczająco dużo. Ale mimo przemilczeń, mimo luk w wiedzy i
        pamięci, kwestia winy i jej proporcje były jasne. I to sprawiało, że ziomkostwa
        coraz bardziej traciły na moralnym - i co za tym idzie politycznym - poparciu.

        Dzisiaj zanika to dawne poczucie winy, które sprawiało, że choć nie znano
        szczegółów, Polacy niewątpliwie mieścili się w kategorii "zgeneralizowanej
        ofiary", w odniesieniu do której określała się "bundesrepublikańska" niemiecka
        tożsamość. Pokolenie, które pamiętało wojnę, odchodzi. Następne nie mają
        poczucia związku z tymi Niemcami, którzy popełniali zbrodnie. To abstrakcyjne
        postacie z filmów lub literatury, uosobienie zła, niemające nic wspólnego z
        dzisiejszymi Niemcami, którzy zawsze są przecież po dobrej stronie - za
        pokojem, za konstytucją europejską, przeciw czystkom etnicznym. Polacy zaś nie
        są abstrakcyjnymi postaciami i nie wyglądają na niewinne ofiary, rzadko budzą
        sympatię, a poza tym kradną samochody. I to raczej w nich - i w Amerykanach -
        • msciwoj24 Re: NIEMCY GDY OFIARY STAJĄ SIĘ OPRAWCAMI 01.11.03, 23:46
          Dzisiaj zanika to dawne poczucie winy, które sprawiało, że choć nie znano
          szczegółów, Polacy niewątpliwie mieścili się w kategorii "zgeneralizowanej
          ofiary", w odniesieniu do której określała się "bundesrepublikańska" niemiecka
          tożsamość. Pokolenie, które pamiętało wojnę, odchodzi. Następne nie mają
          poczucia związku z tymi Niemcami, którzy popełniali zbrodnie. To abstrakcyjne
          postacie z filmów lub literatury, uosobienie zła, niemające nic wspólnego z
          dzisiejszymi Niemcami, którzy zawsze są przecież po dobrej stronie - za
          pokojem, za konstytucją europejską, przeciw czystkom etnicznym. Polacy zaś nie
          są abstrakcyjnymi postaciami i nie wyglądają na niewinne ofiary, rzadko budzą
          sympatię, a poza tym kradną samochody. I to raczej w nich - i w Amerykanach -
          tkwi zarodek tego samego zła, które w latach trzydziestych wyrosło do postaci
          narodowego socjalizmu. Świadczy o tym polskie poparcie dla polityki Busha,
          sprzeciw wobec projektu konstytucji europejskiej i niechęć do wyznania krzywd
          wyrządzonych Niemcom. Teraz to ja w zasadzie powinienem rozpoczynać rozmowę od
          zapewnienia: "Ich habe nichts gewu§t, wirklich nichts gewu§t". I tak, choć w
          ciągu ostatnich trzydziestu lat nie wyrządziliśmy Niemcom, o ile sobie
          przypominam, żadnej szczególnej krzywdy, z ofiary stałem się oprawcą.

          Poprawianie historii

          Kiedyś dążenie do pojednania było widoczne w całym niemieckim społeczeństwie.
          Moi znajomi i przyjaciele założyli w 1981 roku małą prywatną fundację
          pomagającą polskim studentom i młodym naukowcom. W latach osiemdziesiątych była
          to nieoceniona pomoc, dzięki niej powstało wiele przekładów i prac naukowych.
          Teraz jednak ją rozwiązali, gdyż - jak stwierdził jeden z założycieli, wzięty
          prawnik - Polska straciła szczególny charakter, swoją specyfikę, swoją, jak się
          wyraził, "specjalność". Pojednanie wszak nastąpiło, zadośćuczynienie się
          dokonało. A Polaków spotyka on w ostatnich latach głównie na sali sądowej.

          Po latach okazało się zatem, że nasi przyjaciele nie interesowali się nami,
          interesowali się swoją winą, a owe paczki, które przysyłali nam w czasie stanu
          wojennego, miały być jakąś formą rekompensaty. Gdy uznali, że wina już została
          z nich zdjęta, znaleźli sobie inne pole działalności. Teraz zamierzają wydać
          książkę zawierającą relację wypędzonych ze "Wschodu" kobiet. Zebrała je zaraz
          po wojnie Marianna Weber, żona Maksa. Jest jednak drobny kłopot. Okazało się,
          że "wypędzone" opisują Polaków jako rasowo niższych, zdegenerowanych
          mongoloidów. Pojawiła się więc propozycja, żeby usunąć te obraźliwe fragmenty.

          Ta chęć, żeby poprawić historię, jest przemożna. "Prawdziwi wypędzeni"
          pamiętają jeszcze o rasizmie i zaangażowaniu swoich rodzin w nazizm, co okazuje
          się przy każdej głębszej rozmowie. Nowi, zawodowi "neowypędzeni", jak ów
          niezmiernie inteligentny trzydziestolatek, z którym niedawno dyskutowałem w
          Bremie, nie mają takich wspomnień. Ich wizja historii została już odpowiednio
          wyczyszczona, zredagowana, już bez "obraźliwych fragmentów" - wypędzeni byli
          niewinną, absolutną ofiarą.

          Centrum przeciw Wypędzeniom nie miało być miejscem żałoby, lecz oskarżenia.
          Miało i ma być "przeciwko" - przeciwko wypędzeniom w ogóle, a temu szczególnie.
          (Nie było i wciąż nie jest natomiast jasne, "za czym" konkretnie miałoby ono
          być.) To oskarżenie jest wnioskiem wyciągniętym z niemieckiej i europejskiej
          historii. Wnioski tego typu sprawiają, że młodzież niemiecka wychodzi na ulicę,
          by protestować przeciwko wojnie w Iraku (ale już nie przeciw wojnie w
          Czeczenii), a jednocześnie nadają idei budowy centrum uniwersalistyczną aurę.
          Nieprzypadkowo zatem idea ta, i w ogóle celebracja niemieckich cierpień,
          znajduje tak wielu zwolenników wśród przedstawicieli dawnej skrajnej lewicy.
          Lewicowy uniwersalizm spotyka się z narodowym partykularyzmem, legitymizuje go
          i uszlachetnia, lewicowy dogmatyzm z antypolskim resentymentem. Daniel Cohn-
          Bendit z Eriką Steinbach. Uznanie niemieckiej winy sprawia, że dzisiejsze
          pokolenia Niemców czują się oczyszczone. Nie można się dziwić,
          że "oczyszczeni", mając poczucie niezmiernej nad nami wyższości moralnej, chcą
          także nas oczyścić z naszego nacjonalizmu, z naszej obsesji niewinności, z
          naszej narodowej chełpliwości, eurosceptycyzmu, fundamentalizmu religijnego i
          proamerykańskiego zaślepienia.

          Jak napisała znana publicystka Cora Stephan w "Die Welt" (z 24
          września), "Niemcy nauczyli się przyjmować na siebie swoją winę, nawet winę
          zbiorową, i tym samym spełniali po wojnie funkcję pacyfikacyjną. Dzięki temu
          tak długo Polacy i Czesi, Holendrzy i Francuzi, Brytyjczycy i Amerykanie mogli
          wypierać się swego udziału w dramacie XX wieku. Antysemityzm i wypędzenia,
          pogromy i etniczne czystki były już po pierwszej wojnie światowej i przed
          Hitlerem znamieniem epoki. Rozumienie wielkiego dramatu jako europejskiego, a
          nawet światowego, jest bolesne." Zajmujący się Polską niemieccy dziennikarze
          często wypominają nam wyobrażenie Polski jako Chrystusa narodów (do czego
          zresztą ogranicza się ich znajomość polskiego romantyzmu). Ale jeśli wierzyć
          Corze Stephan, po 1945 roku to raczej Niemcy pełnili rolę Chrystusa narodów -
          wzięli wszystkie winy wszystkich Europejczyków na siebie. A teraz
          zmartwychwstali i wrócili, żeby nas sądzić, żywych i umarłych.

          • msciwoj24 Re: NIEMCY GDY OFIARY STAJĄ SIĘ OPRAWCAMI 01.11.03, 23:47
            Podwójne miary

            Ten osąd nie bierze pod uwagę okoliczności, kontekstu, złożonych motywów. Nie
            ma wiele wspólnego z poczuciem sprawiedliwości i etyczną władzą sądzenia, a
            bardzo wiele z fanatyzmem, brakiem wyczucia proporcji i przyzwoitości. Jest
            niebezpieczny politycznie. Kto bowiem myślenie polityczne opiera na utopijnych
            przesłankach, nie przyczynia się do stabilizacji i pokoju. Oczywiście byłoby
            wspaniale, gdyby narody i grupy etniczne żyły zawsze w harmonii, przyjaźni i
            pokoju. Tylko niestety w 1945 roku świat wyglądał nieco inaczej. Dzisiaj tamte
            straszne konflikty mamy za sobą, ale do realizacji utopijnej wizji jest ciągle
            daleko. Właśnie doświadczenie z Jugosławią, na które dzisiaj tak często się
            powołują ci, którzy potępiają wysiedlenia, pokazuje, że w skrajnych sytuacjach
            tylko rozdzielenie zwaśnionych narodów gwarantuje pokój.

            Nie sposób nie pytać, czy ci, którzy wówczas uciekli, zostali wysiedleni,
            wybrali wyjazd i zostali wypędzeni, woleliby zostać w Polsce? I czy dzisiaj
            Niemcy byliby bardziej zadowoleni, gdyby nadal parę milionów ich rodaków
            mieszkało po 1945 roku w Czechach i w Polsce? Czy taki porządek polityczny
            byłby uznawany za bardziej sprawiedliwy i trwały? Kto twierdzi, że po II wojnie
            światowej możliwe było stworzenie w Polsce czegoś w rodzaju Szwajcarii, ten
            mówi nonsensy. Kto zatem potępia wysiedlenie jako wypędzenie, w istocie potępia
            zmianę granic, podważa prawowitość obecnego porządku terytorialnego, nawet
            jeśli nie czyni tego explicite albo nie zdaje sobie z tego sprawy.

            Absolutne zasady mają to do siebie, że nie dają się konsekwentnie stosować w
            tym, tak niekonsekwentnym świecie. Nie może więc dziwić, że wielu niemieckich
            polityków, którzy powtarzają, że każde wypędzenie jest zbrodnią i bezprawiem,
            uważa jednocześnie, że należy bezwzględnie wydalać cudzoziemców popełniających
            przestępstwa kryminalne (nie mówiąc już o działaniu na szkodę państwa
            niemieckiego), nawet wtedy, gdy chodzi na przykład o urodzone i wychowane w
            Niemczech dzieci tureckich gastarbeiterów. One nie mają żadnych nienaruszalnych
            praw do stron rodzinnych.

            Takie porównanie byłoby przyjęte przez "wypędzonych" z oburzeniem - wszak nie
            chodzi po prostu o strony rodzinne, lecz o "odwieczne" strony rodzinne, strony,
            w których jakaś grupa była zasiedziała; nie o Heimat, lecz o "eine angestammte
            Heimat" (ojczyznę rodową, dziedziczną - red.). Ile jednak lat musi upłynąć,
            żeby "Heimat" stała się "angestammt"? W wypadku pani Steinbach wystarczyło ich
            parę, by nabyła praw do Rumi, lecz moja wychowana w Niemczech i urodzona przed
            17 laty w Bielefeld córka musi ciągle składać podanie o zezwolenie na pobyt w
            Niemczech na podstawie skrupulatnie sprawdzanego zaświadczenia, że ciągle
            jeszcze chodzi do szkoły. Okazuje się, że w jej przypadku nie istnieje żadne
            naturalne prawo do stron ojczystych, decydujące jest obywatelstwo, prawa nabyte
            lub nadane politycznie.

            Ta dziwna selektywność sprawia, że Peter Glotz wzywa rząd niemiecki do
            zaangażowania się w walkę przeciwko wypędzeniom, ale zapomina zaapelować do
            niego o natychmiastowe zerwanie stosunków dyplomatycznych z Rosją, która
            dokonuje czystek etnicznych w Czeczenii - i to teraz, a nie 50 lat temu.

            W tej selektywności i arbitralności daje się zauważyć dziwna prawidłowość. Oto
            do Polaków zazwyczaj stosuje się nieco inne miary niż np. do Rosjan, a także do
            wielu innych narodów. Narody, powiada się, mają prawo do życia w
            bezpieczeństwie, państwa mogą podejmować działania w obronie swojej
            integralności terytorialnej i zwalczać terroryzm. Ale nie stosuje się to już na
            przykład do II Rzeczypospolitej. Ponadto zwykle okazuje się, że Polacy stawali
            się ofiarami z jakichś innych, mniej totalitarnych i mniej nacjonalistycznych
            powodów, najczęściej po prostu z powodu swego własnego nacjonalizmu.

            We wspomnianej książce niemiecki historyk Philipp Teer tak opisuje konflikt
            polsko-ukraiński: "Polska mniejszość we wschodniej Galicji dążyła do zachowania
            polskiego państwa, które obejmowało także regiony z większością ludności
            ukraińskiej. Pod koniec 1942 roku radykalni ukraińscy nacjonaliści chcieli
            wykorzystać sposobność, jaka nadarzyła się dzięki niemieckiej okupacji, do
            stworzenia własnego państwa. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów zaczęła
            wypędzać Polaków w 1942 roku. Około trzystu tysięcy Polaków uciekło ze
            wschodnich terytoriów Polski na zachód, za San. Polskie podziemie próbowało w
            odwecie wyprzeć Ukraińców z kontrolowanych przez nich terenów. Od 1944 roku
            polskie i ukraińskie oddziały militarne nie tylko walczyły ze sobą, ale także
            masakrowały całe wioski. W 1945 r. donoszono o morderstwach popełnianych na
            ciężarnych kobietach, starcach i małych dzieciach. Akty przemocy wobec Żydów
            trwały nawet po 1945 roku." Czytając takie opisy, łatwiej można zrozumieć,
            dlaczego według statystyk pewnego profesora, bodajże z Honolulu, Polacy należą
            do narodów najbardziej ludobójczych.

            Topniejący boński kapitał

            Nie można też nie zauważyć, że w Niemczech przemiany aksjologicznej wyobraźni i
            stosunku do przeszłości idą w parze z przemianami politycznymi. Niemcy chcą
            kształtować losy Europy i świata, "eksportować swój etos". Tym razem oczywiście
            nie etos militarystyczny, wręcz przeciwnie - etos pokojowego multilateralizmu,
            etos uniwersalnych zasad, choć okazuje się, że do tego eksportu niezbędna jest
            europejska armia. Niemcy są przekonani, że w przeciwieństwie do Polski bronią
            uniwersalnych wartości: w sprawie Iraku - pokoju, w sprawie wpędzenia - praw
            człowieka, w sporze o konstytucję - wspólnej Europy przed egoizmem narodowym.
            To, że te uniwersalne zasady nie są sprzeczne z interesami narodowymi, a nawet
            je wspierają i artykułują, potwierdza tylko ich aspiracje do roli światowego
            eksportera etosu.

            Poczucie odzyskanej suwerenności, chęć odgrywania znaczącej roli w świecie i
            przywódczej w Europie sprawiają, że zrodziła się polityczna potrzeba nowej
            świadomości historycznej. Ostatnio prasa niemiecka dużo pisała na temat nowej
            książki Egona Bahra, ideologa SPD, kiedyś architekta zachodnioniemieckiej
            polityki wschodniej, w której broni on pojęcia "niemieckiej drogi". Ostrzega,
            że jeśli Niemcy nie pójdą własną drogą, staną się obiektem gry interesów innych
            państw. Wskazuje zarazem, że sposób, w jaki Niemcy odnosili się do swej
            przeszłości, był przeszkodą na owej niemieckiej drodze. Dawna ekspiacyjna
            postawa, nadmierna, "psychopatyczna" skrucha i pokora hamowały i paraliżowały.
            Tę tezę od dawna głosili konserwatywni intelektualiści, nazywani przez
            przeciwników "neowilhelmianami" i ostro krytykowani za to, że marzą o
            restauracji III Rzeszy. Obecnie myśl ta staje się uznanym elementem nowej
            kultury politycznej republiki berlińskiej.

            Dążenie do "normalności" jest zrozumiałe, jeśli się ją właściwie pojmuje. Na
            pewno jest jednak przedwczesne. Jeśli bowiem dopiero po 1989 roku, po upadku
            muru berlińskiego, Niemcy odzyskali suwerenność, to skrucha, "przezwyciężanie
            przeszłości" nie było własną suwerenną decyzją, odbywało się pod naciskiem.
            Przez długie lata to nie Niemcy kontrolowali swoją pamięć zbiorową. Dopiero
            teraz nadszedł więc czas prawdziwej próby. Tym bardziej że odzyskanie
            suwerenności oznacza także ponowne spotkanie się ze "Wschodem", zmianę
            położenia geopolitycznego. Niemcy stały się znowu państwem środkowoeuropejskim.
            W pewnym sensie w Europie Środkowej II wojna światowa skończyła się dopiero w
            1989 roku, gdy upadło sowieckie imperium. To sprawia, że ta część historii,
            która wydawała się całkowicie zamknięta, zakończona, nabrała aktualnych
            znaczeń. Dopiero teraz okaże się, czy Niemcy będą potrafili wyciągnąć z niej
            właściwe wnioski.

            • msciwoj24 Re: NIEMCY GDY OFIARY STAJĄ SIĘ OPRAWCAMI 01.11.03, 23:48
              Niestety, trudno się oprzeć wrażeniu, że nie najlepiej zdają ten egzamin.
              Wielki kapitał zaufania, jaki zgromadziła republika bońska, może szybko zostać
              roztrwoniony przez republikę berlińską. Niektórzy niemieccy intelektualiści, na
              przykład J?rgen Habermas, sądzą, że trzeba obecnie bronić wartości
              amerykańskich przed samymi Amerykanami. Znacznie pilniejszym zadaniem wydaje mi
              się obrona obecności wartości republiki bońskiej w kulturze politycznej
              republiki berlińskiej. Dawna RFN spajała - jak słusznie przypomniał
              niedawno "The Economist" - Europę z Ameryką, a w ramach Europy państwa mniejsze
              z większymi. Teraz coraz wyraźniej widać, że brak takiego spoiwa zagraża
              zarówno stosunkom Europy ze Stanami Zjednoczonymi, jak i stosunkom wewnątrz
              Europy.

              Różne wnioski z wypędzenia

              Cora Stephan ma rację - nie wszystko zaczęło się od Hitlera. Zaczęło się od
              poczucia krzywdy, od nieumiejętności pogodzenia się Niemców z rezultatami I
              wojny światowej, z niepodległością Polski i Czech, z faktem, że wielu Niemcom
              przyszło żyć jako mniejszość w nowo powstałych państwach. Wysiedlenie Niemców
              zyskało polityczną i moralną aprobatę opinii światowej nie tylko z powodu
              zbrodni hitlerowskich, ale także dlatego, że po 1918 roku Niemcy nieustannie
              powoływały się na fakt istnienia tak dużych mniejszości niemieckich, aby
              podważać porządek europejski.

              Z pamięci o wysiedleniu i wypędzeniu można wyciągać różne wnioski. Istnieje
              zasadnicza różnica między stanowiskiem, wedle którego samo wysiedlenie było
              zbrodnią, a stanowiskiem, które potępia sposób, w jaki się ono dokonało, i
              popełnione wówczas kryminalne akty. Czym innym jest widzieć w wysiedleniu i
              wypędzeniu dziejową tragedię, która przyniosła cierpienia także tym Niemcom,
              którzy nie ponosili osobistej winy za reżim Hitlera, a co innego negować ich
              odpowiedzialność polityczną, moralną i historyczną - także za własny los.
              Pamięć o wygnaniu może oznaczać zapiekłość, narcystyczną koncentrację na sobie,
              może wzmacniać przekonanie o bezwzględnej słuszności własnej racji i wyższości
              własnego "etosu" - tę wadę charakteru, którą po niemiecku nazywa
              się "Rechtshaberei" i która niestety jest bardzo rozpowszechniona nad Szprewą,
              Renem i Wezerą.

              Gdyby Centrum przeciw Wypędzeniom rzeczywiście powstało w Berlinie w
              proponowanym kształcie, stałoby się świadectwem porażki Niemiec, świadectwem
              tego, że po raz kolejny w historii nie są w stanie sprostać historycznemu
              zadaniu ułożenia relacji z Czechami i Polską na innych zasadach niż w
              przeszłości, że nie potrafią inaczej określić swej roli w Europie
              Środkowowschodniej, że znowu stają się więźniami przeszłości. Jak pokazuje
              historia, skutki tej nieumiejętności ostatecznie zawsze obracały się przeciw
              nim samym.

              Autor jest socjologiem i filozofem, profesorem uniwersytetu w Bremie i
              Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie

              www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_031031/plus_minus_a_3.html
              • borslaw Re: NIEMCY GDY OFIARY STAJĄ SIĘ OPRAWCAMI 01.11.03, 23:54
                niemcy robią (z ich punktu widzenia)słusznie.
                a my musimy dać im kopa i tyle.
Pełna wersja