msciwoj24
01.11.03, 23:43
Docierające do Niemiec informacje o polskiej debacie na temat Centrum
przeciwko Wypędzeniom przyjmowane są podobno ze zdziwieniem, niedowierzaniem,
czasami z oburzeniem lub smutkiem, zależnie od stopnia przychylności dla
Polski i Polaków. Podobnie jak w wypadku wojny z Irakiem zawiedliśmy Niemców,
i to bynajmniej nie tylko panią Steinbach, która niewiele się po nas
spodziewa, lecz znaczną część oświeconej, proeuropejskiej opinii publicznej.
Dyskusja rozpoczęta przez "Rzeczpospolitą" zaskoczyła niemiecką opinię
polityczną. Nie spodziewano się tak stanowczego i prawie jednomyślnego
sprzeciwu wobec idei budowy centrum. Argumenty, które padły, wyrażane opinie
uznane zostały za przesadzone, niesprawiedliwe, często wręcz obraźliwe. I gdy
w Polsce inicjatywa budowy centrum i przemiany niemieckiej pamięci zbiorowej
uznane zostały za niebezpieczny powrót do nacjonalistycznych tonów, to według
niemieckich krytyków sprawa ma się zgoła odwrotnie: to w polskiej debacie
dały znać o sobie nacjonalizm, etnocentryzm, a także antyniemieckie
uprzedzenia i irracjonalne lęki.
Najgłębsze różnice
Nie ulega wątpliwości, że polscy dyskutanci trochę ułatwiali sobie zadanie,
koncentrując się w swej krytyce tylko na Związku Wypędzonych i osobie
przewodniczącej. Tymczasem istotniejsze jest pytanie, dlaczego propozycja
budowy centrum zyskała w Niemczech tak wielkie poparcie społeczne i
polityczne, i to nawet wśród ludzi, którzy dotychczas zachowywali krytyczny
dystans wobec Związku Wypędzonych, jego rozumienia przeszłości i wizji
przyszłości stosunków polsko-niemieckich i którzy w żadnym razie nie
chcieliby wybielać niemieckiej przeszłości. Czy odmienne reakcje, czy
oskarżanie się nawzajem o wywoływanie demonów przeszłości nie pokazują, że
istnieją zasadnicze różnice między Polakami i Niemcami, i to tymi pełnymi
dobrej woli, którzy chcieliby, aby wzajemne stosunki układały się jak
najlepiej? Czy nie dzieli nas nasze rozumienie historii Europy Środkowej,
nasze rozumienie tego, co było i jest sprawiedliwe, oraz tego, co
jest "nacjonalizmem", a co nim nie jest?
Jeśli tak jest, to nawet porzucenie idei budowy centrum nie będzie oznaczało
zniknięcia problemu. Prędzej czy później spór rozgorzeje na nowo. Budowa
inaczej pomyślanego centrum, pod auspicjami Europy, nic nie zmieni, gdyż
wtedy także będą się musiały zderzyć różne sposoby widzenia i oceny
europejskiej historii XX wieku. Może się przy tym okazać, że jeszcze trudniej
będzie nam przekonać innych Europejczyków do naszych racji i ostatecznie o
kształcie europejskiej pamięci zadecydują inne czynniki - polityczne wpływy w
Unii i możliwości ekonomiczne. Jeśli zaś takie ogólnoeuropejskie centrum
utopi wszystko w niezobowiązującej ogólności, to zapewne nikt nie będzie
zadowolony - ani Niemcy, ani Polacy, ani Czesi - a spór będzie toczył się
gdzie indziej, na innej płaszczyźnie.
Apel do sumień
Mylą się w każdym razie ci, którzy sądzą, że w dążeniu do takiego
upamiętnienia "wypędzenia" chodzi tylko o jakiś niemiecki atawizm, o
rewanżystowski paroksyzm, o powrót do nastrojów lat trzydziestych. Są w
Niemczech ludzie, którzy tak myślą, ale stanowią zdecydowaną mniejszość czy
nawet margines. Twierdzi się raczej, że idea budowy centrum wyrasta
z "liberalnego antytotalitaryzmu", potępiającego czystki etniczne i akty
zemsty na całych zbiorowościach, występującego przeciw idei winy zbiorowej
oraz przeciwko nacjonalistycznej nienawiści. Gdyby inicjatorzy budowy centrum
posługiwali się retoryką antyeuropejską, gdyby kwestionowali polskie granice,
gdyby starali się pomniejszać lub negować zbrodnie Hitlera, gdyby głosili
antypolskie hasła, zapewne nie zyskaliby wielu zwolenników. Ale oni odwołują
się do praw człowieka, do niezbywalnego prawa do stron ojczystych, do zasad
humanitaryzmu. Apelują do wrażliwych sumień, do poczucia sprawiedliwości.
Uzasadniają swoje żądania nie w kategoriach narodowego partykularyzmu, lecz
kantowskiego uniwersalizmu. Swe sądy opatrują wielkim kwantyfikatorem: każde
wypędzenie jest zbrodnią, każde cierpienie zasługuje na współczucie itd.
I czy każdy wrażliwy człowiek nie musi przyznać, że przymusowe wysiedlenie
milionów Niemców było wielkim dramatem? Czyż może nie dostrzec cierpień, nad
którymi trzeba się "pochylić", skoro już nad tyloma innymi
się "pochylaliśmy". Jeśli każde "wypędzenie" jest zbrodnią, to również to nią
było, niezależnie od tego, co je poprzedzało i motywowało. Jeśli jednym z
podstawowych praw człowieka jest prawo do stron rodzinnych, to przymusowe
wysiedlenie, niezależnie od okoliczności, jest jego pogwałceniem i zasługuje
na potępienie.
Skoro tak, to wysuwane przez polskich dyskutantów zarzuty zdają się opierać
na zasadniczym nieporozumieniu lub wydają się wyrazem złej woli,
antyniemieckiego resentymentu. Skoro nie chodzi ani o usprawiedliwienie
narodowego socjalizmu, pomniejszenie jego zbrodni, ani o ich relatywizację,
nie ma sensu przypominać tego, co Niemcy wyrządzili Polakom. To, czym
zajmował się ojciec pani Steinbach, nie ma nic do rzeczy. Skoro dzisiaj nikt
nie kwestionuje polskich granic - które i tak przecież chcemy znieść w
zjednoczonej Europie, a jedną z najważniejszych zasad UE jest swoboda
osiedlania się - to czyż sugestia, jakoby chodziło o rewizję porządku
terytorialnego, nie jest sama w sobie oznaką reakcyjnego trwania w dawnych,
anachronicznych, narodowych - a więc nacjonalistycznych - stereotypach?
To więc nie ci, którzy chcieliby upamiętnić niemieckie cierpienia - na
przykład przez budowę Centrum przeciw Wypędzeniom albo Centrum przeciw
Ludobójczym Bombardowaniom Miast, w którym obok stałej ekspozycji pokazującej
los miast niemieckich zniszczonych przez RAF można by wspomnieć także
Hiroszimę i Warszawę, albo Centrum przeciw Dyktatom Politycznym i Aneksjom
Terytorialnym, gdzie obok stałej wystawy o Wersalu i Poczdamie mogłaby się
znaleźć wzmianka o rozbiorach Polski - ale ci, którzy się temu
przeciwstawiają, są antyeuropejskimi nacjonalistami. To oni chcą
usprawiedliwić wypędzenia, bombardowania, dyktat polityczny i aneksje
terytorialne, wszystkie te straszne rzeczy, których chcemy uniknąć, budując
wspólną Europę i których potępienie jest jej ideowym fundamentem. I to nie
wypędzonych należy łączyć z Hitlerem i nazizmem, ale wypędzających, gdyż
czystki etniczne, mordy popełniane wyłącznie z powodu tożsamości etnicznej,
rasowej bądź narodowej ofiar są przecież differentia specifica nazizmu.
Wypędzenie ludności niemieckiej było więc niczym innym niż kontynuacją
polityki nazistowskiej.