Dodaj do ulubionych

Moje miasto.

07.12.04, 16:53
Urodzilam sie w miescie ktore wskutek jednej z najbardziej brutalnych wojen w
historii ludzkosci i konsekwencji politycznych z niej wynikajacych w bardzo
krotkim czasie zmienilo calkowiecie swoje oblicze a jego historia , jezyk ,
tradycja zostala w moim ojczystym kraju przez kilkadziesiat lat ukrywana i
zamazywana.
Zmiany granic , przechodzenie niektorych prowincji ( np. Alzacji )z rak do
rak , z panstwa do panstwa byly rzecz normalna i codzienna w historii Europy.
Ale w 1945 roku nastapilo zjawisko niespotykane w historii : moja ojczyzna
zostala pozbawiona 1/3 swojego terytorium. Zabrano nam ziemi od kilkuset lat
zwiazane z nasza historia , tradycja , jezykiem.
W zamian dostalismy ziemie innego panstwa , ktore to ziemie byly bardzo
znaczaca czescia jego dziedzictwa i tradycji kulturowej.

Czesc mojego narodu wsadzono w pociag i przewieziono na zachod gdzie zupelnie
wbrew woli i checi wielu milionow ludzi osiedlono ich w domach i na ziemiach
narodu ktory od kilkuset lat tam mieszkal.

Oczywiscie pojawia sie problem winy i kary , agresora i ofiary.
Ale czy przesuniecie w tak brutalny i bezmyslny sposob granic dwoch panstw ,
narazenie na cierpienia i wykorzenienie wielu milionow ludzi da sie
czymkolwiek usprawiadliwic ?

Moje panstwo nalezalo do tych ktore wygralo wojne , ale przegralo w
rozgrywkach politycznych wielkich mocarstw.

Tyle historii w skrocie , Historii przez duze "H".

Ale tu chcialabym zaczac opwiesc o mojej wlasnej historii , o ludziach ktorzy
zostali wypedzeni z mojego miasta i o tych ktorzy w nim zamieszkali , o tym
jak krok po kroku poznawalam niezaklamana historie i jak moje miasto
odslanialo przede mna swoje prawdziwe oblicze.

Pierwsze zetkniecie z tym , ze w moim miescie mieszkali kiedys ludzie mowiacy
innym jezykiem niz moj ojczysty nastapilo bardzo wczesnie.
Jakies zamazane napisy na murach , studzienki kanalizacyjne z napisem
Breslau , znalezione w czasie zabawy na podworku fragmenty naczyn z napisami
Salz , Pfeffer.
Sasiadka Ruth , ktora nigdy nie nauczyla sie dobrze mowic po polsku a ktora
urodzila sie i wychowala w moim miescie tak samo tak ja.

Kran.
Obserwuj wątek
    • kanoka Re: Moje miasto. 07.12.04, 17:31
      > Urodzilam sie w miescie ktore wskutek jednej z najbardziej brutalnych wojen w
      > historii ludzkosci i konsekwencji politycznych z niej wynikajacych w bardzo
      > krotkim czasie
      ...podobnie jak cały naród, miało zniknąć z mapy świata....
      www.rzeczpospolita.pl/specjal_040529/specjal_a_5.html
    • nokata Re: Moje miasto. 07.12.04, 18:57
      Moim miastem urodzenia jest Lwow...

      Pamietam pierwsze lata swojego zycia, spedzone wsrod Ukraincow.
      Pamietam tez ich bezgraniczna milosc do samoistinnej i calkowita, wrecz histeryczna negacje tego co polskie.
      Pamietam punkt repatriacyjny w Czerwiensku, gdy jakims cudem udalo nam sie uciec z Rosii Sowieckiej.
      Dobrze pamietam lata spedzone na Slasku Opolskim z autochtonami. Pamietam tez bezgraniczna ich milosc do vaterlandu i calkowita negacje tego co polskie.
      Troche zycia zabral mi i Wroclaw. Chyba zawsze juz bedzie mi sie kojarzyl z przyjezdzajacymi luksusowymi atobusami, pelnymi graniczacej z samouwielbieniem dumy z siebie i slabo maskowanego poblazania dla Polakow, butnych i halasliwych niemieckich emerytow. I cielece zapatrzenie Polakow w "Europe".

      Dalej mozna by zacytowac bez wiekszych zmian posta JK...

      O czym to swiadczy?
      Nie, nie o mojej zlosliwosci, bo wprawdzie jest mi to nieobce, ale nie pale sie do tego w tym akurat momencie.
      Swiadczy to o smutku... Jaki mnie ogarnia. Nasi wczorajsi wrogowie sa dzis naszymu bracmi, i na odwrot. A i jedni i drudzy sa tak samo do nas przyjacielsko nastawieni.
      Jezeli ktokolwiek ma jakiekolwiek zludzenia co do deklaracji zyczliwosci ze strony sasiadow czy sojusznikow, polecam "Historia Polski" i "O czym nie wiedzieli Beck i Rydz smigly" (L.Wyszczelskiego).

      Nie moge tez zapomniec slow jednego z dzialaczy towarzystwa niemieckiego (nie pamietam, ("Zwiazku Slazakow" czy "Zwiazku Wypedzonych"): "My Was nie najedziemy czolgami, nasze wojska tu nie wkrocza, Mu Was wykupimy, a nasze czolgi sami zaprosicie".

      Nie moge tego zapomniec, chociaz minelo od tego czzsu ponad 20 lat.
      I nagle okazalo sie, ze to co bylo wtedy niewybredna kpina okazalo sie koszmarna rzeczywistoscia.

      Nie ma Wroclawia. Nie ma Breslau. Nie ma ulicy Pomorskiej, nie ma ulicy Rosendhallerstrasse... Jest Europa...
      Nie ma, J.Kran juz TEGO Wzgorza Polskiego gdzie latem jabole pod ogorka ze preclem ze straganu smakowaly jak nektar i ambrozja.
      Nie ma tez TEJ ulicy sw.Anny, gdzie sprzedawano mi "chlebny kwas" najlepszy na swiecie.

      Nie Unia jest winna temu. A my sami. Wchodzac do "europy" (a wmawia sie nam ze dopiero teraz w niej jestesmy, jakbysmy dotychczas mieszkali na wyspach Hoola-Goola) spalilismy swoje ubranie lowickie. Chociaz inni, jak Czesi czy Wegrzy goli nie weszli. weszla szara masa, ktora ma w wianie serwilizm – do kazdego wiernopoddanczość z falszywym podtekstem.

      Teraz "kroczem do Europy w sfiatlanom przyslosc". Nie wiem jak bedzie sie nazywac Wroclaw za 10 lat. Bardzo mozliwe ze Breslau. Tylko nie rozumiem, dlaczego Cottbus dalej nazywa sie Cottbus, a w Opolu mowilo sie o dwujezycznych tablicach z nazwa miasta.

      Nacjonalistyczna histeria z mojej strony? Dobrze, niech i tak bedzie.
      Ok 4 godzin temu na rondzie Wiatraczna, obok Uniwersamu widze trojke ukraincow. Spiewaja (fioletowi z zimna) swoje NARODOWE piosenki, maja plyty, kasety do sprzedazy. I mieli zbyt na to. Pokazcie mi gdzie tak nasi chwala sie swoja trdycja...
      Ze swojego doswiadczenia (a zyje ponad pol wieku) widze, ze jedyne co nam dobrze wychodzi, to potrzasanie szabelka. I to nie wazne w jakim celu.
      Powodz 1997 roku we Wroclawiu "ogladaly oczy moje". Po powodzi jakos nie brano sie sie do sprzatania, do poprawy tego co zepsula powod. Zamiast tego zaczeto sie odznaczac, i licytowac "Jakby nie ja, to Wroclaw by woda zmyla".

      Eeeeeech, woda na kawe mi sie przypala....
      Stara kostyczna zgaga ze mnie wylazi.
    • jes3 Re: Moje miasto. 07.12.04, 21:36
      Jestem z tego samego miasta, chociaż niestety, od dekady mieszkam 300
      kilometrów na wschód. To miasto było nie tylko niemieckie, ale i polskie /przez
      chwilę/, i czeskie, i zydowskie - po prostu europejskie.
      W czasie II wojny w zapamiętaniu i obłędzie zniszczyli je Niemcy, a później
      dzieła zniszczenia dokończyli Rosjanie /wywieżli co sie dało/ i
      Polacy /zniszczyli nie mniej/. I tylko chwilami widać wielkość dawnych
      architektów i budowniczych... Jestem w nim często i widzę jak próbuje odnaleźć
      swoja tożsamość, swoją uniwersalność, jak próbuje otrząsnąć się z naleciałości
      komunizmu.
      Historia, polityka i czas dzisiejszy - możnaby długo mówić. Ale dlaczego na
      ulicach, gdzie w dzieciństwie graliśmy w piłkę, nie ma już tych wielkich
      topoli, akacji i kasztanów? I dlaczego nikt nie posadził nowych? To nie powinno
      zależeć ani od historyków, ani poltyków ...
      Ja tego nie rozumiem i nie rozumieją tego krewni pani Ruth,o której piszesz,
      którzy przyjeżdżają tu, tak jak ja, szukać śladów swojego dziecinstwa.
      Jes
    • jan.kran Re: Moje miasto c. d. 07.12.04, 22:34
      Jednak dlugo historia mojego miasta nie miala dla mnie specjalnego znaczenia.
      Pierwszy raz zostalam skonfrontowana z faktem ze mieszkam w miescie z burzliwa
      i niezwykla historia jak mialam 18 lat.

      Do drzwi mojego mieszkania w ktorym sie urodzilam i wychowalam zadzwonili
      Kaethe i Werner.
      Dwoje obcych ludzi , bardzo oniesmielonych ,mowiacych jezykiem ktory slabo
      podowczas znalam .
      Okazalo sie sie , ze Kaethe przez wiele lat mieszkala wraz z rodzina w tym
      mieszkaniu i opuscila je zima 1945 roku.
      Cale zycie marzyla zeby je jeszcze raz zobaczyc.
      Z tego spotkania powstala wieloletnia przyjazn. Kaethe i Werner odwiedzali nas
      wielokrotnie , my bylismy kilka razy u Nich w Lipsku.To spotkanie po raz
      pierwszy uswiadomilo mi , ze sa ludzie dla ktorych moje miasto jest tak samo
      bliskie jak dla mnie choc mowimy roznymi jezykami i mieszkamy w innych krajach.

      Ale pierwsze spotkanie z moim miastem takim jakie ono bylo , zrozumienie jego
      znaczenia dla kultury i tradycji Niemiec nastapilo w Paryzu.

      Gdy mieszkalm w Polsce nie mialam nigdy okazji zobaczyc jak wygladalo moje
      miasto przed 1945. Nawet nie wolno bylo wymowic jego nazwy w brzmieniu jakie
      ono posiadalo przed ta data.

      Moje miasto bylo fenomenem stworzonym przez historykow kraju w ktorym
      mieszkalam.
      Posiadalo kilkusetletnia luke w swojej historii.
      Zostalo zalozone okolo roku 1000 , przez 300 lat bylo piastowskie, a nastepnie
      po 1945 roku wrocilo do Macierzy.
      Co sie dzialo w okresie 700 lat pomiedzy bylo pomijane milczeniem lub
      przedstawiane niezgodnie z prawda.

      W Paryzu odwiedzilam Instytut Goethego poniewaz chcialam znalezc mozliwosc
      nauki jezyka niemieckiego.
      Zajrzalam do biblioteki i wyszlam ze sterta albumow i ksiazek gdzie powtarzalo
      sie slowo Breslau.
      Przez kilka dni ogladalam i czytalam i nie moglam sie napatrzec.
      Zobaczylam ulice mojego dziecinstwa i mlodosci pelne napisow w malo znanym mi
      podowczas jezyku.
      Dowiedzialam sie , ze wiele budynkow , parkow , pomnikow zostalo stworzonych
      przez ludzi ktory mieszkali tam kilkaset lat i mowili innym jezykiewm niz moj
      ojczysty.
      Okazalo sie , ze wielu znanych pisarzy , poetow , naukowcow noszacych znane w
      niemieckiej kulturze i historii nazwiska urodzilo sie i wychowalo w moim
      miescie.

      Wyjechalam z Paryza , wyjechalam do innego kraju , kraju ktorego nieodlaczna
      czescia przez stulecia bylo moje miasto.

      Zaczelam sie uczyc jezyka tego kraju , pokochalam go , tam sie urodzily i
      wychowaly moje dzieci.
      Dzieci ktore od poczatku byly wychowywane w dzoch kulturach i jezykach.

      Zaczelam kupowac ksiazki o moim miescie. Poznawac jego historie i mialam coraz
      wieksza swiadomosc , ze mieszkancy kraju w ktorym zamieszkalam wprawdzie wiedza
      ze zostali wypedzeni i zabrano im czesc ich ojczyzny , ale rzadko zdaja sobie
      sprawe , ze moim rodakom zabrano rowniez czesc ich dziedzictwa i tradycji
      kulturowej.

      I mialam wiele spotkan z ludzmi wypedzonymi z mojego miasta , z ich dziecmi
      ktore wprawdzie urodzily i wychowaly sie w Niemczech , ale ze swiadomoscia ze
      ich korzenie sa w kraju w ktorym miedzkaja ludzie mowiacy innym niz oni
      jezykiem.
      Najpierw bylam nieufna i podejrzliwa do mieszkancow kraju w ktorym zamieszkalam.
      Zawsze w podswiadomosci tkwil we mnie schemat rewizjonizmu oraz Hupki i Czai.

      jednak powoli , krok po kroku zaczelam rozumiec ze ludzie kraju w ktorym
      zamieszkalam nie chca odebrac mojej ojczyznie ziem ktore przez stulecia
      nalezaly do Niemiec.
      Zaczelam rozmawiac z wypedzonymi , poznawac ich droge: poprzez strate
      wszystkiego co posiadali, trudne lata powojenne az do tego , ze zapuscili
      korzenie w nowym miejscu.
      I to ze ich sentyment do mojego miasta jest tylko tesknota i wspomnieniem a nie
      rewizjonizmem.
      K.
      • jes3 Re: Moje miasto c. d. 07.12.04, 23:29
        Lwów to dla mnie zagranica. Chylę czoła przed historią, ale osobiście nie czuję
        nawet tych naszych polskich sentymentów.
        Natomiast to jest moje miasto i moja ziemia - Dolny Śląsk jest /był?/ taki
        piękny. Bez wzgledu na to jak się nazywa ...
        I nie przeszkadza mi, że inni ludzie, mówiący innym językiem, czują tak samo.
        Jes
        • ada296 Re: Moje miasto c. d. 07.12.04, 23:34
          we Lwowie nie byłam
          ale będę
          mój dziadek to Lwowiak smile
    • dab12 Re: Moje miasto. 08.12.04, 00:17
      nie mam swojego miasta. wielokrotnie zmieniałam miejsce zamieszkania. Jak mnie
      ktoś pyta skąd jestem - odpowiadam z ziem odzyskanych. Bo zawsze mieszkałam na
      nich. Są moje. Nie przeszkadza mi, ze stary Niemiec mówi o swojej malej
      ojczyźnie. Ma do tego prawo. Ale ja mam tez. Mieszkając na pograniczu nie widzę
      innego wyjścia jak wzajemne zrozumienie. Oszołomów nie brak po każdej stronie.
      Nigdy nie czułam wyrzutów sumienia, że mieszkam na cudzej ziemi. Znam historię,
      zbieram informacje jak było tu przed wojną, nawet przez dłuższy czas bawiłam
      się w odtwarzanie ze starych widokówek planu nieistniejącej już starówki
      jednego miasteczka. Z przyjemnością szperam po archiwach, poznaję historię.
      We Wrocławiu przeżyłam chyba najlepsze swoje lata i jakoś nigdy nie miałam
      uczucia, ze nie jest mój. Autobusów pełnych Niemców nie pamiętam- mało mnie
      obchodzili. Ale pamiętam zwykłych Niemców, którzy zostali po wojnie- nic im
      nie było oszczędzone. Mam koleżankę Niemkę-Polkę, która nigdzie nie była u
      siebie. W Polsce poniżana jako dziecko niemieckie - tam jako dziecko polskie.
      Od niej można by się nauczyć tolerancji, przebaczania i wybaczania. Jako
      niemiecka tłumaczka swoją pracą bardzo pomogła mi (i nie tylko mi) zrozumieć
      drugą stronę.
      Byłam w Wilnie i Lwowie. Rozumiem sentyment ludzi do tych miast- są to jednak
      nie moje sentymenty. Cmentarze Łyczakowski i na Rosie wprowadzają w zadumę-
      ale dla mnie to czas miniony. Nie odczuwam potrzeby powrotu tych ziem. I
      rozumiem, ze dla Litwinów czy Ukraińców jestem tam obcokrajowcem- jak Niemiec
      dla mnie tu. I drażni mnie wielki krzyk na temat braku szacunku dla cmentarzy
      polskich na Litwie czy Ukrainie kiedy chodzę po parku, który kiedyś był
      cmentarzem niemieckim, kiedy widzę krawężnik na ulicy zrobiony ze starych płyt
      nagrobnych.
      pozdrowienia
      • lablafox Re: Moje miasto. 08.12.04, 09:26
        Cieszę sie dab 12 ,ze jesteś , juz martwiłąm sie ,że coś złego , mimo wszystko
        po tym wypadku Cię dopadło.
        Janie kranie - z tego co pamiętam nikt Niemców z Breslau nie wypędzał , sami
        zwiewali do siebie ,ze strachu przed m.innymi armią sowiecką .
        Ciekawe dlaczego?
        Wypędzani przez Niemców , po to aby miec mieszkania dla swoich to byli m.inn.
        Wielkopolanie.
        Z tobołkiem i w kierunku Warszawy , lub do Małopolski, albo do obozów , albo
        pod scianę.
        Trudno o uciekających , ze strachu przed karą za ........tu sobie wpiszcie co
        chcecie ,ale dotyczyć powinno skutków wojny , nazwać wypędzonymi.
        • felinecaline Re: Moje miasto. 08.12.04, 11:41
          Miasto, w ktorym sie urodzilam i mieszkalam jeszcze przed 20 laty tez
          bylo "dwojga imion" - a nawet trojga: Krolewska Huta = KoenigsHutte = Chorzow.
          Kiedy bylam mocno nieletnim brzdacem przy sprzyjajacej pogodzie z otwartych
          okien co bogatszych mieszkan w mojej dzielnicy rozlegala sie radiowa marszowo-
          defiladowa muzyczka malo wspolnego majaca z oberkiem czy krakowiaczkiem nie
          mowiac juz o polonezie. Panie, zwlaszcza starsze, takie w wieku mojej Babci
          liczac pieniadze recytowaly jakies dziwne zaklecie, nie "abrakadabra" a cos
          jakby: "funf und ziebzig" . Zazdroscilam mojej kolezance Rosemilie z przeciwka
          romantycznego imienia i jedwabistych, dlugich,kreconych wlosow, ona mi
          zazdroscila tego, ze mnie "pani" w szkole nie tlukla po palcach linijka za
          dziwny akcent i "filoka" czy "banke", ktorych ona nijak nie potrafila wyrugowac
          ze swojego slownictwa. Podziwialam piekna, smutna pania, zawsze w kapeluszu i w
          czerni snujaca sie czesto tuz pod murem naszego bloku - nie rozumialam, czemu o
          niej mowiono "przechrzta", uwielbialam bawic sie z jej wnuczkami o migdalowych
          oczach, ktore niestety szybko znikly z mojego podworkowego horyzontu.
          Mialam jeszcze innego kolege o dziwnym imieniu Stefanides o ciemnych kedziorach
          i niezaleznie od pory roku opalonej cerze.
          Miasto tuz obok historia zaszczycila tez podwojnym imieniem i to tak
          blyskawicznie, ze rano wsiadlysmy z Mama do tramwaju jadacego do Katowic a po
          15 minutach wysiadlysmy juz w Stalinogrodzie.
          Pojechalysmy tam do "komisu", bo wiesc gminna rozeszla sie w narodzie, ze "ONI
          znowu wyjechali", wiec zrodzila sie nadzieja, ze uda sie kupic dla mnie
          wymarzona "spiaca" lalke. Udalo sie, w pewnym momencie stanelam jak wryta na
          ulicy - zahipnotyzowala mnie z pobliskiej wystawy dosc zezowatym, bezmiernie
          smutnym spojrzeniem. Pokochalam ja natychmiast, bo byla jakas taka wlasnie
          przerazliwie smutna, porzucona, absolutnie nie na swoim miejscu. Mam ja do
          dzis...
          Kilka lat pozniej poznalam inna kolezanke o dziwnym akcencie, ktora opowiadala,
          ze jeszcze do niedawna mieszkala w jakiejs "Dierewni" - koniecznie chcialam,
          zeby te "miejscowosc" Tata pokazal mi na mapie...
          Dlugo pozniej poznalam inne miasta, ktore w roznych okresach swojego istnienia
          roznie sie nazywaly: np najpierw Lutecja, kilka wiekow pozniej...no, wlasnie -
          konkursowe pytanie za 5 punktow, jak? Albo Massalia a teraz?

          Znam i rzeke dwojga imion: w week-endy na jednym jej brzegu siedzi z wedka Jean
          i marzy o zlowieniu "zlotego leszcza" - "la brème d'or", na brzegu naprzeciwko
          Hans zaklada przynete na "Goldenebremm".
          Niezaleznie od wynikow polowu albo jeden albo drugi przechodzi przez most i
          obaj zgodnym krokiem ida lyknac pienistego produktu miejscowego browaru. W
          tygodniu pracuja razem w fabryce na wschodnim brzegu, dzieci Hansa przyjezdzaja
          na treningi sportowe na strone zachodnia. Oprocz nich bierze w nich udzial
          rowniez chmara innych dzieciakow - mniej lub bardziej smaglych czy wrecz o
          karnacji hebanu, o migdalowych lub skosnych oczach.
          15 lat temu padl - w sensie fizycznym- pewien mur. Czy przypadkiem w naszej
          mentalnosci nie konserwujemy nader skwapliwie podobnych murow? Zbudowanych z
          niewiedzy i ze strachu przed nieznanym, z zacietrzewionego poczucia krzywdy i
          wlasnej "lepszosci".


          • maryna04 Re: Moje miasto. 08.12.04, 23:39
            Z Wroclawia Niemcy cywilni uciekali przed zblizajacym sie frontem. Czego
            mialyby sie bac staruszki i staruszkowie oraz kobiety z dziecmi(oprocz
            radzieckich zolnierzy, ktorzy po pijaku lubili postrzelac i "zabawiac" sie)
            Tam, gdzie nie bylo frontu ogromna wiekszosc Niemcow nigdzie nie uciekala. Po
            zakonczeniu dzialan wojennych jedni wyjezdzali dobrowolnie, drudzy, jesli nie
            byli potrzebnymi specjalistami (w przemysle, gornictwie, infrastrukturze miast)
            pod przymusem, wolno bylo im zabrac 50 kg na osobe. Mieszkajac na Dolnym Slasku
            moje dziecinstwo spedzilam na koloniach z Niemcami, w moim miescie byly
            przynajmniej dwie szkoly niemieckie podstawowe, a w liceum klasa niemiecka.
            Chyba do polowy lat 60-tych 98% wyjechalo. Pamietam, ze w naszym domu mieszkali
            w suterynie staruszkowie - Heiderowie. Syn wyjechal duzo wczesniej. Potem ona
            umarla. Po kilku latach syn zabral jego do do Reichu, smutne bylo pozegnanie,
            bardzo nie chcialo mu sie jechac dokonac zywota w nieznanym. Naturalne.
            • jan.kran Re: Moje miasto. 11.12.04, 23:35
              maryna04 napisała:

              > Z Wroclawia Niemcy cywilni uciekali przed zblizajacym sie frontem. Czego
              > mialyby sie bac staruszki i staruszkowie oraz kobiety z dziecmi(oprocz
              > radzieckich zolnierzy, ktorzy po pijaku lubili postrzelac i "zabawiac" sie)
              > Tam, gdzie nie bylo frontu ogromna wiekszosc Niemcow nigdzie nie uciekala.
              Po
              > zakonczeniu dzialan wojennych jedni wyjezdzali dobrowolnie, drudzy, jesli nie
              > byli potrzebnymi specjalistami (w przemysle, gornictwie, infrastrukturze
              miast)
              >
              > pod przymusem, wolno bylo im zabrac 50 kg na osobe. Mieszkajac na Dolnym
              Slasku
              >
              > moje dziecinstwo spedzilam na koloniach z Niemcami, w moim miescie byly
              > przynajmniej dwie szkoly niemieckie podstawowe, a w liceum klasa niemiecka.
              > Chyba do polowy lat 60-tych 98% wyjechalo. Pamietam, ze w naszym domu
              mieszkali
              >
              > w suterynie staruszkowie - Heiderowie. Syn wyjechal duzo wczesniej. Potem ona
              > umarla. Po kilku latach syn zabral jego do do Reichu, smutne bylo
              pozegnanie,
              > bardzo nie chcialo mu sie jechac dokonac zywota w nieznanym. Naturalne.


              Nie wiem skad masz wiadmoosci na temat jak Niemcy wyjezdzali w 1945 roku ale
              nie sa one scisle.

              Moja Mama byla pierwsza polska urzedniczka ktora pojawila sie w polowie 1945
              roku w Langenbielau dzis Bielawa a Tato nalezal do grupu pierwszych kilku
              Polakow ktorzy z tejze Bielawy wysiedlali Nimcpw.

              Mam wspomnienia ukazaly sie w kilku ksiazkach.

              Ja nie dyskutuje tu winy i kary tylko probuje znalezc wlasna droge w sprawie
              porozumienia polsko - niemieckiego.

              Niemcy zapracowali sobie starannie na to co im los zgotowal.
              Ale irytuje mnie czarno - bialosc w polskiej prasie i u wielu Polakow.

              Jedynym sposobem na to zeby dobrze wspolzyc z sasiadem jest wiedziec o nim jak
              najwiecej.
              Niemcom tez wiele brakuje jezeli chodzi o wiedze na temat Polski.
              Tylko rozmowa i proba zrozumienia ma wedlug mnie sens .
              Kran.


              P.S. Lutecja i Massalia to Paryz i Marsylia.

    • tom_tam Re: Moje miasto. 09.12.04, 20:53
      Z miastem w ktorym sie urodzilem i przezylem dziecinstwo i mlodosc, laczy mnie
      coraz mniej.
      Mieszka tam jeszcze moja Matka i dzieciak ze swoja rodzina ale w dzielnicach
      i domach z ktorymi mnie nie lacza zadne wspomnienia.
      Miasto rozbudowalo sie o nowe potezne dzielnice w ktorych czuje sie obco a
      znane mnie jego fragmenty zmienily czesciowo wyglad i czesto nazwy ulic oraz
      placow - nie kojarzace mnie sie z samym miejscem.

      Przez 27 lat zamieszkiwania w tym miescie, naiwnie wydawalo mnie sie iz poza
      nim nie ma nigdzie na Swiecie miejsca gdzie moglbym zyc tak sympatycznie, milo
      i przyjemnie jak TAM smile.

      Zycie zweryfikowalo moje "wyobrazenia" smile.
      Juz wiem iz jest prawie dokladnie odwrotnie: gdzie indziej mozna zyc wcale
      nie "gorzej" a napewno sympatyczniej, milej i wygodniej.
      Z czasem, kultywowane czestymi kontaktami i wspolnota zainteresowan przyjaznie
      z kregiem bliskich mnie Przyjaciol urodzinych jak ja w tym miescie, z racji
      odleglosci i czesto roznych doswiadczen zyciowych przeksztalcily sie w luzne
      znajomosci, zreszta... wiekszosc z Nich, podobnie jak ja, z naszego miasta -
      (mniej lub bardziej swiadomie i dobrowolnie) "wyemigrowala".
      Sporadyczne i raczej przypadkowo-okolicznosciowe spotkania z Nimi - obydwu
      stronom wystarczaja juz zupelnie.
      Takich Znajomych - mam juz sporo na calym prawie Swiecie wiec nie jest to
      rowniez powod dla ktorego czul bym sie z miastem mego dziecinstwa specjalnie
      zwiazany.

      Z czasem, coraz mniej emocji laczy mnie z tym miejscem i odbieram je jak
      odwiedzajacy go stali mieszkancy Paryza, Mediolanu czy NYC - jestem w
      nim "gosciem".
      Latwiej mam bo jezyka nie zapomnialem i ... posiadam (chyba) nalecialosci
      specyficznej miejscowej "gwary" czy intonacji, bo czesto w rozmowie z
      mieszkancami innych czesci Polski slysze: ty to musisz byc z... Warszawy smile)).

      tom.
      • maryna04 Re: Moje miasto. 12.12.04, 01:15
        Masz racje Janie K. moje wiadomosci na temat jak wyjezdzali Niemcy sa
        niescisle, a juz na pewno nie dot. 45r. Jak bylo napisz cos o tym npdst.
        wspomnien Mamy. "Moje" miasta gdzie mieszkalam na Ziemiach Odzyskanych to Nowa
        Ruda, Klodzko i Walbrzych, czyli Neuerude, Waldenburg i ..? nie pamietam.
        Anegdota - w Ameryce mam kilka mebli "poniemieckich" po moich rodzicach,
        ktorymi podzielilismy sie z rodzenstwem. Uprzedzam - nie z szabru, a
        przydzielone przez komisje, bo byly w mieszkaniu, do ktorego wprowadzili sie
        moi rodzice. Kiedy chwalilam sie nimi przed przed mlodymi Polakami- dwukrotnie
        zapytano: co to za styl "poniemiecki"?
        • jan.kran Re: Moje miasto. 12.12.04, 01:24
          Maryna , ja Ci sie przyznam ze mi od lat chodzi po glowie ksiazka na temat
          stosunkow polsko - niemieckich w ktorych bym zebrala wspomnienia i przezycia
          moich Rodzicow , moje wlasne i moich dzieci.

          Nie chce zebys odczula , ze sie wymadrzam czy pouczam kogokolwiek.

          Jest wiele tematow dotyczacacych PL na ktore sie nie wypowiadam.

          Ale Niemcy to jest kraj ktory odegral i odgrywa nadal wielka role w moim zyciu.
          Siedem lat mieszkam w Norge, a jednak caly czas zyje jedna noga w Niemczech.
          Glownie przez moje dzieci.

          Tyle mam w glowie roznych rzeczy ktore chcialabym przkazac... Kran.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka