crazymary555
20.04.10, 12:36
Jesteśmy już 7 lat po ślubie. Nigdy nie było w naszym związku jakieś dłuższej sielanki, czasem trochę lepiej, czasem bardzo źle, ciche dni, kłótnie i te sprawy. W sumie przywykłam do tego, przy dziecku (synek 6 lat) staramy się nie kłócić i jakoś tam w miarę współpracować. Jestem samodzielna i całkowicie niezależna finansowo (prawo jazdy, własny samochód, stałą pracę, mieszkanie jest wspólne). To tak w wielkim skrócie aby naświetlić moją sytuacje. Jak wspomniałam wyżej przyzwyczaiłam się do tego, że nie jesteśmy dobrym małżeństwem, zgranym i wspierającym się. Mąż nigdy mi nie pomagał i nie pomaga w domu, czy przy dziecku, interesuje go tylko własna osoba, jego praca, po pracy komputer - zimą, resztę roku wędkarstwo, nic go nie obchodzi, czasem z łaski wyjdzie z nami na spacer, przy czym od razu marudzi, że już chce wracać. To ja nauczyłam naszego syna jeździć na rowerze, pływać to ja zajmuję się jego edukacją no słowem wszystkim! Wypominam to mężowi czasem, że inni ojcowie grają z synami w piłkę itp. ale jego to nie obchodzi.
Ale do rzeczy. Od niedawna jestem w ciąży, chciałam aby syn nie był jedynakiem a aż takiej "patologii" w domu nie ma, więc się zdecydowałam. I nie wiem czy to teraz przez te szalejące hormony ale mam wrażenie że już nie mogę z nim dłużej być.
Ciążę znoszę kiepsko, wszystkie klasyczne objawy, mąż ani razu nie spytał czy czegoś mi nie potrzeba, jak się czuję, nie zajął się w synkiem, mimo że ledwo chodziłam. Siatki z zakupami muszę mu wciskać do rąk bo sam nigdy nie weźmie ode mnie ciężarów, nie pomoże umyć okien, zawiesić firanek itp. Jak go o to proszę to on jedynie mówi, że przecież jeszcze jest czysto i mam tego nie robić. Ostatnio wyjechaliśmy do znajomych do Warszawy, chcieliśmy też trochę zwiedzić miasto, było mi ciężko chodzić a on tylko się wściekał, że za wolno idę, poganiał, nie chciał na chwilę usiąść ze mną i odpocząć. NO słowem ma w d... moją ciążę, moje samopoczucie i mnie w ogóle. Przy porodzie oczywiście nie będzie bo to moja sprawa przecież i być może będzie się mnie potem brzydził (tak powiedział).
W każdym razie miarka przebrała się wczoraj kiedy to poprosiłam aby poszedł poszukać synka bo nie widziałam go przed blokiem (gdzie miał się bawić), robiło się późno i martwiłam się. Byłam już w piżamie a poza tym ciężko biegać mi po schodach czy między blokami. Oczywiście powiedział że mam iść sama a jak nie to synek "sam się znajdzie prędzej czy później". Odczekałam pół godziny (tzn. przeryczałam że jest takim chamem) i znowu ale dosadniej wykrzyczałam mu że ma iść szukać dziecka! Prasował sobie koszule, więc wyrwałam mu ją a on ... no i właśnie zaczęło się, zaczął mnie bić dosyć mocno, uderzył mnie w głowę, potem raz jeszcze, próbowałam mu oddać, więc dostałam jeszcze kilka razy. No i tyle. nie mogę być z takim bydlakiem. ale myslę że jeszcze gorzej będzie mi samej, znaczy nie wyobrażam sobie tego. Oczywiście o jakiś przeprosinach nie ma mowy z jego strony, to on jest obrażony, bo zrobiłam awanturę i coś w ogóle od niego chciałam a dostałam bo jestem histeryczką. Nic to że jestem w ciąży, że przewróciłam się kilka razy. Poszłabym zrobić obdukcję ale po uderzeniach w głowę nie mam śladów.
Nie wiem co mam robić, boję się rozwodu, mieszkam w małej miejscowości ,synka nie nastawiam przeciwko ojcu więc on go kocha.
Nie wiem czy komuś chce się to wszystko czytać ale ja przynajmniej się wygadałam. choć tyle. bo komu o tym powiem? znajomym? Wszyscy go lubią, jest towarzyski, uchodzi za zróżnoważonego, wręcz flegmatyka... ech szkoda gadać. beznadzieja. Może ma ktoś podobne doświadczenia? prosze o radę.