babik
13.10.05, 01:09
Minie 5 miesięcy mojego pobytu w USA.
Szczerze powiedziawszy lekko jestem zmęczony tym krajem. Stosunki towarzyskie
są szczątkowe, tu kasa jest fetyszem i każdy za dolara by się dał pokroić.
Pęd, wszystko szybko, na nic nie ma czasu, miliony ludzi na ulicy NYC i każdy
gdzieś biegnie. To miasto mnie przytłacza, nie czuję się w nim najlepiej, ale
ze zdziwieniem zauważyłem, że już też biegam a nie chodzę po ulicy.
Fatalny stosunek Polaków do swoich ziomków, to oczywiście moja subiektywna
ocena starszego pokolenia. Nowe pokolenie imigrantów z Polski jest już inne.
Udało mi się spotkać parę naprawdę niesamowicie życzliwych osób.
Mówi się , że USA to współczesna wieża Babel i coś w tym jest, tutaj spotkasz
człowieka z każdego zakątka świata.
Oczywiście ja jako w czepku urodzony nie mam tak źle. Pracuję i to do tego w
swoim zawodzie, zarabiam całkiem przyzwoicie i nie mam co narzekać. Ale
czegoś mi brakuje (poza oczywiście najbliższymi), tych Polaków nocnego
gadania, tego że mogę wpaść do znajomych o każdej porze dnia i nocy i nikt
mnie nie wywali na zbity pysk. Brakuje mi również (ponieważ jestem straszną
gadułą) polskiej swobody wypowiedzi, to wiadomo wina mojego angielskiego,
który nie błyszczy jeszcze specjalnie.
No i samotność, która boli potwornie. Już wiem dlaczego niektórzy Polacy
strasznie się tutaj rozpijają, alkohol jest relatywnie bardzo tani. Jakoś tą
tęsknotę trzeba zabić. Dobrze , że choruję po alkoholu bo niechybnie bym
zasilił grono AA.
Nie czuję się szczęśliwy, chociaż otacza mnie opieką rodzina jak tylko może.
Czuję że zbliżam się do jakieś granicy, którą jak przekroczę to już nie
będzie odwrotu. I nie powiem, bardzo się tego obawiam.
Czasami mam wrażenie , że dźwigam cały świat na barkach jak ten biedaczek
Atlas.
Dzięki Bogu żyję i jakoś się toczy to wszystko do przodu.
I jak mówią "How you doing ?" , zawsze odpowiadam "Still alive, still alive".
Wzbudzam tym niezwykłą wesołość. Zupełnie nierozumiem czemu, ja to naprawdę
szczerze mówię.