pewien etap.
Mam nadzieję, że ostatecznie.
Bardzo, bardzo tego chcę i nawet powtarzam jak mantrę...
Wczoraj i dzisiaj przekonałam się, na kogo mogę liczyć, a na kogo nie.
Chociaż sytuacja była podbramkowa, pomocne okazały się tylko obce osoby. Teraz odetchnęłam z ulgą, że to jeszcze nie to, czego najbardziej się bałam i na co wskazywały objawy. Mogę się leczyć na razie w domu i mam nadzieję, że na takim leczeniu się skończy. Bo bardziej niż ognia bałam się iść do szpitala. Odczuwam ogromną ulgę i zaczynam leczenie. Ale mam nadzieję, że skutecznie wyleczyłam się już z tego chorego uczucia do człowieka, który nie okazał mi grama współczucia czy pomocy.
Tak, wiem, to brzmi jak kolejna kartka z pamiętniczka, ale chciałam się komuś wygadać. A komu, jeśli nie wam?
Ciągle mnie to zadziwia, od ponad roku, z jaką łatwością piszę tu do was. To jak w przedziale w pociągu, kiedy jadąc w daleką podróż, zaczynamy rozmowę ze współpasażerem, a kończy się na opowiedzeniu historii życia...
To chyba pierwszy pozytyw w mojej domowej kwarantannie. Że ulgę czuję podwójną. Aż mi się chce spać, bo chyba pierwszy raz od kilku dni zasnęłabym spokojnie.
Nigdy bym się nie spodziewała, że ten koronawirus przyniesie mi takie zmiany w życiu. Ale może tak właśnie miało być, że coś, czego się boimy, zmienia nasze życie niekoniecznie na złe...
Jak ktoś doczytał do końca, gratuluję cierpliwości. Jak jeszcze napisze też coś pozytywnego, to super