pan.scan
28.02.10, 14:37
Motto:
„Mamy dzisiaj w Polsce zjawisko szczególne, wzmożenia moralnego, napięcia
moralnego. Być może nawet jest to początek nowej polskiej moralnej
rewolucji. Jednej z tych rewolucji, które w ciągu ostatnich 200 lat w
różnych momentach nasz kraj zmieniały”.
Jarosław Kaczyński, Sejm RP, 2005
U schyłku rządów PiS, po wybuchu tzw. afery gruntowej, sejmowa komisja ds.
służb specjalnych przesłuchała Janusza Kaczmarka - byłego prokuratora
krajowego, a następnie ministra spraw wewnętrznych w rządzie Jarosława
Kaczyńskiego. Później, podczas utajnionego posiedzenia Sejmu, jego zeznanie
zostało odczytane wszystkim posłom. Kaczmarek zeznawał, że za rządów PiS
wszystkie sprawy z prokuratury, w których pojawiały się nazwiska znanych
polityków, natychmiast trafiały na biurko ówczesnego ministra
sprawiedliwości - Zbigniewa Ziobry. Tak miało być z historią dotyczącą
polityków lewicy: Wojciecha Olejniczaka i Krzysztofa Janika.
Poznaliśmy fragmenty relacji Kaczmarka. Informował on posłów, że do
prokuratury zgłosił się wówczas człowiek, którzy twierdził, że ci dwaj
politycy lewicy, stosując przemoc, wykorzystali go seksualnie. Wkrótce
okazało się, że rzekomy pokrzywdzony zgłasza się do różnych jednostek
prokuratury i wszędzie opowiada równie niewiarygodnie brzmiące historie.
Mimo to sprawa trafiła do Ziobry. Według Kaczmarka, miał on wówczas zwrócić
się do dwóch "zaprzyjaźnionych" dziennikarzy, z propozycją by opublikowali
artykuły na ten temat, a prokuratura na podstawie doniesień prasowych
będzie mogła wszcząć śledztwo. W ten sposób chciano, zdaniem Kaczmarka,
odwrócić uwagę opinii publicznej od seksafery w Samoobronie. Sprawa była
jednak tak "cienka", że żaden z dziennikarzy nie zdecydował się na
publikację.
Kaczmarek zeznał również, że politycy PiS poważnie zainteresowali się
sprawą rzekomego zażywania narkotyków przez jednego z najbliższych wówczas
współpracowników Donalda Tuska - późniejszego ministra sportu Mirosława
Drzewieckiego (dla pełności obrazu dodajmy, iż niedawno przed sejmową
komisją ds. nacisków Ludwik Dorn zeznał, że to Kaczmarek - jeszcze jako
prokurator krajowy - zainteresował tym tematem Zbigniewa Ziobrę i Jarosława
Kaczyńskiego).
Informacja ta pochodziła z zeznań gangstera Macieja W. ps. Waluś (licząc na
złagodzenie wyroku współpracował on z prokuraturą w śledztwie przeciwko
tzw. "młodemu miastu" - kilku łódzkim grupom przestępczym, które walczyły
ze sobą o schedę po rozbitej ośmiornicy). Zeznał on, że
dostarczał "miastowym" wysokiej jakości kokainę i że kilkakrotnie był
świadkiem, jak zażywał ją siedzący w towarzystwie gangsterów Drzewiecki.
Choć prokuratorzy nie byli pewni, czy Maciejowi W. chodziło o tego
Drzewieckiego (polityk PO ma brata, który miał problemy z narkotykami) i
choć przestępstwo - nawet jeśli popełnione - przedawniło się w 2003 r., to
odrębne śledztwo w tej sprawie prowadzono do jesieni ubiegłego roku.
W grudniu 2007 r., wkrótce po objęciu przez Mirosława Drzewieckiego funkcji
ministra sportu, na blogu europosła PiS Ryszarda Czarneckiego pojawił się
wpis: "Mirosław Drzewiecki, zwany dotąd Drzewkiem, ma mieć ksywkę Biały
Nos". Parę tygodni później, przygotowując artykuł o Drzewieckim, zapytałam
go o sprawę narkotyków. Twierdził, że był to jeden z wielu haków, jakie
przygotowywało PiS, aby skompromitować polityków PO. - Była wytypowana
piątka najważniejszych ludzi w Platformie: Tusk, Schetyna, Drzewiecki,
Nowak i Graś - przekonywał wówczas. Te właśnie osoby, według Drzewieckiego,
miały znaleźć się w kręgu szczególnego zainteresowania PiS.
Drzewiecki twierdził, że nie tylko jego nazwisko chciano powiązać ze sprawą
narkotyków: - Ma pani tutaj następnego faceta: Sikorski. Też chcieli go
wrobić w prochy. Też. No i co? (.) A Schetynę nie? (.) To jest najprostszy
pomysł, żeby kogoś skompromitować. Można mu coś podłożyć, podrzucić. Gdyby
ktoś panią nazwał [narkomanką] - to można zbadać. Ale na prowokacje tego
typu - nie ma rady - przekonywał. Gdy zauważyłam, że jeśli chodzi o
Schetynę - sugerowano raczej, że prowadził on w przeszłości podejrzane
biznesy, Drzewiecki odparł: - Jak się okazało, że nie biznesy - to różne
były sugestie. A wiem, co mówię.
Dziś Grzegorz Schetyna nie chce komentować tej sprawy. Gdy Roman Giertych
ogłosił w mediach, że Jarosław Kaczyński zastanawiał się jak Schetyna
zareagowałby na aresztowanie jego żony, szef klubu parlamentarnego PO
zachowywał się jakby pierwszy raz usłyszał o metodach, do jakich posuwali
się politycy PiS by skompromitować przeciwników.
Radosław Sikorski, pytany o narkotykowe haki przesłał nam
oświadczenie: "Istotnie docierały do mnie, z powtarzalnością,
uwiarygodnione sygnały, iż takie insynuacje się pojawiają. Pamiętam dobrze,
bo zbiegło się to w czasie z inspekcją w Żandarmerii [Wojskowej];
korzystając z okazji poddałem się testom i mam stosowny certyfikat
zaświadczający, iż nie stwierdzono u mnie nawet śladowej obecności
substancji odurzających".
Wizytę w Żandarmerii Sikorski złożył w styczniu 2007 r., jako minister
obrony narodowej w rządzie PiS. Media relacjonowały wówczas, że służyła ona
sprawdzeniu przygotowania ŻW do walki z problemem narkomanii wśród
żołnierzy wyjeżdżających na misję do Afganistanu. Dziś okazuje się, że mógł
być to pretekst, by poddać się badaniom i w ten sposób zdementować krążące
plotki.
Haki, manipulacje, plotki - za rządów PiS należały do kanonu działań
politycznych. Gromadzone lub tworzone kompromitujące informacje dotyczyły
nie tylko politycznych przeciwników, ale także urzędujących ministrów.
Minęły dwa lata odkąd partia Jarosława Kaczyńskiego pożegnała się z władzą,
a żadnej z opisanych spraw nie wyjaśniono. Haki i niby-haki wciąż żyją
swoim życiem.
O czym informuje ulubiona dziennikarka Hasza, Bianka Mikołajewska z PO-
lityki.
www.polityka.pl/kraj/analizy/1503782,1,jak-pis-zbieral-haki.read