Gość: Amigosan
IP: *.chp.or.jp
11.03.02, 23:15
Zacznijmy od tego, że w zasadzie są dwie szkoły życia. Jedna mówi, że dobrze
jest żyć, jeśli żyje się dobrze, a druga, że jeszcze lepiej jest umrzeć, kiedy
żyć już się nie da. Nie wdając się w dyskusje o to, kto ma rację, zajmijmy się
najpierw szkołą pierwszą.
Pamiętając, że poniżeni tutaj, wywyższeni będą tam, a prędzej wielbłąd
przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty trafi do Nieba, musimy wybrać pomiędzy
kilkudziesięcioma szczęśliwymi latami życia na Ziemi, a wiecznym szczęściem po
śmierci. Powiedzą niektórzy, że można żyć uczciwie i pełną piersią, a Pan nas
wynagrodzi. Pomijając niezwykłą trudność wprowadzenia w czyn tej teorii, a
także jej dyskusyjność, zadajmy sobie pytanie: a jeśli Pana nie ma? Wtedy cały
ten cyrk na nic. Tylko, że jest i druga strona tego medalu: najbardziej
przesrane ma człowiek niewierzący a uczciwy, bo taki za życia ma same kłopoty,
a i po śmierci na nagrodę nie może liczyć. Pozostaje nam więc palić i świeczkę,
i ogarek, płacąc przy konfesjonale składkę na ubezpieczalnię w postaci
spowiedzi. Nie ma tylko pewności, że Bóg będzie tolerował tego typu
ubezpieczenie.
Teraz sprawa druga, czyli rezygnacja z życia, gdy nam ono nie odpowiada. Wielu
uważa, że ponieważ przy narodzinach nikt się nas nie pyta, czy chcemy żyć, w
każdej chwili możemy z tego życia zrezygnować. Może to i prawda, ale nie ma
przecież żadnej pewności, że pozwoli się nam potem jeszcze raz spróbować.
Podsumowując: z życiem jak z samochodem - najwięcej traci się na nowym. Szkoda
tylko, że nie ma giełdy, gdzie można by kupić używane, sprawdzonej marki.