Dodaj do ulubionych

UTRACJUSZ RZECZPOSPOLITA

IP: *.ipt.aol.com 26.04.02, 11:42
Utracjusz Rzeczpospolita

Jesteśmy trzyipółkrotnie bardziej zadłużeni niż w epoce Gierka

Na początku lat osiemdziesiątych, kiedy kończyła się gierkowska dekada
pożyczek, polskie zadłużenie wynosiło 20 mld USD. Na początku lat
dziewięćdziesiątych, po zakończeniu dekady wojennego odrodzenia narodu, dług
wzrósł do 50 mld USD. Na początku XXI wieku, po dekadzie rynku i demokracji,
nasz debet przekroczył 70 mld USD. Wypada po dwa tysiące dolarów na każdego
Polaka i trzy tysiące dolarów na takiego, który płaci podatki.

Dług - teraz i wtedy, tam i tu
Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że podane liczby nie są w pełni
porównywalne. Dane sprzed 1990 r. obejmują tylko zadłużenie zewnętrzne.
Wewnętrznego długu nikt nie liczył - taka kategoria bowiem w socjalizmie nie
istniała. Jeżeli rząd potrzebował złotówek, po prostu je drukował. De iure
żadnego długu nie było, choć de facto owym kolosalnym długiem był narastający
nawis inflacyjny i towarzyszący mu "przejściowy powszechny brak wszystkiego".
Kiedyś zatem długu krajowego "nie było", a dzisiaj to on dominuje. 31 grudnia
2001 r., kiedy łączne zadłużenie skarbu państwa wynosiło 283,9 mld zł (czyli
71,2 mld USD), niemal dokładnie dwie trzecie tej kwoty pochodziło z kraju.
Dzisiaj, gdy władza chce wydać pieniądze, których nie ma, musi je pożyczyć. A
ponieważ łatwiej pożycza się w kraju, zapożycza się przede wszystkim na rynku
wewnętrznym. To dlatego między innymi zadłużenie zagraniczne maleje. W ubiegłym
roku (choćby dzięki spektakularnej transakcji spłaty 2 mld USD długu wobec
Brazylii) zmniejszyło się ono o 18 proc. - do 25 mld USD. Dług wewnętrzny
natomiast rośnie bardzo szybko. Tylko w 2001 r. powiększył się prawie o 40 mld
zł, czyli o 27 proc.

Ciężka grypa lub przewlekły syfilis
To dobrze, że wierzycielami państwa są obywatele i podmioty gospodarcze RP,
dzięki temu Polska nie jest na łasce zachodnich bankierów - orzec może ten i ów
z czytelników. Niestety - niedobrze. Albo dokładniej, równie źle. Pożyczanie za
granicą ma te negatywne konsekwencje, że powoduje wzmożony napływ walut i
zawyża kurs złotego. Poprzez dodatkowe emisje pieniądza tworzy także presję
inflacyjną. Pożyczki krajowe nie powiększają wprawdzie obiegu pieniężnego,
czyli nie powodują wzrostu cen, ogołacają natomiast z kapitału krajowy rynek
finansowy i przyczyniają się do wzrostu stóp procentowych. Sprowadza się to
zatem do alternatywy: ciężka grypa albo przewlekły syfilis.
Mało istotne jest zatem źródło pożyczanych pieniędzy. Naprawdę ważna jest skala
pożyczek. I tu nie da się wymyślić nic mądrzejszego ponad mądrość ludową
zawartą w porzekadle - dobry zwyczaj, nie pożyczaj. Długi są miłe w chwili,
kiedy się je zaciąga. Radość mija jednak, kiedy trzeba płacić odsetki i raty. W
2001 r. obsługa długu kosztowała budżet państwa 22 mld zł.
I o te 22 mld zł mniej było pieniędzy na bieżące wydatki. W tym roku
zaplanowano w ustawie budżetowej na ten cel już 26 mld zł, ale wszystko
wskazuje na to, że jest to zaniżona kwota.
Zrozumiałe jest zatem, że wicepremier Marek Belka chciałby wzrost długu
zahamować. Zarówno w polskiej konstytucji, jak i ustawodawstwie unijnym mamy
bowiem jasno określoną górną granicę państwowego długu publicznego. Wynosi ona
trzy piąte PKB. Dodatkowo prawo polskie nakłada na rząd zakaz powiększania
deficytu budżetowego z chwilą, gdy relacja dług - PKB wynosi 0,5. Tymczasem do
owych wskaźników niebezpiecznie zaczynamy się zbliżać.


Model Ivara Kreugera
W dodatku martwi nas bardzo Marek Pol i jego pomysły. Ostatni z nich to
sekurytyzacja. Sekurytyzacja jest sposobem na pożyczenie pieniędzy bez
powiększania długu. Można to zrobić, sprzedając przyszłe dochody budżetu
państwa (z podatków - na przykład winiet - z ceł, z akcyzy i z czego kto tam
jeszcze chce). Jak łatwo zauważyć, dług w takim wypadku się nie powiększa.
Zmniejszają się jedynie przyszłe dochody.
"To przecież wszystko jedno" - zawoła czytelnik. "Przecież, jeśli pożyczamy
dzisiaj, jutro spłacamy dług i mamy mniej do wydania. Jeśli, zamiast pożyczyć,
sprzedamy przyszłe dochody, jutro także ich nie będziemy mieli i rezultat
będzie taki sam". Ano właśnie. Tak będzie. Albo jeszcze gorzej. Bo sprzedaż
przyszłych dochodów budżetowych oznacza transfer dochodów z budżetu do sektora
prywatnego oraz poszerzenie niebezpiecznego i korupcjogennego styku polityki i
biznesu.
Tak na prawdę jednak sekurytyzacja jest metodą starą jak świat. Zadłużeni
królowie chętnie oddawali w dzierżawę dochody ze swych mennic. W Polsce
zastosowano ją w 1925 r., oddając Ivarowi Kreugerowi za dwie pożyczki (6 mln
USD i 32,4 mln USD) Państwowy Monopol Zapałczany. Transakcja ta i jej smutny
finał ma obfitą literaturę.

Zła wiadomość na koniec
Na koniec mamy dla czytelników złą wiadomość. Dług skarbu państwa to nie
wszystko. Pojęciem szerszym jest "państwowy dług publiczny". Jest to zadłużenie
wszystkich podmiotów należących do sektora finansów publicznych. Skarb państwa
ma w tym długu największy udział. Nie wiadomo jednak dokładnie jaki (podawane
liczby - około 95 proc. - należy traktować jedynie jako orientacyjne). Reszta
długu to zadłużenie jednostek budżetowych, agencji rządowych, funduszy
celowych, kas chorych, ZUS i samorządów. I choć te wielkości znane są jedynie w
przybliżeniu określanym przez młodzież słowami "circa about", nie są to długi
małe. A co więcej, szybko rosną. Tylko samorządy swoje długi potrafiły podwoić
w ciągu dwóch lat.
Do wspominanego przez marka Belkę "sufitu", jakim jest zadłużenie w wysokości
60 proc. PKB, została nam przestrzeń mierzona sumą niespełna 20 mld USD. Dużo?
Możemy spać spokojnie? Niekoniecznie. W Argentynie zadłużenie państwa (w
przeliczeniu na liczbę obywateli) było podobne. I nagle nastąpił krach.

Piotr Andrzejewski
Michał Zieliński
Cezary Józefiak
członek Rady Polityki Pieniężnej
Wzrost długu publicznego jest zjawiskiem niepokojącym, choć
przekroczenie "konstytucyjnej" granicy 60 proc. jeszcze nam nie grozi. Bardziej
niepokoi mnie coś innego. W kontekście rosnącego długu znów przybiera na sile
spór między ekonomistami reprezentującymi punkt widzenia banku centralnego a
ekspertami rządowymi. Ci pierwsi twierdzą, że Polska po wejściu do Unii
Europejskiej powinna jak najszybciej znaleźć się w strefie euro, czerpiąc
wynikające z tego korzyści. Ekonomiści rządowi uważają natomiast, że nie należy
się z tym spieszyć. Jest to związane z polityką zwiększania długu publicznego i
niedocenianiem niebezpieczeństwa inflacji. Niezależne instytucje przewidują, że
deficyt budżetowy w najbliższych latach wzrośnie do 6 proc. Myślę, że rząd,
prowadząc taką politykę, tak naprawdę nie widzi sposobu na ograniczanie
wydatków publicznych.

Karol Lutkowski
były minister finansów
Rosnący dług publiczny jest niebezpieczny dlatego, że rynkowe stopy procentowe
nie znajdują się pod pełną kontrolą NBP. Pamiętajmy, że kryzysy w Turcji i
Argentynie rozpoczęły się, gdy tamtejsze rządy usiłowały prolongować stare
długi, wypuszczając nowe obligacje, a tymczasem stopy procentowe w pewnym
momencie gwałtownie wzrosły. Wyższe stopy powodują automatycznie podwyższenie
wartości długu - zarówno nowego, związanego z aktualnym deficytem budżetowym,
jak i starego, którego spłata odraczana jest przez kolejne emisje obligacji i
innych papierów wartościowych. W tamtych krajach sytua-cja wymknęła się spod
kontroli. Nam to jeszcze nie grozi, ale w sytuacji gdy dług jest wysoki i do
tego ciągle rośnie - może zagrozić.


Czy znajdzie sie w Polsce nareszcie rzad, ktory bedzie umial ukrocic wszelkie
oszustwa i tych maluczkich (falszywe renty, zasilki, drobne zlodziejstwa,
pomijanie prawa za lapowki, powszechne oszustwa podatkowe) i te wielkie,
popelniane bezwstydnie takze przez wybrancow narodu.
Nie mozemy liczyc na idiototow z Unii, ktorzy nam beda doplacac z wlasnej
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka