Dodaj do ulubionych

KULTURALNI WROGOWIE WOLNOŚCI

IP: *.net.bialystok.pl 12.07.01, 12:25
Jacek Sierpiński

Niedawno grupa reżyserów, wśród nich tak znane nazwiska jak Andrzej Wajda,
Krzysztof Zanussi i Jerzy Kawalerowicz, wystąpiła z żądaniem ustanowienia
regulacji prawnych zakazujących nadawania programów typu reality show (czyli
takich jak "Big Brother", "Dwa Światy" itp.), w szczególności zaś zakazania
prywatnej telewizji Polsat emisji ich najnowszego programu tego
rodzaju, "Amazonek". Uzasadniając swoje żądania, reżyserzy stwierdzili, iż
programy te są "coraz drastyczniejsze" i "wystawiają na sprzedaż coraz to
intymniejsze sfery życia".

Innymi słowy, laureat Oscara i jego koledzy po fachu domagają się ustanowienia
specjalnej cenzury. Ich zdaniem telewidzowie nie mają prawa oglądać programów,
które są zbyt drastyczne i pokazują "coraz to intymniejsze strony życia" nawet
jeśli znajdzie się stacja telewizyjna, która chce im to pokazywać i osoby,
które zgodzą się dobrowolnie w takich programach wystąpić, obnażając
swoje "intymne strony". Najwyraźniej powinni mieć prawo oglądać tylko to, co
aprobują polscy reżyserzy. Oczywiście, gdyby urzędnicy Krajowej Rady Radiofonii
i Telewizji lub parlament zakazały pokazywania w telewizji "Człowieka z
żelaza", antycenzorski protest p. Wajdy i jego kolegów słychać byłoby na całym
świecie. Bo przecież jeśli ktoś Kalemu ukraść... przepraszam, cenzurować
program to zły uczynek, ale jeśli Kali komuś cenzurować program, to dobry
uczynek.

Te cenzorskie zapędy panów i pań reżyserów doczekały się w mediach słów
krytyki, ale i słów poparcia. Popierający powoływali się głównie na prawo
uczestników reality shows do intymności, które jakoby jest naruszane. Jakoś
nikt z nich nie uznał za istotną okoliczności, że osoby uczestniczące w tego
typu programach zrzekają się tego prawa z własnej woli. Widać
wielu "intelektualistów" ma problemy ze zrozumieniem, czym różni się prawo od
obowiązku. "Prawo do czegoś" to dla nich nie wolność wyboru tego czegoś - to
przymus wyboru tego czegoś.

Nie jest to pierwszy przejaw aroganckiego lekceważenia przez tzw. "ludzi
kultury" wolności wyboru innych ludzi (w szczególności zwolenników
tzw. "kultury masowej"). Od dłuższego czasu trwa kampania twórców i konsumentów
tzw. "kultury wysokiej" przypominająca "masom", że mają one psi obowiązek
płacić na to, by ci pierwsi mogli tworzyć i docierać ze swą twórczością do
wszystkich, którzy chcą się nią delektować. Środkiem to umożliwiającym ma być
opłacana z przymusowego "abonamentu" (czyli de facto specjalnego podatku od
posiadania telewizora i radia) telewizja publiczna. Uważają tak nawet ci,
którzy niespecjalnie chętni są zakazywaniu tych czy innych produktów "kultury
masowej" i raczej nie lubią cenzury. Jak stwierdziła bez ogródek w "Gazecie
Wyborczej" p. Teresa Bogucka: telewizja publiczna "jest utrzymywana z podatku,
ale to nie znaczy, że ma zaspokajać gusty abonentów". O nie! Ma zaspokajać
gusty kulturalnej elity - tych, którzy chcą oglądać "rzeczy wartościowe".
Amator oper mydlanych, reality shows czy komiksów z Cartoon Networks może sobie
je oglądać, ale pod warunkiem, że dopłaca do intelektualnej uczty p. Boguckiej
czy innemu amatorowi "rzeczy wartościowych", a pp. Zanussiemu, Wajdzie i innym
twórcom "kultury wysokiej" finansuje ich dzieła. A przy okazji wmawia mu się,
że ten przymus "zwiększa jego wpływ na to, co ogląda" (jak przy okazji akcji
przypominającej o obowiązku płacenia abonamentu wyraziła się pewna znana
piosenkarka starszego pokolenia) - zapewne dlatego, że daje mu możliwość
obejrzenia tego, czego on i tak nie chce oglądać...

Kiedy w końcu doczekamy się tu buntu mas?


http://www.libertarianizm.pl/sierp1.html

Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka