hugo_w2
17.02.06, 08:59
Amerykańskie spółki internetowe ustąpiły władzom chińskim w sprawie
cenzurowania zawartości internetu. Dzięki temu ustępstwu mogą prowadzić
działalność na drugim co do wielkości rynku internetowym na naszej planecie.
W komunistycznych Chinach do ocenzurowanego internetu ma już dostęp 110
milionów osób, ale ich liczba rośnie tak szybko, że już przyszłym roku
Państwo Środka obejmie w tej dziedzinie światowy prymat. Nic dziwnego, że
największe spółki internetowe - należący do Microsoftu MSN, Yahoo oraz
Google - nie chcą zrezygnować z prowadzenia interesów w Chinach. Kilka dni
temu ruszyła chińska wersja przeszukiwarki Google. Aby spełnić żądania
chińskich władz, firma zgodziła się na cenzurowanie rezultatów przeszukiwań,
zrezygnowała też z blogów, czatów i serwisu poczty elektronicznej Gmail.
Internauta w Państwie Środka nie będzie mógł przeszukiwać sieci w tematach
wiążących się z problemem niepodległości Tybetu, Tajwanu, sektą Falun Gong
czy ograniczaniem wolności słowa. Na podobne ustępstwa zgodziły się także
inne amerykańskie firmy. Yahoo pomogło nawet w posadzeniu za kraty
dziennikarza Shi Tao, MSN zamknął blog innego dysydenta.
Konflikt między koniecznością przestrzegania ograniczeń narzucanych przez
komunistyczny reżim a misją przeszukiwarek, które powinny zapewniać
nieskrępowany dostęp do informacji, nie jest niczym nowym. Podobny dylemat
przeżywało w przeszłości wiele firm i organizacji z wolnego świata pragnących
prowadzić interesy lub działalność w krajach totalitarnych. Dobrze jednak, że
o etycznych problemach dyskutuje się dziś głośno. W tym tygodniu rozmawiano
na ten temat w Kongresie, gdzie szefowie spółek internetowych składali
wyjaśnienia w sprawie kompromisów moralnych, na jakie musieli pójść, aby móc
zarabiać pieniądze w Chinach. Kongresmani nie szczędzili dyrektorom Google,
Yahoo i Microsoftu słów ostrej krytyki za przyzwolenie na drastyczną cenzurę.
W odpowiedzi usłyszeli, że per saldo ich obecność, nawet w ograniczonym
zakresie, przyczynia się do rozszerzania granic wolności słowa. Znamienną
opinię na ten temat wygłosił jednak kongresman Tom Lantos z Kalifornii: "Te
spółki sądzą, że zmienią Chiny. Ale to właśnie Chiny zmieniły te spółki".
Podobne zdanie mają na ten internauci, którzy krytykują wielkie firmy za
złamanie podstawowych zasad, które powinny rządzić światową siecią. Na
Kapitolu pojawiły się nawet głosy, aby uregulować problem drogą ustawową i
zakazać firmom zarejestrowanym w USA instalowania serwerów na terytorium
ChRL, co pozwoliłoby na ominięcie komunistycznej cenzury. Projekt ten, z
politycznego punktu widzenia, ma małe szanse na realizację. Pozytywnym
aspektem całej sprawy jest jednak rozpoczęcie publicznej dyskusji na temat
postępowania spółek internetowych. I kolejne przypomnienie, że Chiny,
przedstawiane przez wielu biznesmenów jako nowa ziemia obiecana, są do dziś
rządzone przez komunistyczny reżim.
Quelle PDN-NY,TD