I. PROLOG. DYGRESJA SCI-FI
Dawno temu czytałem powiadanie sience-fiction, w którym, żyjący w
trzydziestym wieku, pisarz w celu zdobycia tematu do nowej powieści,
skorzystał z oferty biura turystycznego, polecającą podróże w czasie. Można
było przenosić się bądź w przyszłość, bądź to w zamierzchłą przeszłość.
Bohater opowiadania, posiadający żyłkę archeologa, zdecydował się na wyprawę
w czasy dinozaurów. Pouczono go, że wyprawa jest niebezpieczna, ze jedzie tam
na własną odpowiedzialność, że poruszać się tam może wyłącznie po
specjalnych, antygrawitacyjnych chodnikach, z których nie wolno mu pod
żadnym, ale to żadnym pozorem schodzić na ziemię. Nie może też polować na
żadne zwierzęta, ani zrywać jakichkolwiek roślin, gdyż grozi to bardzo
poważnym zakłóceniem czasoprzestrzennego continuum, a jemu samemu bardzo
surowymi karami. Bohater spaceruje po nieważkich chodnikach, delektuje się
widokiem prehistorycznej flory i fauny, lecz w pewnym momencie, wpatrzywszy
się w pobliską grupę żerujących brontozaurów i próbując zrobić im zdjęcie,
traci równowagę i na moment podpiera się stopą na ziemskim gruncie. Był to
jedynie moment, więc żadna kamera tego nie zarejestrowała, a bohater
uszczęśliwiony wraca do swoich czasów. Jakie jest jego zdziwienie, gdy świat,
który tak dobrze znał jest niby ten sam, a jednak zupełnie odmienny. Jego
przyjaciele literaci są teraz menelami, włóczącymi się bez celu po mieście,
jego narzeczona, dawniej estetyzująca poetka, teraz pracuje w barze dla
bezdomnych i ruga ich co chwila, posługując się iście furmańskim językiem.
Wszystko wokół jest niby takie samo, a jednak w jakiś sposób sparszywiałe i
zdegenerowane. Pisarz, początkowo zaszokowany, posiadając jednak analityczny
umysł, zaczyna poszukiwać przyczyn takiego status quo. Ogląda podeszwę buta,
którym stanął na prehistorycznej ziemi i znajduje na tejże podeszwie
rozgniecionego maleńkiego owada. Wówczas już wie, że niczego nie da się
naprawić i pozostaje mu jedynie wegetacja w świecie realnie istniejącym.
Où sont les neiges d’antan...?
II. O TEMPORA! O MORES!
Kiedy po z górą rocznej przerwie powracałem do uczestniczeniu w forum „GW”, (
w tym czasie zupełnie tu nie zaglądałem, więc, jak się to mówi,
nieco „wypadłem z obiegu”

byłem niezwykle podekscytowany. Oto znowu spotkam
się ze starym przyjaciółmi: Alem, Tyu, Miriam, Liskiem, Stoikiem (i wielu
jeszcze innymi), a także ze starymi „ulubionymi nieprzyjaciółmi” w rodzaju
Perły czy Luki, z którymi niegdyś toczyłem homeryckie boje o wiele różnych
spraw: o celibat, o kulturę, etykę, oświatę, karę śmierci, eutanazję i wiele
różnych innych, których już nie pomnę. Walki były ostre, ale fair. Nikt
nikogo personalnie nie obrażał, a jeśli nawet w ferworze dyskusji coś komuś
się wyrwało, to w następnym poście przepraszał i zapominano o całej sprawie.
Potem pojawiła się zjawiskowa Miriam i pozakładała na forum wiele wątków
groszkowo-różano-migdałowych, czym podbiła serca większości panów na forum.
Ja, co prawda, najbardziej ceniłem Miriam za te jej niezwykle interesujące
posty, w których pasjonująco gawędziła o kulturze żydowskiej, o obyczajach, o
religii. (Był też niejaki Jules, który czynił to równie ciekawie) Te właśnie,
żydowskie wątki Miriam należały do moich ulubionych i, co tu dużo mówić, do
najlepszych na forum, aczkolwiek przeciwko owym „roślinnym” też nic nie
miałem. Co prawda, jak na mój gust, treściowo były nieco miałkie, ale ta
forma!!! Forma tonizująca wszelkie forumowe waśnie – to było coś, na owe
czasy nowego i niespotykanego. Pamiętam, że nie bardzo chciało mi się w tych
wątkach pisać, ale z przyjemnością je czytałem. Potem Perła platonicznie
zakochał się w Miriam, przy czym umarł dla spraw innych niż miłość, a ja
poświęciłem mu opublikowany tu, na forum, poemat o wiele mówiącym
tytule: „Elegia na nagły, a tragiczny zgon dawnego Perły (to jest)”. (Gdzieś
tam może jeszcze w archiwach forum spoczywa..., a jeśli nie, to każdemu
chętnemu służę tekstem

) Wszystko to miało swój smak, swój walor, swoiste
piękno. Mais, où sont les neiges d’antan...?
I oto teraz, gdy po długiej przerwie wróciłem na forum poczułem się dokładnie
tak jak bohater wspomnianego przeze mnie opowiadania. Gdzieś, psiakrew, w
odległej przeszłości, w pętli czasowej, musiałem rozdeptać jakiegoś robala i
zdezorganizowałem sobie teraźniejszość. Dawne przyjaźnie (np.: Miriam – Tyu)
ustąpiły miejsca nieskrywanym antypatiom, by nie rzec: nienawiściom. Treść
postów... Przemęczyłem wszystkie trzy setki postów w wątku „Królestwo
Zjednoczonego Internetu” i 95 % całego pisania to wyłącznie osobiste
pyskówki. Forma...? Ach, lepiej byłoby spuścić na nią zasłonę miłosierdzia...
Żenujące, często niegramatyczne w swej furii posty, bardzo często
zawierające obrzydliwe wyzwiska i to wyzwiska padające z ust osób, których
nigdy, ale to nigdy, bym o to nie podejrzewał.
Perła, który pisał zawsze bardzo emocjonalnie, lubił (przynajmniej do chwili
poznania Miriam) używać tzw. „męskich słów” (nie mam tu, bynajmniej na myśli,
wulgaryzmów), ale nigdy, jak tylko sięgam pamięcią, nie splamił się obelżywym
odezwaniem się do kobiety. Perła był honorowym facetem i jeśli komuś
nabluzgał, to potrafił przeprosić, ale za coś takiego, jak „zbluzganie
niewiasty” nigdy przepraszać nie musiał, za co go, zresztą, (pomimo zwykle
biegunowo odmiennych poglądów), szanowałem. A dziś? Bez żadnych etycznych,
czy choćby tylko estetycznych, oporów mówi do kogoś płci żeńskiej: „paszła
won!”. Nie mówiąc już o innych, mało dżentelmeńskich odzywkach.
Luka, ten niezłomny, UPR-ty prawicowiec, snobizujący się na arystokratę (co
mu zresztą dobrze robiło na tzw. „obyczajność”

, owszem – używał nieraz słów
typu „pedał”, „pedalstwo” „feminazistki” itp., itd., ale czynił to, niejako
programowo, używał tych słów jako swoistego manifestu do walki ze
znienawidzoną przez siebie polityczną poprawnością. Właśnie: Luka nienawidził
zjawisk czy poglądów, ale nigdy konkretnych osób. Niedawno przeczytałem
fragment jakiegoś wątku, w którym Luka z Krzysiem52 obrzucają się obelgami
rodem z najgorszego rynsztoka. Albo w wątku, o głupim zresztą
tytule: „Kopenhaga nową Jałtą”, Luka posuwa się do tego by, wyśmiewać się z
nazwiska komisarza Verhaugena, nazywając go, excusez le mot, – „Werchujenem”.
Toż to chwyt polemiczny rodem wprost z piaskownicy! Sam miałem w szkole
podstawowej paru upośledzonych w rozwoju umysłowym kolegów, których ulubioną
(i, jak się wydaje, jedyną) rozrywką było wymyślanie takich
właśnie „obscenicznych trawestacji” nazwisk swoich kolegów. A teraz ów
maksymalnie infantylny zabieg retoryczny stosuje dawny mój ulubiony
polemista! Monsieur Luka, noblesse oblige! Owszem, kiedyś na forum bywały
szemrane indywidua typu różnych „Mavericków” „Hansów” i im podobnych, ale
pewne osoby ZAWSZE trzymały poziom, niezależnie od głupich postów różnych
Prowokatów i prowokatorów. A dzisiaj...?
Mon Dieu, où sont les neiges d’antan...?
III. EPILOG: CANDIDE OU L’OPTIMISME
Cóż zatem pozostaje? Ano mieć nadzieję, że jakoś przyjdzie opamiętanie. Że
miejsce „totalnej wojny na wyniszczenie” prowadzonej za pomocą „werbalnego
napalmu” zajmą znowu dżentelmeńskie pojedynki, w których przestrzega się
reguł przyzwoitości. Że cienkie i finezyjne ostrza aluzji, kalamburów,
metafor zastąpią chamskie kłonice, cepy i orczyki, a „art of war” – targanie
się za włosy. Zostaje mieć nadzieję, że na forum wróci Tyu, Al, że usłyszymy
jeszcze głos Róży, która pierwsza we mnie diabła rozpoznała, że Luka wróci do
swej błysk