Gość: alek
IP: *.dialup.tiscalinet.it
02.04.01, 22:06
Pani Leokadia Błajszczak z domu Lusińska, córka
Franciszka i Zofii, urodzona 24 listopada
1930 r. w Jedwabnem, w czasie okupacji
niemieckiej i sowieckiej łączniczka Narodowych Sił
Zbrojnych, ekonomistka z wykształcenia. Od 50 lat
mieszka z mężem w Warszawie, nigdy
jednak nie zapomina o miasteczku, w którym
przyszła na świat, spędziła dzieciństwo i w
którym znajduje się grób jej matki. Miała 11 lat,
kiedy Niemcy dokonali mordu na Żydach w
Jedwabnem. Po przeczytaniu książki Grossa na ten
temat, oburzona stekiem kłamstw w niej
zawartych, sama zgłosiła się jako naoczny świadek
wydarzenia, ponieważ - jak powiedziała:
"Nie pozwolę nikomu oczerniać Jedwabnego!"
W tych dniach miałam sposobność spotkać się z
panią Błajszczak na rozmowie o tamtej -
jednej z wielu - hitlerowskiej zbrodni. Kiedy
opowiadam, że na konferencji prasowej w
Żydowskim Instytucie Historycznym prof. Jan
Tomasz Gross oświadczył: "Połowa
mieszkańców Jedwabnego - Polaków, wymordowała
połowę mieszkańców Jedwabnego -
Żydów", pani Leokadia zdecydowanie protestuje. -
Po pierwsze, Żydów wymordowali Niemcy a
nie Polacy - stwierdza kategorycznie. - Po
drugie, wiele stwierdzeń i liczb podawanych przez
Grossa nie jest prawdziwych.
Polacy nie rozróżniali kto Żyd, a kto nie
- W tamtym czasie - mówi pani Leokadia - Jedwabne
było małym miasteczkiem, składającym
się z 12 ulic i dwóch rynków. Przeważała ludność
polska. Moja ulica, 11 Listopada, obecnie
Sadowa, należała do ulic średniej wielkości i
mieszkało na niej osiemnaście rodzin. W sumie
72 osoby. Biorąc średnio dwa razy więcej na każdą
ulicę, tj. 144 osoby razy 14, otrzymamy
2016 mieszkańców Jedwabnego. W tym Polaków: 65
proc. (1310 osób); Żydów 34 proc. (685
osób), innych 1 proc. Byli to przeważnie
rzemieślnicy różnych zawodów i sklepikarze,
inteligencję stanowili: ksiądz, aptekarz,
felczer, kierownik szkoły, kilku nauczycieli i
akuszerka. Polacy z Żydami żyli zgodnie, bez
konfliktów. Po prostu nikt nie rozróżniał, kto
jest kim. Polacy świętowali w niedzielę, Żydzi w
sobotę. Dzieci polskie i żydowskie chodziły
do jednej szkoły, razem się bawiły. Mój ojciec
był mistrzem kowalskim. Zawodu nauczył się w
5. Pułku Ułanów. Oprócz wyrabiania podków,
podkuwania, a nawet leczenia koni, które bardzo
kochał, zajmował się kowalstwem artystycznym. A
do jakiego stopnia był dobry w swoim
fachu, świadczy choćby fakt, iż w czasie okupacji
niemieckiej i sowieckiej razem z moim
starszym bratem wyrabiali broń dla partyzantów
NSZ. Przed naszym domem był skwer pełen
lip, brzóz, na którym stał ogromny kamień. Dzieci
polskie i żydowskie bawiły się tam w
palanta, w chowanego; wspinały się na drzewa.
Po wejściu Niemców do Jedwabnego większość
mężczyzn i wyrostków uciekła z miasteczka.
Żydzi wpadli w panikę. Wkrótce jednak wkroczyli
Sowieci, którzy zawarli z Niemcami
zdradziecki pakt Ribbentrop - Mołotow i Żydzi
powitali ich jak zbawców. Na ulicy,
udekorowanej transparentami i chorągiewkami,
ustawili stół nakryty czerwonym płótnem, na
nim chleb i sól na talerzu. Rosjanie pili na umór
i śpiewali rewolucyjne pienia, Żydzi im
usługiwali. Polscy mężczyźni wrócili do
Jedwabnego, ale szybko okazało się, iż wpadli w łapy
nie mniej groźnego okupanta. Żydzi z czerwonymi
opaskami na rękawach objęli władzę w
milicji i urzędach. Również w NKWD mieli
zdecydowaną przewagę. Pościągali swoje rodziny -
żony, dzieci z Rosji, gdzie panowała wówczas
(podobnie jak u nas) straszna zima do minus 30
stopni.
- Przyjeżdżało to bractwo wygłodniałe, brudne,
zawszone. Rozmieszczono ich u Polaków po
domach. U nas była Żydówka Masza. Mama kupiła jej
środek przeciw wszom. Udostępniła
osobny, czysty, przytulny pokój. "Co zrobić -
mówiła - jest wojna, trzeba sobie pomagać".
Kiedy otwarto ruską szkołę, Masza uczyła w niej -
opowiada pani Leokadia.
Żydzi zajmowali polskie domy i dobytek
Jednak po transporcie przybyszów z Rosji, w
domach zrobiło się tłoczno. Żydzi temu zaradzili.
Dostarczyli Sowietom listy z nazwiskami "wrogów
ludu" - przedwojennych policjantów,
wojskowych, najbogatszych i
najinteligentniejszych ludzi, którzy wysyłani byli do
łagrów, lub
od razu zabijani, a Żydzi zajmowali ich domy i
dobytek. W dowód wdzięczności bolszewikom,
wznieśli na skwerze wielki cementowy pomnik
Lenina. Stał tyłem do domu pani Leokadii.
Ogrodzili skwer siatką i już dzieciaki nie miały
się gdzie bawić.
Wyłapywanie Polaków na zsyłkę odbywało się w ten
sposób, że o świcie do mieszkania
wchodzili: Sowiet z karabinem i Żyd z
karabinem. "Ubierać się, tylko szybko, szybko!" -
poganiali, zostawiając na to 15 minut. Przed
domem stały, zamówione i wymuszone na
gospodarzach, podwody, sanie. Zesłańców wieziono
20 kilometrów na stację do Łomży i
pakowano do bydlęcych wagonów. Większość umierała
w transporcie z zimna, chorób i głodu.
Po wygaśnięciu sowiecko-niemieckiej "miłości" i
napaści Niemców na Rosję czerwonoarmiści
oraz wielu Żydów-komunistów uciekło z Jedwabnego,
a na ich miejsce znów przyszli Niemcy.
Żony dwóch enkawudzistów, bojąc się niemieckich
tortur, utopiły w stawie dzieci i mimo prób
ratowania ich przez Polaków, same również
popełniły samobójstwo.
Na posterunku żandarmerii niemieckiej, w którym
było 9 żandarmów, rozpanoszył się
doskonałe znający niemiecki volksdeutsch Karol
Bardon, który zatrudnił się w Jedwabnem w
1935 r. jako mechanik we młynie. On właśnie
kierował żandarmów z końmi do ojca małej
Leokadii jako doskonałego fachowca.
- Pewnego dnia przyszedł i oznajmił: "Franek,
jutro kucie, szykuj podkowy" - mówi pani
Leokadia. - Ojciec był po kieliszku, roześmiał
się więc i odparował: "E... jutro, to nie będę kuł
koni, jutro Hitler kaput!" Bardon zrobił w tył
zwrot i wyszedł bez słowa.
Za pół godziny przyszli po Franciszka i zabrali
go na żandarmerię. Pierwszy wymierzył mu
policzek Bardon, a potem został tak skatowany, że
był cały czarny. Bezwładnego,
pokrwawionego wrzucili do lochu na kartofle. Rano
Leokadia z mamą wyszły szukać ojca.
Nagle wśród zwałów śniegu dostrzegły coś, jakby
czołgającego się psa. To był ojciec, który na
czworaka, metr po metrze, posuwał się w kierunku
domu. Pluł krwią jeszcze przez trzy
tygodnie.
Zresztą i tak miał szczęście, bo żandarmi nie
wiedzieli, czym się dodatkowo zajmuje, razem
ze starszym synem, członkiem organizacji NSZ
ps. "Rydz Śmigły". Za kuźnią była długa
oficyna i szopa na narzędzia, w której stolarz
dorabiał do żelaznych części drewniane.
Zarówno w czasie sowieckiej, jak i niemieckiej
okupacji przychodzili tam od zaplecza
warsztatu partyzanci NSZ, z lasu lub z kwater,
przynosili koła, kawałki pługa, niby do
naprawy, a zabierali wykonaną w warsztacie broń.
Cała rodzina działała w konspiracji. Matka
Zofia z córką Leokadią "Jagną" również złożyły
przysięgę NSZ. Przygotowywały m.in. paczki z
żywnością oraz lekami i opatrunkami dla chłopców
z lasu, zamawianymi u zaufanego
aptekarza pana Jałowszewskiego. Wszyscy narażali
swoje życie, ale... "tak trzeba było".
Leokadia chodziła po lekarstwa albo jako
łączniczka jeździła rowerem lub chodziła na
piechotę na cmentarz, z wiaderkiem, szczotką,
szmatą, niby do sprzątania grobów i
zostawiała w zawalonym grobowcu ulotki, rozkazy,
listy itp. Zresztą, ani wtedy, ani teraz nie
wie dokładnie, co przenosiła pod bluzką, kto to
przynosił i kto zabierał.
O szóstej rano przyjechały ciężarówki z
gestapowcami
- Razem z mamą chodziłyśmy rano o