hugo_w2
27.09.08, 08:13
Na nieco ponad miesiąc przed wyborami prezydenckimi szanse obu
kandydatów na prezydenta są wciąż wyrównane.
Przewaga kandydata Partii Demokratycznej Baracka Obamy - w
niektórych sondażach minimalna, w innych kilkuprocentowa - nie
świadczy jeszcze o tym, że zmierza on ku zwycięstwu. Wyraźnie widać,
iż wyborcy zdecydują w ostatniej chwili w zależności od tego, który
z polityków zaprezentuje się wiarygodniej w obliczu kryzysu
finansowego USA.
Obaj kandydaci wzięli udział w obradach i negocjacjach decydujących
o projekcie federalnego planu wsparcia banków i instytucji
finansowych. Jednak różnice w sposobie "sprzedania" tego planu
społeczeństwu będą miały istotny wpływ na notowania obu polityków.
Innymi słowy, prawie dwuletnia kampania kosztująca rekordową sumę
prawie miliarda dolarów nie wyłoniła zdecydowanego lidera;
przeciwnie, wyścig do Białego Domu staje się coraz bardziej
wyrównany.
Tradycyjnie partia rządząca przegrywa prezydenturę, jeśli gospodarka
znajduje się w złym stanie. Poza tym rzadko wyborcy głosują na tę
samą partię trzeci raz pod rząd.
Historyczne precedensy wskazywałyby więc jednoznacznie na senatora
Obamę jako następnego prezydenta USA, tym bardziej że kandydat
demokratów zapewne nie omieszka obciążyć winą republikańską
administrację za obecny, jakże dramatyczny kryzys.
A mimo to republikanie nie są bez wielkich szans. Senator John
McCain zawsze uchodził za polityka niezależnego, chodzącego własnymi
drogami. Jego partnerka Sarah Palin nie jest w żaden sposób związana
z waszyngtońskimi układami. Oboje więc będą się przedstawiać
wyborcom jako osoby spoza establishmentu władzy, które chcą zrobić
porządek ze skostniałymi strukturami i powikłaną wzajemną
zależnością partykularnych interesów grup rządzących w USA. Zarazem
z łatwością mogą wskazać na rywali, zarówno senatora Obamę, a
zwłaszcza Josepha Bidena jako na polityków, którzy są uosobieniem
waszyngtońskich elit.
Poza tym, ponownie coraz większą rolę w amerykańskim głosowaniu
odgrywać będą niezależni. Według różnych sondaży ich grupa stanowi w
granicach 20 proc. wyborców. Dziś tylko zdecydowani zwolennicy
jednej z partii wiedzą, na kogo będą głosować. Niezależni nie tylko
nie mają określonego kandydata, ale też często zmieniają stanowiska;
nawet ich obecna opinia może za miesiąc ulec zmianie. Sondaże opinii
w tej sytuacji nie są miarodajne.
Niezależni, którzy faktycznie zadecydują o wyniku głosowania na
prezydenta, popierają McCaina w sprawach wojny z terroryzmem i w
Iraku, korupcji, imigracji i podatków. Natomiast opowiadają się za
Obamą, gdy mowa o reformie służby zdrowia, sprawach środowiska
naturalnego, edukacji i kwestiach rasowych.
Żadne z zagadnień nie decyduje o końcowym wyniku, ale łącznie wzięte
przeważyć mogą szalę zwycięstwa.
CK
Odwaga potrzebna od zaraz
W dramatycznych wręcz słowach prezydent Bush przedstawił najbliższą
przyszłość Ameryki, jeśli nie zostaną podjęte natychmiast kroki
zmierzające do ratowania światowego systemu finansowego.
Wymagana jest szybka decyzja o charakterze politycznym, a także
zgoda przedstawicieli obu partii co do planowanych działań, wreszcie
współpraca kandydatów na prezydenta USA, aby zapewnić realizację
programu niezależnie od tego, kto wygra w listopadowych wyborach.
Sprawa w istocie nie jest prosta. Przede wszystkim nie ma
powszechnej akceptacji na proponowany "wykup", czyli ratowanie
instytucji finansowych za pomocą potężnego wsparcia finansowego ze
strony banku federalnego.
Zwolennicy wolnego rynku uważają, iż należy zostawić mechanizmom
rynkowym "oczyszczenie" pola ze złych instytucji. Interwencja
państwa pozwoli tylko przetrwać tym, którzy wyraźnie nie sprawdzili
się, dowiedli, że nie potrafią funkcjonować w warunkach wolnej
konkurencji. Wsparcie i ratowanie nieudolnych banków to przedłużenie
trwania systemu, z którym należy skończyć.
Natomiast zwolennicy propozycji prezydenta Busha twierdzą, iż
niezależnie od wszystkich istotnych wątpliwości i zastrzeżeń idzie o
ratowanie gospodarki USA, której system finansowy po prostu się
załamał. Gdyby faktycznie zostawić pole dla "niewidzialnej ręki
rynku" (według znanego określenia Adama Smitha), cały kraj wpadłby w
długą, dotkliwą recesję, która przede wszystkim odbiłaby się
niekorzystnie na milionach zwyczajnych obywateli, tracących swoje
oszczędności, domy, emerytury, stanowiska pracy. "Wykup" pozwoli na
uniknięcie załamania na wielką, globalną skalę, albowiem krach w USA
pociągnąłby za sobą cały świat.
Projektowi ratowania amerykańskich instytucji finansowych za pomocą
gigantycznej sumy 700 mld dolarów musi się nadać pewien polityczny
kierunek. Kwestię tę sprowadzić można do pytania: kto ma zostać
uratowany za pomocą państwowych pieniędzy? Niesprawne instytucje?
Chciwi i nieudolni bankierzy, którzy wpędzili cały kraj w kłopoty? A
dlaczego nie nieszczęśnicy, którzy dali się skusić ponętnym ofertom
kupna domu na niski (ale ruchomy) procent i teraz nie mają z czego
spłacać, gdy odsetki wzrosły? Jak ratować fundusze emerytalne 401(k)
zainwestowane na giełdzie i tracące teraz na wartości? W imię
elementarnego poczucia sprawiedliwości ów ratunek winien być
skierowany na podatników, nie zaś na finansistów.
Ale nawet jeśli, to czy unikniemy przez to recesji? Wątpliwe.
Politycy mogą się obawiać podejmowania decyzji o wielkich
konsekwencjach finansowych, by ryzykować kariery, gdy wkrótce
wyborcy zarzucą im, że i tak wpędzili społeczeństwo w trudności.
Trzeba więc dużo odwagi, śmiałości politycznej i wyobraźni, aby
podjąć trafną decyzję o sprawach naprawdę decydujących o codziennej
egzystencji każdego z nas.
Quelle PDN-NY(CK)